piątek, 29 listopada 2024

Rozmowy ze zbrodniarzami

 „Co u pana słychać?” – Krzysztof Kąkolewski

Wybierając tę książkę nie wiedziałem, jakoś nie zwróciłem uwagi, że materiały do niej autor zbierał w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a pierwszy raz została ona wydana w 1975 roku. Jestem pewien, że miało to wpływ na nastawienie i przekonania Kąkolewskiego. Mogło to nie mieć znaczenia pięćdziesiąt lat temu, nawet nie być widoczne, ale obecnie jest chyba jednak inaczej.

Książka zawiera zapis dziesięciu rozmów Krzysztofa Kąkolewskiego z hitlerowcami, byłymi wojskowymi wyższej rangi, urzędnikami na wysokich stanowiskach, naukowcami, którzy w jakimś stopniu przyczynili się do zbrodni dokonywanych na ziemiach polskich w czasie II wojny światowej, nie tylko wobec narodu polskiego. Poza dwoma czy trzema wyjątkami rozmówcy Kąkolewskiego nie zrobili krzywdy nikomu własnymi rękami, nie dotknęli nawet żadnego więźnia – byli to ludzie, którzy wydawali rozkazy, a jeszcze częściej, mieli wpływ na kształtowanie się polityki przesiedleńczej, i nie tylko, Trzeciej Rzeszy.

Kąkolewski spotykał się, głównie w RFN, i rozmawiał z osobami, które były sądzone lub weryfikowane przez sądy denazyfikacyjne, ale zostały uniewinnione lub odbyły tylko część kary. Na przykład Höppner, skazany w Polsce na dożywocie zbrodniarz, zwrócił się z petycją do prezydenta Bieruta, a ten uwolnił go po dwunastu latach odbywania kary. Zamieszkał wtedy w Bad Godesberg, gdzie podjął pracę w banku.
W latach siedemdziesiątych rozmówcami Kąkolewskiego byli ludzie ze średniej i wyższej klasy społecznej, nie byli menelami lub kryminalnymi więźniami, należeli raczej do grona szanowanych obywateli. Piszę „raczej”, bo wobec zatrudniania jednego z nich na uczelni, protestowali nieskutecznie studenci.

Wykaz rozmówców Kąkolewskiego:
Profesor Hans Fleischhaker – antropolog, który odwiedzał obóz w Oświęcimiu (i nie tylko ten) by badać ludzkie czaszki.
Hermann Stolting – prokurator, ferujący zwykle wyroki śmierci.
Reinhard Hoenh – pomysłodawca chemicznej sterylizacji Słowian.
Heinz Reinefarth – generał odpowiedzialny za tłumienie powstania warszawskiego.
Wilhelm Koppe – brutalny i skrajny w działaniach generał policji i SS.
Hubertus Strughold – eksperymentował na więźniach obozu koncentracyjnego w Dachau, jeden z pomysłodawców i twórców medycyny kosmicznej.
Aleksander Dolezalek, Otto von Fircks, Konrad Meyer – pomysłodawcy i realizatorzy wielkich akcji przesiedleńczych; Generalplan Ost i ich kolejnych wersji.
I wreszcie tajemniczy Heinz Rolf Höppner – mało znany człowiek, który podobno dysponował ogromną władzą i który miał wymyślić i opracować plany masowej zagłady (obóz koncentracyjny, komory gazowe, krematoria) do spółki z Adolfem Eichmannem.

Podczas tych wywiadów Kąkolewski próbował zmusić rozmówców do jakiejś głębszej analizy i refleksji nad ich przeszłością, działaniami i postawami w czasie wojny, ale to się raczej nie udawało. Niemcy byli podczas tych spotkań grzeczni, kulturalni i uprzejmi.

Ostatnia część książki, całkiem obszerna zresztą, poświęcona jest Krzysztofowi Kąkolewskiemu. Zaintrygowały mnie tu dwie kwestie: jego współpraca z UB oraz przekonanie, że Polska, w okresie PRL, ale chyba nie tylko, też chroni/ła niemieckich zbrodniarzy wojennych.

środa, 27 listopada 2024

Filmowe realia lat 90-tych

 „Nikczemny narrator” – Juliusz Machulski

Czy jest to powieść z kluczem? Otóż nie wiem, być może. Za mało mam wiedzy o świecie filmu, by móc o tym zdecydować. Pewne tytuły, nazwiska, wydarzenia, wydają mi się skądś jakby znajome, choć brzmią zupełnie inaczej. Czy graniasta cytryna ma szczególny związek z mechaniczną pomarańczą? Czy reżyser X nie nazywa się tak naprawdę Y? I tak sobie szukałem tego jakiegoś klucza, wcale nie mając pewności, że takowy w ogóle istnieje. Podobnie jak nie wiem, czy bohater powieści, scenarzysta i reżyser, Kamil Hubeny, to nie jest alter ego autora, scenarzysty i reżysera. Obejrzałem w życiu mnóstwo filmów – mam na myśli kinowe – ale chodziłem na gatunki, na aktorów i wreszcie na konkretnych reżyserów. Scenarzyści czy kierownicy produkcji nie interesowali mnie nigdy.

Jak można się we mnie zakochać? Jestem niedojrzałym hedonistą, nikczemnym narratorem z syndromem Piotrusia Pana, mam paskudny charakter i żonę, z którą boję się rozwieść, a w dodatku znowu przez pół roku mnie nie będzie. Poza tym wiesz aż nadto dobrze, że interesuje mnie twoje ciało, nie dusza!
[1].

Rok 1993. Kamil Hubeny, wychowanek łódzkiej filmówki, uczy studentów w Nowym Jorku pisać scenariusze. Po pierwszym semestrze jego występy spodobały się na tyle, że zaproponowano mu przedłużenie kontraktu na kolejny semestr. Hubeny, mając miesiąc wakacji, przyjeżdża latem na urlop do Warszawy. Napisał niedawno kolejny scenariusz i ma nadzieję na odnowienie dawnej bliskiej przyjaźni ze znanym reżyserem Erykiem Mokronowskim; a nuż Eryk zechce reżyserować jego „Torsje” (ten scenariusz Juliusz Machulski napisał podczas swojego pobytu w Nowym Jorku w 1993 roku). Notabene cały scenariusz „Torsji” otrzymuje czytelnik na końcu książki. Tylko… nie bardzo wiem, po co.

W Warszawie, w ciągu tych trzydziestu dni wakacji, Hubeny dowiaduje się, że jego żona, której nie widział pół roku, jest w szóstym tygodniu ciąży, że jego ojciec żyje gdzieś w Ameryce, a latami było wiadomo, że zginął jako oblatywacz radzieckich MIG-ów i kilka innych odkryć. Okazuje się też, że Mokronowski potrzebuje go do realizacji pewnego zadania specjalnego. Eryk Mokronowski brał kiedyś udział w kręceniu historycznego filmu o Walezym. Obecnie, po wielu latach, zaczynają w dziwnych okolicznościach umierać członkowie tamtej ekipy filmowej. Sześć śmierci w ciągu miesiąca. Niby każda z nich ma jakieś sensowne (albo prawie) wyjaśnienie, ale… Mokronowski, który boi się o swoje życie, prosi Kamila, także autora powieści kryminalnych, żeby jakoś ustalił, co właściwie się dzieje i dlaczego.

Mamy więc w „Nikczemnym narratorze” trzy główne wątki. Polska rzeczywistość filmowa lat 90-tych i nie tylko filmowa, bo to też relacja z czasu przemian. Historia kryminalna z próbą odgadnięcia, kto i z jakiego powodu poluje na członków ekipy filmowej. Wreszcie scenariusz „Torsji”. Pierwszy wątek uważam za najlepszy – naprawdę świetnie się to czyta. Dwa pozostałe wydają się być dodane „na siłę” i nie bardzo wiadomo, po co.

 


---
[1] Juliusz Machulski, „Nikczemny narrator”, Sonia Draga, 2024, s. 132.


sobota, 16 listopada 2024

Tragiczne losy Górnego Śląska

 „Kairos” – Maciej Siembieda

Musiałem przeczytać nieco ponad dwa tomy siembiedowej trylogii, żeby znaleźć właściwe określenie na jego warsztat. Jeśli Nikifor Krynicki był przedstawicielem prymitywizmu, to Siembieda uprawia pisarstwo z gatunku realizmu naiwnego i infantylnego. Co nie znaczy, żeby było w tym coś szczególnie złego. Takie powieści zwykle łatwo się czyta, nie mylą się ich bohaterowie.

Powiedzmy, że mamy dwie postaci. Pierwsza to przystojny czterdziestolatek o arystokratycznych manierach, który mimo lekkiej siwizny nadal był jednym z najatrakcyjniejszych mężczyzn we Lwowie. Na pierwszym roku studiów uwielbiał przesiadywać w kawiarni Szkockiej. Drugi to siedemnastolatek z Górnego Śląska, zdolny do ciężkiej roboty w kopalni, z pewnym talentem do piłki nożnej. Jeden z nich nazywa się Bohdan Halicz, a drugi Walter Pyka. Jeśli potrafisz zgadnąć, który jest który, to już wiesz, na czym takie pisarstwo polega.

Bohaterami powieści są stryjeczni bracia, Walter i Bernard Pykowie. Także Górny Śląsk i Zagłębie, przed referendum, a było tam niejedno, i w okresie międzywojennym. Bardzo trudny czas dla mieszkańców tego regionu. Nagle okazywało się, że sąsiad lub członek rodziny mieszka w innym państwie. Ktoś jest Polakiem, ktoś Prusakiem, ktoś Ślązakiem lub Niemcem. Czas, w którym przyjaciele ze szkolnej ławy lub z boiska stawali się zaciekłymi wrogami. Podczas wojny niektórzy Ślązacy walczyli w różnych armiach, zdarzało się, że jeden z krewnych był prominentnym hitlerowcem, gdy drugi siedział w obozie koncentracyjnym. Trudna i pokomplikowana tożsamość to jeden z wielu wątków powieści. Może nawet zbyt wielu.

Podobnie jak w poprzednich tomach trylogii Siembieda wraca do okresu drugiej wojny światowej i Grecji, ale część akcji dzieje się w przedwojennym Lwowie i powojennym Bytomiu. Intrygujący jest zwłaszcza wątek lwowski, Lwowska Szkoła Matematyczna, spotkania w kawiarni Szkockiej, opisane przez Mariusza Urbanka w „Genialnych”, wkład Stanisława Ulama w tworzenie projektu bomby atomowej. Wreszcie wielka miłość, zdrada, sensacyjne zwroty akcji, kwestia honoru i problematycznych wyborów.

Walter i Bernard Pykowie to postacie fikcyjne, ale tworząc je Siembieda wzorował się na Leonardzie i Richardzie Malikach. Byli blisko spokrewnieni i przed wybuchem II wojny światowej należeli do elity śląskich piłkarzy.

W „Posłowiu” Siembieda wyjaśnia, w skrócie, które postacie i wydarzenia z powieści są historyczne, a które tylko wytworem jego wyobraźni.

czwartek, 7 listopada 2024

Złoty róg zmieniony na drobne

 „Rondo. Opolskie fragmenty przeprawy z PRL do RP” – Marian Buchowski

Książka bardzo dobrze wydana. Solidna, twarda oprawa, czytelna i nie za mała czcionka, przyzwoitej jakości reprodukcje zdjęć – a to ważne, zważywszy na fakt, że fotografie pochodzą sprzed kilkudziesięciu lat. Zwracam na te kwestie uwagę, bo „Rondo” wydała Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. E. Smołki w Opolu, a nie jakieś profesjonalne wydawnictwo z potężnym zapleczem technicznym. W każdym razie ta akurat Biblioteka przekazuje czytelnikom znakomitą publikację nie pierwszy już raz.

Bohaterem książki, takim głównym i osobowym, jest Roman Kirstein, zmarły w 2019 roku działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, współtwórca opolskiej Solidarności, przedsiębiorca i związkowiec. A w nieodległym tle, czasem nawet na planie pierwszym, bohaterowie nieosobowi: czasy, okoliczności. wydarzenia. I problematyczny wielce okres transformacji ustrojowej w Opolu i województwie, choć zapewne nie tylko. Autor pisze…

„Jakiś szkic posierpniowo zmieniającego się, rozedrganego krajobrazu i zarys sylwetki człowieka, który w 1980 włączył się do zbiorowego NIE. A potem, po dziesięciu latach, dla wielu z nas trochę znienacka zaczął się w Polsce jakiś inny ustrój i ku zdziwieniu niektórych obalaczy starego ustroju (zwłaszcza robotników przechodzących z etatu na zasiłek dla bezrobotnych) okazał się tylko umiarkowanie doskonały. Romek krętą drogą III RP ciągle próbował iść prosto” [1].

W czasach, w których rzecz cała właściwie się zaczyna (połowa lat siedemdziesiątych), chodziłem do szkoły i bardziej przejmowałem się klasówkami z matmy niż rodzącym się ruchem opozycyjnym. Później pojawiła się Solidarność i tę już odrobinę pamiętam, bo matce (krótko) wydawało się, że można należeć do Solidarności i PZPR jednocześnie, i jeszcze pozostać przyzwoitym człowiekiem. Nie dało się nijak, więc rzuciła jedną i drugą legitymacją. Natomiast o tym, że istniały dwie Solidarności (przynajmniej dwie), dowiedziałem się wiele lat później. Jak i o tym, że członkom tej Pierwszej (zwanej czasem prawdziwą), mocno nie po drodze było z tą drugą, pro PiS-owską.
A o Kirsteinie usłyszałem… gdzieś… kiedyś… od kogoś, że to zawodowy opozycjonista, który zawsze musi być przeciw. Najpierw był przeciwko komunie, a gdy ta przegrała i do władzy doszła Solidarność/opozycja, zaczął kontestować nową władzę.

Ta garść moich prywatnych wspomnień powinna pomóc zorientować się, dla kogo jest ta publikacja. Ano dla takich, którzy tamtych lat nie pamiętają i nie znają zupełnie, a jednak chcieliby, i dla podobnych do mnie, którzy coś tam pamiętają, coś wiedzą, ale bez pewności, skąd wiedzą, od kogo i wreszcie czy to, co wiedzą jest wiarygodne i na ile. Bo wiarygodność jest ważnym elementem książki. Marianowi Buchowskiemu udało się nawet zdobyć materiały historyczne, także ze źródeł amerykańskich, które mógł wykorzystać, rysując sylwetkę Romana Kirsteina i obraz czasów, w których działał. O rzetelności autora świadczy też jego ocena spraw, zdarzeń, postaw. Nie tylko tych dawnych, ale i jak najbardziej współczesnych.

„Ze względów ustrojowych nie można było w PRL zmienić mechanizmów funkcjonowania gospodarki, więc dla chwilowej poprawy sytuacji w jakimś konkretnym miejscu – zmieniało się dyrektora. Nowy dyrektor miał zawsze ten atut, że mógł zwalać winę na poprzednika, który często był już w tym czasie nowym dyrektorem w innym miejscu (pomysł, ponieważ się sprawdził, chętnie wykorzystywany jest do dziś)” [2].

A oto inny cytat, dowodzący, że Buchowski ocenia sytuację realnie, a nie według partyjnego klucza i uproszczonej retoryki, którą tak kochają masy ludu pracującego (i niepracującego) oraz rządzący tymi masami populiści.

„…w ostatnich latach Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mogło sobie pozwolić na kadrowe grymasy, dzięki czemu wśród kadr SB znalazło się sporo osób bardzo inteligentnych i nieźle wykształconych” [3].

Pamiętam, i to już ostatnie moje prywatne wspomnienie, napis na jakimś wiadukcie: „Partyjna propaganda to nie informacja”. Moim zdaniem nadal aktualny. Marian Buchowski, bez względu na swoje własne przekonania, demontuje w książce wiele propagandowych mitów i tendencyjnych uproszczeń.
Do zalet „Ronda” zaliczam też nienachalny, na wyjątkowo wysokim poziomie, czasem nieco złośliwy, humor Buchowskiego. Choć możliwe jest, że nie dla każdego czytelnika, będzie on zauważalny, zrozumiały i zabawny.

Publikacja podzielona jest chronologicznie na moduły, stosownie do wydarzeń w Polsce. Jest więc „Stan ostrzegawczy”, „Stan przedwojenny”, „Stan wojenny”, „Stan powojenny”, „Stan przejściowy”, „Stan alarmowy”. Każdy z nich składa się z rozdziałów. „Rondo” kończy się (i zaczyna) pogrzebem Romana Kirsteina. A Polska… no cóż, Polska (Opole, Opolszczyzna) nadal na rondzie.
Szkoda, że takiej publikacji nie ma w odniesieniu do całego kraju, bo teraz można to i owo zakwestionować, twierdząc, że może nawet i tak było, ale tylko lokalnie. Jednak z drugiej strony… skoro Opole zajęło ponad sześćset stron, to podobnie rzetelnego opracowania, dotyczącego całej Polski, nie przeczytałby nikt.









---
[1] Marian Buchowski, „Rondo. Opolskie fragmenty przeprawy z PRL do RP”, 2024, Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. E. Smołki w Opolu, s. 10.
[2] Tamże, s. 33.
[3] Tamże, s. 40.


sobota, 2 listopada 2024

Gdy konieczna jest zbrodnia

 „Zatruta krew” – Jo Nesbø

Jakoś nie uległem fiksacji na punkcie prozy iberoamerykańskiej, nie uległem też modzie na skandynawskie powieści sensacyjne, choć akurat kilka przygód Wallandera Henninga Mankella uważam za całkiem niezłe. „Człowiek nietoperz” Jo Nesbø (plus ze dwie-trzy inne powieści tegoż autora z Harrym Hole w roli głównej) zdecydowanie mnie nie zachwycił, ale przecież każdemu należy się ostatnia szansa. Albo przedostatnia. W każdym razie do „Królestwa” Jo Nesbø podchodziłem bez czci nabożnej, ale i bez uprzedzeń. Tak natknąłem się na powieść nieomalże genialną. Było w niej, i jest nadal, coś wyjątkowego, zupełnie nietypowego.

„Zatruta krew” to kontynuacja „Królestwa” tegoż autora. Zapewne dałoby się ją czytać bez znajomości części pierwszej, ale zdecydowanie nie jest to dobry pomysł. Autor zadbał o to, żeby czytelnika jakoś wprowadzić w fabułę, ale… Ale to nie ona świadczy o wartości powieści. Raczej klimat, nastrój, związki i relacje między ludźmi.

Podobnie jak w „Królestwie” akcja „Zatrutej krwi” dzieje się dwutorowo. Narrator, Roy Opgard, relacjonuje wydarzenia bieżące, ale też opowiada o dorastaniu z młodszym o około rok bratem Carlem i przeróżnych perypetiach, jakie były w przeszłości udziałem ich obu. Nie tylko w dzieciństwie.

Tutaj, odwrotnie jak w „Królestwie”, którego akcja rozwija się powoli i dość długo może się wydawać, że to powieść społeczno-obyczajowa, a nie kryminał, od samego początku czytelnik nie ma złudzeń i wie, z kim ma do czynienia.

Pokiwałem głową.
– Wiesz, o czym myślałem, kiedy dzwoniłem do drzwi Haldena?
– Że poświęcasz się dla dobra wszystkich.
– To też. Ale przede wszystkim myślałem o tym, że jestem mordercą. Że my jesteśmy mordercami.
Carl spojrzał na mnie, unosząc brwi.
– Śpij dobrze – powiedział i wyszedł.
Tak jak wspomniałem, unikamy rozmów na pewne tematy.
Siedziałem wpatrzony w nocny mrok, słuchając kroków w jego sypialni na górze.
Siedem zabójstw. Carl i ja zabiliśmy łącznie siedem osób. I psa.

Od „Królestwa” minęło kilka, może kilkanaście lat. Roy Opgard jest już właścicielem stacji benzynowej, którą kiedyś jedynie dzierżawił. Carl jest szefem Os Spa – luksusowego hotelu. Na miarę Os, niewielkiej wioski w norweskich górach, bracia osiągnęli znaczący sukces. Jednak w wieku trzydziestu paru lat nie zamierzają i nie mogą zrezygnować z wielkich planów i ambicji – to prosta zasada gospodarki: albo się rozwijasz, albo… zwijasz.
Carl szuka funduszy na rozwój hotelu. Roy marzy o największej na świecie drewnianej kolejce górskiej. Potrzebne kwoty to już dziesiątki milionów. Jednak chodzi nie tylko o pieniądze. Planowany tunel może spowodować, że Os stanie się wsią tak odległą od szosy, że nie będzie sensu niczego tu budować, w nic inwestować. Te problemy, oraz mnóstwo innych, jeszcze z dawnych czasów, powodują, że bracia Opgardowie znowu muszą podejmować trudne decyzje, mniej lub bardziej niezgodne z prawem. Niektóre bardzo, bardzo niezgodne.

„Zatruta krew” to nie jest ani typowy kryminał, ani jedna z tysięcy powieść sensacyjna – tu od razu i na bieżąco wiadomo, co kto zrobił i jak to zrobił, i dlaczego zrobił to, co zrobił. Podobnie jak „Królestwo”, część pierwszą tej historii, powieść czyta się znakomicie, bo choć niby wiadomo, kto zabił, to wcale nie jest takie oczywiste, czym to wszystko się skończy.

sobota, 26 października 2024

Oczekiwania to rozczarowania

 „Dostatek” – Jakob Guanzon

Dostatek to dobrobyt, wystarczająca ilość czegoś. Motywem przewodnim powieści jest niedostatek. Raz mniejszy, raz większy, ale w sumie permanentny. Bohaterowie rzadko mają dostęp do podstawowych wygód, nie zawsze są najedzeni, a jeśli nawet, to krótko i śmieciowym jedzeniem.

Henry, po odsiedzeniu wyroku za handel narkotykami, mieszka z ośmioletnim synem, Juniorem, w przyczepie, a kiedy zostają z niej wyrzuceni, śpią w starym Fordzie pikapie. Henry szuka pracy, Junior jeszcze chodzi do szkoły lub jest do niej wożony przez ojca.

Tytuły rozdziałów autor skonstruował z kwot, jakie akurat z różnych źródeł ma do dyspozycji Henry, na przykład: 7 dolarów 55 centów, 300 dolarów, 11 dolarów 40 centów, 0 dolarów, 20 dolarów itd. Takie tytuły rozdziałów wydają się ekscytować krytyków, a lepiej opłaconych nawet wprawiać w euforię. Wyraźnie upatrują w tym geniuszu debiutującego autora. Przy okazji wyraźnie widać, jak zmieniają się uczucia, emocje, postawy życiowe i przekonania Henry’ego w zależności od posiadanej akurat gotówki.

„Dostatek” obejmuje dwa nurty czasowe, to jest teraźniejszość, a w niej codzienną walkę o przetrwanie, co często sprowadza się do zdobywania niewielkich kwot, za doraźnie wykonywane prace, kwot co najwyżej starczających na benzynę i najtańsze fastfoodowe jedzenie. Drugi nurt to przeszłość i wyjaśnienia, jak do tego doszło, że Henry z Juniorem wylądowali w starym Fordzie, jak zakończył się związek z Michelle oraz jak i dlaczego urwały się narkotykowo-pijackie, szalone eskapady z Alem, kolegą, do czasu może nawet przyjacielem.

Książka mocno przypomina „Elegię dla bidoków” – USA to straszne miejsce, głód, smród, ubóstwo, bezdomność, brak opieki medycznej, ale głównie rażąca niesprawiedliwość. I w tym miejscu właśnie robi się ciekawie, wręcz intrygująco. Nie ulega bowiem wątpliwości, że Junior na taki los nie zasłużył. Żadne dziecko nie zasługuje, bo niby za co. Natomiast ogrom współczucia niektórych czytelników dla Henry’ego uruchomił moją przekorę, której efekt mógłby wyglądać tak: handlarz narkotyków tygodnie i miesiące zaledwie po opuszczeniu więzienia nie może znaleźć dobrej pracy? Oj jakież to jest niesprawiedliwe i jakie straszne! Henry’ego właściciel wyrzuca z przyczepy mieszkalnej, bo ten nie płaci za jej wynajem? Oj, dlaczego, przecież to takie niesprawiedliwe i okropne! W taki sposób też można spojrzeć na niektóre wydarzenia opisane w książce.
Henry najwyraźniej nie jest w stanie pojąć w żaden sposób, że piękny „amerykański sen” kończył się na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co oznacza też, że państwo jest współcześnie znacznie mniej opiekuńcze, niż to miało miejsce pół wieku temu.

„Stracił panowanie nad sobą. Źle zrobił, że wyrwał i zniszczył Juniorowi książkę, ale trudno, stało się. Przestał liczyć wypite piwa, więc z czystym sumieniem poszedł po następne, bo chuj z tym”*.

Jeżeli w „Dostatku” polski czytelnik potrafi znaleźć odniesienia do życiowych postaw i oczekiwań niektórych młodych Polaków, to widocznie dzieło Jakoba Guanzona dobrze spełniło swoje zadanie.




--- 
* Jakob Guanzon, „Dostatek”, przekład Jacek Żuławnik, wyd. Pauza, 2023, s. 349.


czwartek, 24 października 2024

Sens zgubiony i odnaleziony

 „Blizna” – Auður Ava Ólafsdóttir

„Rany goją się niejako powoli, a powstała blizna nie zawsze sięga tak samo głęboko, niektóre są głębsze od innych”[1].

Głównym bohaterem powieści jest czterdziestodziewięcioletni Jonas Ebeneser (Jonas – gołąb, Ebeneser – pomocny). Początkowo rzecz dzieje się prawdopodobnie w Islandii. Jonas, właściciel firmy „Stalowe nogi”, którą prowadzi bez zapału i tylko dla pieniędzy, jest po rozwodzie. Z Gudrun, byłą żoną, ma dwudziestosześcioletnią córkę, Gudrun Białą Lilię, a całkiem niedawno była żona uświadomiła mu, że nie jest jej biologicznym ojcem. Matka Jonasa cierpi na postępującą demencję. W takich oto warunkach i okolicznościach Jonas spokojnie i powoli dochodzi do wniosku, że już czas, żeby jego życie się skończyło. Zadaje sobie serię egzystencjalnych pytań…

„Czy świat za mną zatęskni? Nie. Czy świat beze mnie będzie uboższy? Nie. Czy świat da sobie radę beze mnie? Tak. Czy świat jest lepszy teraz, kiedy ja się na nim zjawiłem? Nie. Co zrobiłem, aby go poprawić? Nic”[2].

Nie w tym rzecz, że na Jonasa jakoś traumatycznie wpłynęło któreś z wydarzeń, chodziło o coś zupełnie innego – mężczyzna po prostu zupełnie zagubił sens i cel swojego życia.

Jonas podejmuje pewne wstępne działania: zdejmuje żyrandol, żeby na haku po nim się powiesić, pożycza od sąsiada strzelbę, planuje, jak powinien być ubrany, co i do kogo ewentualnie napisać. Ostatecznie jednak, nie chcąc fundować takich widoków Gudrun Białej Lilii, wymyśla inny sposób – wyjeżdża na drugi koniec świata do kraju, w którym całkiem niedawno toczyła się wojna, gdzie na pewno nadal jest niebezpiecznie. Do końca powieści czytelnik nie zostaje poinformowany, co to za kraj, ani czemu wybuchła w nim brutalna i krwawa bratobójcza wojna, ale nie ma to wielkiego znaczenia.

Jonas Ebeneser, który zabrał w podróż jedną koszulę (wystarczy, jak na czas, który mu pozostał), wiertarkę i kilka narzędzi, bo może gdzieś trzeba będzie umocować jakiś hak do wieszania się, zatrzymuje się w zaniedbanym hoteliku Silence. Miasto jest poważnie zniszczone, niektóre tereny nadal zaminowane, prąd czasem jest, podobnie z wodą. W nocy obowiązuje godzina policyjna.

Żeby jakoś się wykąpać, Jonas naprawia prysznic w swojej łazience. Później przykręca drzwi szafki… Pomaga, a właściwie sam wykonuje w hotelu wiele prac remontowych i naprawczych. Po niedługim czasie proszony jest o pomoc także w innych miejscach.

„Moje wyjaśnienia, że nie jestem ani hydraulikiem, ani elektrykiem, na nic się zdają. Brakuje elektryków. Brakuje cieślów. Brakuje hydraulików. Brakuje murarzy”[3].

Narracja w pierwszej osobie przypomina zapis myśli – zwykle są to zdania sensowne i logiczne, ale czasem pojawiają się wtrącenia, jakby skojarzenia. Czasem zrozumiałe, innym razem jakby oderwane od aktualnego wątku. Powieść jest bardzo oszczędna w środkach stylistycznych; sporo dzieje się w wyobraźni czytelnika. A jeśli dziać się nie będzie z jakiegoś powodu, to Blizna" może się wydać po prostu nudna i niezbyt zrozumiała.




---
[1] Auður Ava Ólafsdóttir, „Blizna”, tł. Jacek Godek, Wydawnictwo Poznańskie, 2020, s. 55.
[2] Tamże, s. 18.
[3] Tamże, s. 163.

sobota, 19 października 2024

Dzień za dniem ze zwłokami

 „Co wiedzą umarli” – Barbara Butcher

Wydawało mi się, a sądziłem tylko po tytule, że będzie to coś w stylu „Trupiej farmy” Billa Bassa i Jona Jeffersona, „Stulecia detektywów” albo „Godziny detektywów” Jürgena Thorwalda, czyli popularno-naukowa pozycja na temat medycyny sądowej. Miałem rację w pewnym stopniu, częściowo. Zaczyna się, jakby na zachętę, od historii o mściwym wisielcu, badaniu miejsca zdarzenia i oględzinach zwłok , ale następne rozdziały dotyczą już samej autorki. „Co wiedzą umarli” to osobista, a nawet intymna, autobiograficzna historia medyczki sądowej, natomiast w drugiej kolejności jej specyficznej pracy dla Nowojorskiego Urzędu Naczelnego Konsultanta Medycy Sądowej. Ale nie jest wykluczone, że inni czytelnicy będą to widzieli odwrotnie, upierał się nie będę.
Jakie zadania realizuje w praktyce śledczy lekarsko-sądowy? W sporym uproszczeniu można powiedzieć, że policja szuka odpowiedzi na pytanie „kto?”. Anatomopatolog na pytanie „co?”, a śledczy lekarsko-sądowy na pytanie „jak to się stało, jak do tego doszło?”.

„Jakieś cztery lata wcześniej sięgnęłam dna. Byłam alkoholiczką, mieszkałam w zapyziałej kawalerce, pracowałam na czarno w pasmanterii przy Madison Avenue. Miałam poczucie, że na nic więcej nie zasługuję”*.

Jakimś cudem Barbarze udało się przerwać zaklęty krąg picia, ćpania, destrukcyjnych związków i innych, problematycznych pomysłów na życie. Pokończyła szkoły i kursy, zdobyła dobrą pracę i…

„Byłam zadowolona ze swojego domu i pracy, dlatego zaczęłam wierzyć, że mam coś do zaproponowania światu. Zabrzmi to patetycznie, ale miałam poczucie, że staję się dobrym obywatelem. Byłam szczęśliwa, spełniona i zakochana we wspaniałej kobiecie. Nałóg nie odchodzi jednak sam z siebie i po kilku latach znowu wstąpił we mnie diabeł. Zadurzyłam się w niewłaściwej osobie, zaczęłam ostro pić i zerwałam z moją cudowną, inteligentną i lojalną partnerką, z którą byłam od siedmiu lat. Szukałam mocnych wrażeń i nie mogłam narzekać na ich brak. Narkotyki, alkohol, mnóstwo seksu. Okłamywałam ludzi, na których mi zależało, manipulowałam nimi i ich zaniedbywałam. Zdradzałam kolejne partnerki. Lubiłam być we wszystkim dobra, co obejmowało również nałogi. Wszystko zniszczyłam”*.

Barbara Butcher kolejny raz wygrzebała się z piekła nałogu. Tym razem z wydatną pomocą Anonimowych Alkoholików i 12 Kroków AA. Znów porobiła stosowne kursy i szkolenia, i zaczęła pracę jako medyczka sądowa. Tak zaangażowana w pracy, że wyglądało to na obsesję, przez 22 lata kariery zrobiła badania ponad 5500 ciał.
Nie mam wątpliwości, że fiksacja na tej szczególnej pracy kompensowała jej brak chlania i ćpania. Pracoholizm wydaje się mniej destrukcyjny niż narkomania. Pod warunkiem, że ma się swoją pracę…

Dobra powieść biograficzna. Trupy i ich badanie nie tak odrażające, jak można by się spodziewać. Te akurat elementy, choć same w sobie wymagające pewnej odporności, autorka przedstawiała dość łagodnie. Znam mistrzów polskiej sensacji i królowe polskiego kryminału, które z powodu braku talentu, znacznie sprawniej epatują czytelników obrzydliwościami.





--- 
* Barbara Butcher, „Co wiedzą umarli”, przekład Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Literackie, 2024, e-book, Konwersja: eLitera s.c.


czwartek, 17 października 2024

Księża katoliccy wersja polska

 „Plebania” – Artur Nowak

W przypadku takich publikacji prawie zawsze najpierw sprawdzam, kim jest autor. Artur Nowak, adwokat i publicysta, pisze o sobie:
Poznałem luksusowych escortów oraz pięknych chłopców oferujących nobliwym prałatom i infułatom masaże z opcją happy end, rozmawiałem z kierowcami wożącymi ich na nocne eskapady, w trakcie których przeobrażają się w bestie, dilerów sprzedających towar na seksparty, wreszcie wysłuchałem nieprawdopodobnych historii o sztabach złota i wartych miliony fortunach, które zgromadzili ci „boży ludzie"*.

W książce „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie” Frédérica Martela wyczytałem, że katolickich księży pederastów** (homoseksualnej orientacji) jest w Watykanie z 80 procent. Powiedzmy, że mamy niewielkie miasteczko w środku Polski. Kościół, plebania, siedmiu księży. Pięciu z nich to pederaści aktywni. Dwaj pozostali to pederaści nieaktywni ze względu na wiek. Jak to wygląda procentowo?

Jeśli ktoś czytał „Sodomę”, to uprzedzam, że ”Plebania” jest znacznie bardziej szokująca. Może dlatego, że to u nas, trzy ulice dalej, w sąsiedniej wsi, a nie gdzieś tam, daleko, w innym kraju? A może dlatego, że autor „Plebanii” nie ogranicza się do tematu prawie powszechnego homoseksualizmu księży w Polsce, ale prezentuje przykłady pedofilii, zoofilii, narkomani i sprzedaży narkotyków, przestępstwa, np. obrabowanie kilku sąsiednich parafii.
Jeszcze nie tak dawno Polskę bulwersowała sprawa homoseksualnej orgii na plebanii w Dąbrowie Górniczej – rozmówcy Artura Nowaka śmieją się w kułak, bo według nich, takich imprez po plebaniach jest mnóstwo. Dąbrowa wyszła na jaw tylko dlatego, bo męski striptizer dostał chyba zawału czy czegoś takiego, a proboszcz i inni uczestnicy zabawy próbowali uniemożliwić udzielenie mu pomocy przez zespół ratunkowy karetki pogotowia.

W „Plebanii”, w kolejnych rozdziałach, autor porusza tematy:
- Chłopcy księży,
- Kobiety księży,
- Dzieci księży,
- Mamona,
- Patola zwana zgorszeniem,
- Samotność i agresja,
- Buta i formacja,
- Książki, z których korzystałem i które polecam.

Rozdziały (może poza spisem polecanych lektur) zbudowane są z rozmów z księżmi katolickimi, psychologami, lekarzami, szoferami, rozmów osobistych lub telefonicznych; część rozmówców Artura Nowaka nie odważyła się ujawnić nazwiska. Każdy rozdział kończy bardzo obszerny i wiarygodny wykaz źródeł. I to mnie zaskoczyło.

Dużo informacji do książki dostaję od pewnego masażysty, którego stałymi klientami są między innymi księża. Nie specjalizuje się w ich obsłudze. Po prostu lubią go odwiedzać. Jest ich kilkudziesięciu.
[...]
Przyznaje, że lubi masować proboszczów.
– Oni zostawiają najwięcej, właśnie z tych tac. To, że płacą w niskich nominałach, czyli dziesięcio-, dwudziesto-, maksymalnie pięćdziesięciozłotówkami, nie znaczy, że płacą mało. Jak dobrze rozkręcisz takiego proboszcza podczas masażu, to na koniec on z tej walizeczki potrafi wyciągnąć dla ciebie taką kwotę, że made my week!, chciałoby się powiedzieć. Wykonywałem masaże, za które dostawałem tysiące. I to od proboszczów zawsze. Cztery tysiące, pięć tysięcy za dwugodzinny masaż. I to wszystko było z tacy*.

Nie było specjalnie zaskakujące, że kleryk został w czasie zajęć rzucony na glebę przez policję, skuty i wyprowadzony – znaleziono u niego materiały zawierające sceny seksu zwierząt i dzieci. Szokujące było coś innego: kleryk ten był typowany, żeby iść na praktyki do przedszkola.

Zapytałem kiedyś proboszcza z Wrocławia o to, czy nie uważa, że płacenie akuratnie tacą za masaże erotyczne nie do końca jest OK, a on mi wtedy odpowiedział – i obiektywnie przyznaję mu rację – że pieniądze z tacy nie są po to, aby przeznaczać je na działalność eucharystyczną czy ewangeliczną. Są po to, żeby załatać dach na plebanii, zatankować samochód, kupić żywność albo skorzystać z moich usług. Rzucając coś na tacę, płacisz na utrzymanie swojej parafii, a na to składa się wiele elementów. Jeśli proboszcz czy wikariusz w twojej parafii jeździ wygodnym samochodem, przekłada się to na jego dobre samopoczucie i odprawia dla ciebie lepszą mszę. Jeśli śpi w wygodnym łóżku, jest bardziej wypoczęty. To działa tak samo. A jak pójdzie na masaż, dobrze się zabawi, spuści z krzyża, to nazajutrz jest zupełnie innym człowiekiem*.

Nie pierwszy to już raz zetknąłem się z informacją, że orientacja heteroseksualna uniemożliwia albo przynajmniej bardzo utrudnia kościelną karierę. Żeby takową robić, trzeba mieć wysoko postawionego „opiekuna”, a jeśli kleryk lub młody ksiądz nie jest homo, to i czym mógłby się odwdzięczyć za protekcję?








---
* Artur Nowak, „Plebania”, wyd. Prószyński i S-ka, 2024, e-book.