sobota, 10 grudnia 2011

I nie tylko w deszczu...

„Morderca w deszczu” – Raymond Chandler

 „Morderca w deszczu” to zbiorek pięciu opowiadań kryminalnych, w skład którego – poza tytułowym – wchodzą: „Będę czekać”, „Strzelanina u Cyrana”, „Spokojne góry” i „Kobieta w jeziorze”. Bohaterem jest w nich zawsze detektyw, jakiś detektyw, bo albo prywatny, albo hotelowy, albo były, a historie nie łączą się ze sobą w żaden inny sposób. Wprawdzie po przeczytaniu trzech wydawało mi się, że motywem łączącym je jest deszcz, ale akcja „Spokojnych gór” rozgrywa się przy pięknej słonecznej pogodzie, a w przypadku „Kobiety w jeziorze” motywu aury w ogóle nie zauważyłem.

Nie są to na pewno wybitne opowiadania Chandlera, ale miłośnikom gatunku (chodzi mi oczywiście o klasyków dwudziestowiecznej powieści kryminalnej) powinny przypaść do gustu.

środa, 30 listopada 2011

Przychodzi baba do...

„Sprawa kulawego kanarka” – Erle Stanley Gardner

Przychodzi baba do lekarza z kanarkiem w klatce… Nie, to nie tak. Do gabinetu adwokata, Perry’ego Masona, przychodzi młoda, atrakcyjna kobieta z kulawym kanarkiem w klatce. Przedstawia swój problem, który – jak to zwykle bywa u Gardnera – wydaje się błahy i nieciekawy; Mason, specjalista od procesów kryminalnych, nie zajmuje się sprawami rozwodowymi, a na to się zapowiada według relacji klientki, jednak to tylko pozory, bo – znowu, jak zwykle – chodzi o skomplikowane morderstwo, w które uwikłane są dwie siostry, kochanek jednej z nich, tajny agent ubezpieczeniowy i kanarek.

Ciekawa zagadka kryminalna, dobry humor… kryminał w starym stylu wart przeczytania.

czwartek, 24 listopada 2011

Zabójstwo na jachcie

„Sprawa odłożonego morderstwa” – Erle Stanley Gardner

Powieści kryminalnych, w których główną rolę gra adwokat Perry Mason, Erle Stanley Gardner napisał pewnie koło setki. Czytałem ich kiedyś wiele w serii z kluczykiem, albo jamnikiem, już nie pamiętam. Czasem wracam do tych starych kryminałów z sentymentu za prostymi, nieprzekombinowanymi opowiadaniami. Oczywiście fabuła taka prosta nigdy nie była i właściwie bardzo rzadko udawało mi się odgadnąć, kto zabił.

Atrakcyjna młoda kobieta odwiedza adwokata w jego kancelarii, co zapowiada całe mnóstwo problemów i komplikacji z morderstwem włącznie. Tym razem popełnionym na jachcie. I znów Perry Mason, Della Street, jego sekretarka i Paul Drake, detektyw, ryzykują życie, zdrowie, reputację i wolność, aby tylko rozwikłać kryminalną intrygę.

Rzecz dzieje się w latach trzydziestych, albo czterdziestych ubiegłego stulecia, co nadaje powieści specyficzny klimat.

środa, 23 listopada 2011

Znajomi nieznajomi

- Dokąd idziecie, gdzie się wybieracie? – pytałem wychodzących z domu rodziców.
- Do znajomych, na kawę – padała często odpowiedź – na brydża do znajomych.

Za moich czasów (cokolwiek to znaczy) nie było problemów ze sprecyzowaniem, kto znajomym jest, a kto nie. I jaki to jest poziom znajomości. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że znajomych się zna  (teraz to chyba nie jest takie oczywiste) oraz utrzymuje z nimi osobiste kontakty. Zwykle w miarę regularne.

Znajomi, to ludzie, których odwiedzaliśmy (a oni nas) na zaproszenie. Bliscy znajomi mogli wpadać „na kawę” bez zaproszenia. Dalecy znajomi to tacy, których spotykaliśmy u znajomych ale (jeszcze) u nich nie bywaliśmy. Zdarzali się ponadto byli znajomi – ludzie, z którymi kiedyś utrzymywaliśmy kontakty, ale teraz, od dawna już nie. Z dowolnego powodu, choćby ze względu na „pewien niesmak”*, albo dlatego, że wyprowadzili się do innego miasta/państwa i kontakt się urwał.
Przyjaciel to był ktoś, kto mógł przyjść w środku nocy i poprosić o przenocowanie, bo się z żoną pokłócił. 

Internet – nie tylko sławetne serwisy społecznościowe – dokonał tu pewnego przewrotu, przewartościował pojęcia. Ale, co najgorsze, zafałszował rzeczywistość.
Znajomi, jak sama nazwa wskazuje, to ludzie, których znamy. Można sobie oczywiście snuć rozmaite teorie na temat określenia „znamy”, ale większość ludzi, jeśli nie cierpią na jakieś zaburzenia, zupełnie tego nie potrzebuje, instynktownie, na wyczucie i bez najmniejszego problemu odróżniając znajomych od nieznajomych.

- Ziomo chce cię dodać do swoich znajomych, czy akceptujesz? – jasne, czemu nie, czemu miałbym komuś robić przykrość? Wprawdzie nie mam pojęcia, kim jest Ziomo, nigdy jej/jego nie spotkałem, ale… co to szkodzi?

Może jednak szkodzi? Bo w ten sposób oszukuję nie tylko innych, to akurat głupstwo, ale przede wszystkim samego siebie. Ależ jestem super! Mam setki i tysiące znajomych! Tyle tylko, że kompletnie nieznajomych… W konsekwencji pojawia się pytanie, jeśli jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Czemu tylu ludzi, tych z setkami znajomych, skarży się na samotność? Choć skarży się zwykle dopiero po nieudanej próbie samobójczej, albo w Monarze… Bo często dopiero taka katastrofa pozwala pozbyć się internetowej iluzji i złudzeń co do zdolności utrzymywania kontaktów realnych, w odróżnieniu do wirtualnych.

Ilu mam znajomych w rozmaitych „miejscach” w Internecie? Nie liczyłem, ale pewnie ok. 1200. Ilu mam znajomych, z którymi spotykam się u mnie, albo u nich, albo przynajmniej w kawiarni? Siedmiu? Ośmiu?

  



---
* - Chciałem wam bardzo podziękować za wczorajszą imprezę – było naprawdę super!
- Hm… cieszę się, że ci się podobało, ale wolelibyśmy, żebyś nas więcej nie odwiedzał.
- Jak to?! Co się stało?! Przepraszam! Czy coś zrobiłem nie tak?!
- Widzisz, po twoim wyjściu okazało się, że żonie zniknęło 100 złotych.
- Czyś ty oszalał?! Czyżbyś posądzał mnie o kradzież w twoim domu???
- No... nie… zresztą te pieniądze się później znalazły, wpadły za wersalkę, ale widzisz… pewien niesmak jednak pozostał…

środa, 2 listopada 2011

Rekolekcje ignacjańskie

„Szukaj Boga  we wszystkim” – Anthony de Mello

 „Exercitia spirytualia” (ćwiczenia duchowe, ewentualnie duchowne) – taki tytuł nosiło pierwsze wydanie (1548 rok) książki Ignacego Loyoli, na której opiera się cały zespół różnorakich ćwiczeń o charakterze rekolekcyjnym, których podstawą jest wnikliwy rachunek sumienia. Ćwiczenia te, krytykowane do dziś za woluntaryzm, wraz z medytacjami ignacjańskimi, stanowią podstawę duchowości ignacjańskiej – chodzi, rzecz jasna, o jezuitów (Towarzystwo Jezusowe).

Ćwiczenia są trudne i wymagają pomocy kierownika duchowego. Od czasu ich powstania minęło prawie pięć wieków. De Mello stara się dopomóc współczesnemu czytelnikowi przede wszystkim zrozumieć je (ideę, istotę, praktykę), a może nawet, w sprzyjających okolicznościach, zastosować. Jeśli jednak we wcześniejszych swoich dziełach autor „Modlitwy żaby” kierował się raczej duchowym, niż religijnym aspektem zagadnienia, w przypadku  „Szukaj Boga  we wszystkim” jest inaczej, ale pamiętać trzeba, że prezentuje ona cykl rekolekcji, jakich de Mello udzielał jezuitom w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.


czwartek, 27 października 2011

Berlin Zachodni dawno temu

„Moje życie musiało poczekać” – Christa Jänicke

Jest to historia alkoholiczki i lekomanki, która swoją drogę do trzeźwości rozpoczęła we wczesnych latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia w Berlinie Zachodnim (połączenie miasta nastąpiło dopiero wraz ze zjednoczeniem Niemiec w 1990 roku).

Christa Jänicke łykała tabletki przepisane jej przez lekarza i piła dobre wina, stosownie do wymogów swojej sfery, podejmowała próby samobójcze, skończyła specjalne studia, jako terapeutka prowadziła własny gabinet, aż wreszcie osiągnęła punkt, który określa jako swoje dno i moment kapitulacji. Postanowiła poprosić o pomoc we Wspólnocie AA, jednak przez przypadek zamiast do AA, trafiła do stowarzyszenia Berlińskiej Pomocy dla Alkoholików (AKB – istnieje do dnia dzisiejszego jako Die Anonyme Alkoholkrankenhilfe Berlin e.V.).
Według Christy Jänicke stowarzyszenie to pracuje według programu dwunastu kroków AA, jednak w szczegółach trochę się od AA różni. Z dalszego opisu i relacji wynika, że różni się bardzo i nie tylko w szczegółach, ale to chyba nie ma aż tak wielkiego znaczenia dla czytelnika, który nie „siedzi” w temacie tak mocno, jak ja.

Pół żartem, pół serio stwierdzam, że książka napisana jest typowo kobiecym stylem, to jest z przewagą rozbudowanych opisów stanów emocjonalnych i ich złożonych analiz, nad rzetelną relacją z wydarzeń. Christa Jänicke stwierdza jakiś tam fakt tak lapidarnie, jak to tylko możliwe i natychmiast przestępuje do opisywania swoich uczuć w związku z tym. Jako mężczyźnie zabrakło mi w książce konkretów – po prostu. I nie, nie chodzi mi tu o żadne pikantne szczegóły, ale na przykład o głębszą analizę własnego postępowania autorki w okresie picia. Christa Jänicke prowadziła prywatną praktykę psychoterapeutyczną w czasie, w którym piła i łykała tabletki uspokajające i inne. Jednak faktu, że prowadziła terapię podpita, na kacu, albo pod wpływem psychotropów, zdaje się zupełnie nie zauważać i przechodzi nad tym do porządku dziennego, całkowicie bezrefleksyjnie.

Książkę polecam miłośnikom gatunku, ale zaznaczam od razu, że w chwili obecnej nie może być ona rzetelną informacją na temat leczenia uzależnień. Teraz to tylko ciekawostka z dawnych czasów.

poniedziałek, 10 października 2011

Zwyczajne życie S.T. Garpa

„Świat według Garpa” – John Irving

  Zdarzało mi się oglądać filmy, które nie kończyły się wraz z ostatnią sceną (ujęciem), bo po niej pojawiała się jeszcze lakoniczna informacja o dalszych losach głównych bohaterów. Na przykład, jeśli ostatnim ujęciem było zatrzymanie bandyty po szalonym pościgu, to w takiej właśnie dodatkowej, uzupełniającej notatce reżyser informował widza, że przestępca skazany został na 15 lat więzienia, a dzielny detektyw ożenił się z niedoszłą ofiarą.

Uzupełnienia tego typu, w zdecydowanej większości przypadków, uznawałem w filmach za ciekawe, wskazane, potrzebne i wartościowe; stanowiły jakby kropkę nad „i”. Podobny chwyt zastosował John Irving w książce „Świat według Garpa”, jednak w tym przypadku moja ocena tego… zabiegu jest mocno ambiwalentna, głównie ze względu na jego totalny charakter: autor po prostu uśmierca wszystkich bohaterów, także tych drugoplanowych. Z jednej strony nie powinno to dziwić, doświadczenie uczy, że wszyscy, prędzej czy później, w taki bądź inny sposób, umierają. Ale… po co to robić w powieści? W powieści o życiu, bo ono jest chyba jednak najważniejszym bohaterem „Świata według Garpa”, bez względu na to, jak tę powieść próbują reklamować umiarkowanie rozgarnięci recenzenci; spotkałem się już z opinią, że jest to historia męskiej żądzy albo opowieść o kobiecym, wynaturzonym aż do patologii feminizmie, ale równie dobrze mogłaby to być książka o zapasach, o śmierci dziecka albo o zdradzie.


Czy Irving miał pomysł na kontynuowanie powieści, ale w pewnej chwili mu się to znudziło, więc na chybcika pokończył – w naturalny, choć nieoczekiwany sposób – wszystkie wątki? Czy może zamknął w ten sposób (sobie i innym) drogę do tworzenia w przyszłości jakichś ciągów dalszych? W każdym razie „Świat według Garpa” kończy się skutecznie, definitywnie, choć smutno i odrobinę jakby beznadziejnie.


A oto i fabuła „Świata według Garpa” w telegraficznym wręcz skrócie.


Jenny Fields, ekscentryczna i oryginalna, a tym samym nierozumiana i stopniowo odrzucana przez rodzinę młoda kobieta, w czasie wojny podejmuje pracę jako pielęgniarka. Nie odczuwa potrzeby związku z mężczyzną, ale chciałaby mieć dziecko. Gwałci więc jednego z pacjentów, bo tak chyba należałoby to nazwać, strzelca pokładowego, starszego technika Garpa, który na skutek psychicznego urazu, doznanego w trakcie działań bojowych, zmienił się w roślinę, nie ma kontaktu z otoczeniem i wkrótce umiera. Syna, poczętego w tak niekonwencjonalny sposób, Jenny Fields nazywa S.T. Garp, gdzie litery S.T. nie stanowią inicjałów imion, ale skrót od Starszy Technik. Oczywiście z czasem przysparza to (brak imion) Garpowi pewnych problemów. Z tego też powodu dla wszystkich, łącznie z matką i późniejszą żoną, Garp pozostaje jedynie Garpem; nawet nie da się nazywać go inaczej, bo i jak?


Po wojnie Jenny Fields podejmuje pracę pielęgniarki szkolnej. Do tej samej szkoły uczęszcza Garp. Trenuje zapasy, ten sport wybrała dla niego matka, zaczyna też interesować się pisarstwem oraz Helen, córką trenera drużyny zapaśniczej, jednak pierwsze doświadczenia seksualne przeżywa z puszczalską Cushie Percy.


Za namową nauczyciela literatury, Garp wraz z matką wyjeżdża do Wiednia, aby tam zostać pisarzem. Faktycznie, powstaje tam jego pierwsze opowiadanie „Pensjonat Grillparzer” (jeśli nie całe, to na pewno zdecydowaną jego większość znaleźć można na kartach powieści Irvinga), ale ważniejsze jest, że Jenny Fields pisze tam swoją jedyną powieść, szokującą autobiografię zatytułowaną „Seksualnie podejrzana, czyli autobiografia Jenny Fields”. Autorka zarabia na niej fortunę i wraca do rodzinnego Dog’s Head Harbor, a Garp żeni się z Helen Holm i – ze skutkiem bardzo różnym – stara się pisać.


„Świat według Garpa” to całe życie człowieka, a biorąc pod uwagę wprowadzenie i zakończenie, nawet więcej, niż jedno życie. Małżeństwo, pisarstwo, dzieci, rodzinne tragedie, treningi zapaśnicze, dalsza rodzina, zdrady małżeńskie, domowe obowiązki, a także liczne wątki poboczne (jamesjanki, problem zmiany płci) mogą wydawać się groteskowe, nawet absurdalne, ale czy rzeczywiście są takie? Bo przecież to, co opisał Irving, choć zrobił to nieco przewrotnie, jest jednak po prostu zwyczajnym życiem.


Pisarstwo na bardzo wysokim poziomie – zdecydowanie polecam.

czwartek, 6 października 2011

Nadchodzi czas wybierania

I znowu zbliżają się wybory i znowu wiele osób pyta mnie, na kogo będę głosował? Sama idea wydaje mi się z lekka durnowata, bo wynika z absurdalnego założenia, że większość obywateli jest rozsądna, ale mniejsza z tym…
A głosował będę na mniejszość niemiecką. Uprzedzając kolejne pytanie odpowiadam, że nie, nie jestem Niemcem, ale doszedłem do wniosku, że jeżeli wygrają ci z mniejszości niemieckiej, to przynajmniej o swoich będą się troszczyć, natomiast jak wygrają nasi, polscy politycy, to – jak zawsze – troszczyć się będą wyłącznie o siebie.
Poza tym… jest pewna szansa, że mniejszość niemiecka będzie popierała Stowarzyszenie Obrońców Monte Cassino z przekonania, a nie z powodu żenujących luk w wykształceniu na poziomie podstawowym.

piątek, 2 września 2011

Rozterki moralne ławnika

„Sumienie” – Zbigniew Nienacki

Był w życiu pisarza taki okres, w którym pisał już całkiem niezłe powieści przygodowe dla młodzieży (pierwsze tomy przygód Pana Samochodzika, którym zresztą po czasie zmieniano tytuły), natomiast jeszcze niezbyt dobrze, albo wręcz niedobrze, wychodziło mu pisanie dla dorosłych. Utwory takie jak „Laseczka i tajemnica”, czy właśnie „Sumienie” zaliczam dziś (dziesięć lat temu też) do ewidentnych knotów: naiwne, nieciekawe i nijakie, ale uwaga! To są oceny mniej więcej współczesne. Jak oceniano te pozycje pół wieku temu, czyli wtedy, kiedy powstały i w czasach, których dotyczyły – nie wiem, nie mam pojęcia. Nie spotkałem nikogo, kto by je wtedy czytał, do dziś to pamiętał i mógł na ich temat cokolwiek powiedzieć.
W tym momencie przypomina mi się fragment jakiejś zupełnie innej książki, kryminału, a dotyczący mrożącego krew w żyłach pościgu Syrenki za Wartburgiem, albo odwrotnie. Dziś może wywoływać to salwy huraganowego śmiechu, ale wtedy… Ano, właśnie – wtedy mogło to być odbierane zupełnie inaczej.

„Sumienie”, to mało przekonujące, naciągane i mętne rozterki moralne ławnika, który podczas procesu zabójcy głosował za karą śmierci. Fabuła w widoczny sposób ujawnia niewielkie rozeznanie autora w temacie, który określić można jako polski proces karny, ale to nie wszystkim musi rzucać się w oczy.

 Swoją drogą, dziwne jest to, że do dziś nie pojawiła się – moim skromnym zdaniem – żadna wartościowa literatura tematu. „Spowiedź polskiego kata” Jerzego Andrzejczaka też oceniam jako mierną. Tylko jeden film na ten temat uważam za świetny, wręcz rewelacyjny.

W każdym razie Nienacki, jako znakomity, a nawet wybitny pisarz dla dorosłych, narodził się dopiero prawie dwadzieścia lat później („Raz w roku w Skiroławkach” – 1983).