wtorek, 29 sierpnia 2023

Narodziny dawnej przyszłości

 „Cytoniczka” – Brandon Sanderson

Zgodnie z definicją Sandersona cytonika to biologiczny sposób porozumiewania się i podróżowania. Skoki w nadprzestrzeni zastępują cytonikom gwiazdoloty czy inne rakiety, a telepatia zastępuje łączność radiową. Cytoniczka albo cytonik dysponuje pewnymi zdolnościami telepatycznymi, potrafi przechwytywać myśli innych, nawet jeśli nie do niego były one kierowane, potrafi też skakać w nadprzestrzeni, czyli w ułamku sekundy przenosić się z jednego miejsca na inne, i to w wymiarze kosmicznym. Cytoników w opisywanych w powieści czasach i miejscach jest więcej, ale nie wszyscy dysponują identycznymi zdolnościami.

Główną bohaterką tej powieści przygodowej s-f jest Spensa Nightshade, pilotka myśliwca Sił Powietrznych Śmiałych, pochodząca z enklawy ludzi na Detritusie. Spensa Nightshade jest cytoniczką, w jej przypadku jest to rodzaj mutacji, pozwalający się jej zmierzyć z wnikaczami, najgroźniejszą bronią Zwierzchnictwa, stanowiącymi też samodzielne zagrożenie. Ale uwaga – zmierzyć, porozumieć czy podsłuchać, wcale nie zawsze znaczy zwyciężyć.

Spensa ucieka przed Zwierzchnictwem, ale przede wszystkim przed wnikaczmi, starożytną tajemniczą i niezrozumiałą rasą. W podróży towarzyszy jest Chet Starfinder (kiedyś komandor Spears, pilot M-Bota, który rozbił się na Detritusie) oraz M-Bot – sztuczna inteligencja coraz bardziej i niepokojąco upodabniająca się do człowieka w sensie emocjonalnym; w „Cytoniczce” odgrywa często rolę humorystyczną; ma hysia na punkcie grzybów.
Ze Zwierzchnictwem sprawa jest prosta – dyktatura, jak dyktatura. Naprawdę niebezpieczną rasą są tajemnicze wnikacze, stwory czy istoty, dla których czas i miejsce są jednością, a mimo to, a może właśnie dlatego, nie potrafią zobaczyć przyszłości. Istnieją w każdym czasie jednocześnie, więc nie są w stanie odróżnić przyszłości od przeszłości – co wydaje się nawet logiczne. Wnikacze dysponują ogromnym potencjałem, są w stanie w moment niszczyć całe planety. Piloci myśliwców nie są w stanie się z nimi mierzyć.

Spensa Nightshade szuka odpowiedzi, sposobu, rozwiązania, wiedzy, zrozumienia; stara się odkrywać dawne tajemnice, by wygrać trwającą wojnę… o wszystko.

Powieści fantastyczne można dzielić i grupować na mnóstwo sposobów, ale ja – dla swoich potrzeb – mam jeszcze jeden: albo coś jest wyobrażalne, albo nijak nie. „Diuna” Herberta jest do wyobrażenia sobie, „Fundacja” Asimowa też. I „Opowieści o pilocie Pirxie” też, jak najbardziej. „Cytoniczka” jest z rodzaju niewyobrażalnych. Nie chodzi o to, że nie znam poprzednich tomów, a przydałoby się, ale o to, że nie potrafię wyobrazić sobie niebytu, w który, w niektórych miejscach, przesącza się rzeczywistość i tworzy w tym niebycie różnej wielkości fragmenty, po których bohaterowie wędrują, przeskakując z jednego na drugi, jakby to były wyspy. Jednolitej mieszanki czasu i odległości też nie potrafię objąć wyobraźnią. Podobnie jak realiów, okoliczności, rzeczywistości, która okazuje się odmienna dla różnych osób, uczestniczących w tym samym zdarzeniu. I wielu innych detali. Oczywiście można się przyzwyczaić, ale…

„Cytoniczka” to książka wyjątkowo dobrze wydana. Twarda, przyjemna w dotyku okładka, na niej intrygująca ilustracja w dobrze dobranych kolorach, świetna czcionka, wielkość liter dostosowana także dla czytelników czterdzieści plus, a nie tylko nastolatków z sokolim wzrokiem – dawno nie miałem w rękach produktu tak dobrego.
Narratorką „Cytoniczki”, to jest trzeciego tomu cyklu Skyward, jest Spensa, młoda dziewczyna, a to już rzadkość, by mężczyzna napisał powieść w takiej właśnie formie.




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


czwartek, 24 sierpnia 2023

Przypadki detektywa kości

 „Trupia Farma” – Bill Bass, Jon Jefferson

Połączenie biografii lub autobiografii Billa Bassa, pomysłodawcy i założyciela Trupiej Farmy, z popularno-naukową (proporcje 80:20) historią narodzin i rozwoju współczesnej antropologii sądowej.

Trupa Farma utworzona została w Tennessee (USA) w roku 1981 i od tego czasu, jako projekt uniwersytecki, nieustannie się rozwija. Przedmiotem badań są ludzkie zwłoki i wszystko to, co dzieje się z nimi po śmierci i w najróżniejszych warunkach. Specjaliści antropologii sądowej pomagają kryminologom, i w ogóle organom ścigania, w ustalaniu tożsamości ofiar, przyczyn śmierci, czasu, który minął od zgonu.

Autorzy starają się prezentować różne przypadki, którymi zajmował się Bass, w sposób możliwie mało obrzydliwy, ale za to intrygujący; czasem to coś w rodzaju przygody. Rozumiem, że celem jest popularyzacja tej gałęzi wiedzy, a nie epatowanie czytelnika opisami, które wywoływałyby odruchy wymiotne.

Ciekawostka dotycząca lektury, ale i osobistych reakcji. Billa Bassa nazwano największą hieną cmentarną Ameryki. Kilkanaście wakacyjnych sezonów spędził badając groby Indian z plemion Arikara, ale nie tylko. Przez jego ręce przeszły tysiące szkieletów i pozostałości ciał. Zaskoczyła mnie nazwa, bo w moim rozumieniu hiena cmentarna to określenie mocno pejoratywne. Bass jest przecież antropologiem, badaczem – myślałem, ale wystarczyło zmienić punkt widzenia i wszystko stało się jasne. W sąsiednim mieście (kilkadziesiąt kilometrów) na lokalnym cmentarzu leżą członkowie części mojej rodziny. I wyobraźmy sobie, że naukowiec z jakiegoś uniwersytetu postanowił rozkopać ich groby, wyjąć z nich szczątki i zabrać na swoją uczelnię w celu przeprowadzenia badań. A później publikować wyniki, z których, na przykład, wynika, że prababcia miała syfilis, a dziadek szpotawą stopę. Halo! Zaraz! Co jest! Przecież nikt bliższej lub dalszej rodziny nie dawał zgody na coś takiego! Ano właśnie… Indian nikt nie pytał o pozwolenie czy zgodę. Biali chrześcijanie bezcześcili sobie radośnie ich groby, bo uważali, że im wolno.
Z tego, co wiem, od tamtych czasów prawo w USA diametralnie się zmieniło.

Nie wszystkie opisywane sprawy miały charakter kryminalny. Nie wszystkie przypadki zbrodniczego działania kończyły się we właściwy sposób, to jest skazaniem mordercy. Jest też przynajmniej jeden przypadek bardzo poważnej pomyłki Bassa w datowaniu – badając zwłoki pomylił się o 113 lat.

Książka ciekawa, nienużąca, choć oczywiście specyficzna, bo taka tematyka nie każdego musi interesować. Po latach wydana została jej kontynuacja „Trupia Farma – nowe śledztwa”.

niedziela, 20 sierpnia 2023

Niby thriller, ale jakby bez jaj

 „Dziewczyna z Brooklynu” – Guillaume Musso

Zaczyna się... irytująco. Odnoszący sukcesy i niezależny finansowo pisarz, Raphaël Barthelemy, trzy tygodnie przed ślubem wybrał się ze swoją wybranką, Mulatką, Anną Becker, stażystką ze szpitala, w podroż przedślubną na Lazurowe Wybrzeże. Pewnego wieczora Raphaël zmusza i wymusza na Annie osobiste wyznania. Widać, słychać i czuć, że to nie jest dobry pomysł, sam pisarz też to czuje, ale upiera się jak osioł, deklarując miłość do bezgranic. Sterroryzowana Anna Becker pokazuje mu zdjęcie trzech zwęglonych ciał i informuje, że to jej dzieło, że ona to zrobiła. Raphaël natychmiast wychodzi i odjeżdża. Więc Becker pakuje się i wraca do Paryża. Po jakimś czasie pisarz opamiętał się, zrozumiał, że właściwie nic nie wie i wrócił, ale Anny już nie było.

Chciałoby się być tym, kim się nie jest - napisał Albert Cohen. Może dlatego czasem człowiek zakochuje się w kimś, z kim nie ma absolutnie nic wspólnego. Może to pragnienie wzajemnego dopełnienia się każe nam wierzyć w możliwość zmiany, metamorfozy. Tak jakby kontakt z drugą osobą powodował, że stajemy się istotami doskonalszymi, bogatszymi, bardziej otwartymi. Ten piękny w teorii pomysł rzadko realizuje się w rzeczywistości
*.

Raphaël Barthelemy też w końcu wraca do Paryża, ale okazuje się, że Anny nie jest w stanie odnaleźć. Podczas jej poszukiwań pojawiają zagadki, mroczne tajemnice, tropy wiodące w odległą przeszłość. Pisarz szuka Anny Becker z pomocą przyjaciela, byłego policjanta, Marca Caradeca. Poszukują śladów, informacji, rozwiązania, zarówno we Francji jak i USA.

„Dziewczyna z Brooklynu” to powieść sensacyjna w typowo amerykańskim stylu, bo to i kidnaping, i pedofilia, i tajemnice ważnego polityka, i narkotyki, i zabójstwa. Czegoś jednak jej zabrakło, bo choć fabuła wydaje się ciekawa, to napisano to jakoś tak… nijako; mocno naiwnie momentami. A jak dodać do tego brak satysfakcjonującego zakończenia, nie do końca wymierzoną sprawiedliwość, niepodomykane ważne wątki, to wychodzi dzieło o jakości mocno przeciętnej. Krótko mówiąc – gdybym miał w tym momencie coś innego do czytania, to „Dziewczynę z Brooklynu” porzuciłbym bez żalu i bez potrzeby dowiedzenia się, jak się to skończy. Poza tym zakończenia domyślałem się już od połowy powieści.




---
* Guillaume Musso, „Dziewczyna z Brooklynu”, Albatros, 2017, s.23.


niedziela, 13 sierpnia 2023

Straszliwe narodziny Ameryki

 „Dni bez końca” – Sebastian Barry

Irlandia, początek XIX wieku. Z głodu zmarły dziesiątki tysięcy ludzi. Może i więcej. Jakimś cudem przetrwał dzieciak, Thomas McNulty, choć poumierali od głodu i chorób wszyscy członkowie jego rodziny. Kolejny cud polegał na tym, ze dostał się na statek do Ameryki i przetrwał koszmarną podroż w naprawdę okropnych warunkach.
W Missouri Thomas McNulty spotkał rówieśnika, ślicznego Johna Cole'a, z którym się zaprzyjaźnił, a nawet więcej. Od tego pierwszego spotkania pod jakimś krzakiem, w ulewnym deszczu, chłopcy trzymali się już zawsze razem.

Pewnego razu w jakiejś górniczej osadzie Thomas i John spostrzegli ogłoszenie, że w barze z występami i tańcami potrzebni są czyści chłopcy. Zbyt czyści nie byli, ale ich wyszorowano. Dostali kobiece stroje i odtąd pracowali w knajpie jako fordanserki nieokrzesanych i brutalnych górników.
Lata spokojnego i dostatniego życia mijały, chłopcy mieli coraz mniej gładkie buzie, więc w końcu z żalem musieli rozstać się z tym zawodem. Umiejętność noszenia kobiecych strojów i udawania kobiet, przydała im się jeszcze nie raz. Zaciągnęli się do wojska, brali udział w krwawych wojnach z Indianami oraz w wojnie secesyjnej (po stronie północy).
Łączyło ich coraz silniejsze uczucie.

Podczas jakiejś rzezi, bo na tym zwykle polegały wojny białych z Indianami, przygarnęli indiańską dziewczynkę, której dali na imię Winona; udawali też, że jest ona córką Johna Cole'a – oczywiście dla jej bezpieczeństwa.

W świątyni o nazwie Bartram House głosi kazania na wpół ślepy pastor, wkładam najlepszą sukienkę i biorę ślub z Johnem Cole’em. Wielebny Hindle wypowiada magiczne zaklęcia, John Cole całuje pannę młodą i zaraz jest po wszystkim, i nikt się nie domyślił. Możecie przeczytać w księdze parafialnej, że John Cole i Thomasina McNulty zostali związani węzłem małżeńskim siódmego grudnia roku pańskiego 1866.

Ślub Thomasa McNulty i Johna Cole'a to nie koniec tej historii. Nie żyli odtąd długo i szczęśliwie, a szkoda. Krwawa historia Ameryki toczyła się nadal, a John i Tomas brali czynny udział w narodzinach państwa i narodu, czyli w wojnach i masowych mordach, często ledwie uchodząc z życiem.

Gdybym miał określić jednym zdaniem warsztat autora, przynajmniej w „Dniach bez końca”, byłoby to: książka niezwykle oszczędna w środkach.
Narratorem jest Thomas McNulty, który opowiada swoje i swoich bliskich dzieje w taki sposób, w jaki zapewne zrobiłby to półanalfabeta, a przynajmniej ktoś realnie bardzo, bardzo prosty, niepotrafiący posługiwać się wyrafinowanymi środkami stylistycznymi. Co fascynujące, powieść nie jest z tego powodu beznamiętna. Być może wynikało to z faktu, że to niesamowicie brutalne, okrutne życie, dla Thomasa McNulty, było czymś najzupełniej normalnym i naturalnym. Nie oczekiwał niczego, cieszył się ze rzadkich momentów spokoju i tego, że po prostu przeżył.

sobota, 5 sierpnia 2023

Tajemnice, zbrodnie i zagadki

 „W jej sercu czai się mrok” – J. D. Barker

Głównym miejscem akcji jest Pittsburgh, miasto w Stanach Zjednoczonych, w stanie Pensylwania, choć początkowo trudno się zorientować, na czym ta akcja polega, czego dotyczy. Od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku do teraz... prawie.

Rodzice ośmioletniego Johna Edwarda Thatcha, zwanego przez wszystkich Jackiem, zginęli w wypadku samochodowym, a przynajmniej taka wersja prezentowana jest oficjalnie i na początku, jednak stosunkowo szybko rodzą się co do tego wątpliwości. Jack, regularnie co rok, 8 sierpnia, odwiedza z wychowującą go ciocią Jo grób rodziców. Powieść rozpoczyna się 8 sierpnia 1984 roku. Na cmentarnej ławce Jack spotyka swoją rówieśniczkę, tajemniczą Stellę Nettleton, eskortowaną przez uzbrojonych ludzi w białych płaszczach, jeżdżących białymi SUW-ami. Spotkania w tym czasie (8 sierpnia) i w tym miejscu, z „białą” eskortą, powtarzały się przez wiele lat i choć trwały one kilka-kilkanaście minut, wywołały w Jacku coś w rodzaju obsesji na punkcie ślicznej Stelli.

Inny nurt narracyjny to relacje Charter – 309, to jest zespołu obserwującego zagadkowego i wyraźnie bardzo niebezpiecznego pacjenta „D”. Wydaje się, że może on dowolnemu człowiekowi nakazać głosem określone zachowanie i dlatego komunikacja z nim prowadzona jest przez osobę niesłyszącą, ale czytającą z ruchu warg, natomiast głosowa, jeśli jest konieczna, odbywa się z kilkudziesięciosekundowym opóźnieniem i poprzez nagranie, a nie bezpośrednio.

Kolejny nurt to narracja pary policjantów, detektywów Faustino Briera i jego partnerki Joy Fogel, próbujących rozwikłać zagadkę dziwnych zabójstw w mieście – ofiary jakby zostały spopielone od wewnątrz, przy czym ich ubrania pozostały nienaruszone.
Niektóre rozdziały z trzecioosobową narracją ukazują działania zagadkowego (do czasu) Preacher'a, który wydaje się niesamowicie skutecznym facetem od brudnej roboty i nie tylko – grunt, żeby zapłata była godziwa.

Każda część tej historii rozpoczyna się od cytatu z powieści Charlesa Dickensa „Wielkie nadzieje”, książki niezwykle ważnej dla Stelli Nettleton, która na spotkania z Jackiem, na cmentarzu, przychodziła zwykle z tomem pod pachą i czytała ją latami, na okrągło. Jeśli była tak ważna dla Stelli, to w konsekwencji stała się też równie istotna dla Jacka, choć chłopak zupełnie nie dorównywał jej oczytaniem, inteligencją czy wykształceniem. Dziewczynka żartobliwie nazywała go czasem Pipem.

Pip, a właściwie Filip Pirrip, jest bohaterem „Wielkich nadziei” i jego historia ma istotne znaczenie w powieści Barkera. Może i nie jest to konieczne, ale wydaje mi się, że dobrze byłoby ją znać. Zaryzykowałbym twierdzenie, że Barker bardzo inspirował się „Wielkimi nadziejami”, pisząc „W jej sercu czai się mrok”. Naprawdę bardzo, bardzo. Z niektórymi nazwiskami włącznie.

Zachwycił mnie warsztat pisarski. Barker napisał powieść około osiemsetpięćdziesięciostronicową, w której bardzo długo nie wiadomo właściwie, o co chodzi i co naprawdę się dzieje, a mimo to obeszło się bez dłużyzn, znudzenia czy zniecierpliwienia. To już jest sztuka i talent.

środa, 26 lipca 2023

Wyjaśnienie tajemnicy #4MK

 „Szóste dziecko” – J. D. Barker

Ciąg dalszy „Piątej ofiary”, która była kontynuacją „Czwartej małpy”. „Piąta ofiara” kończy się… a właściwie nie kończy się nijak, bo akcja urywa się w najciekawszym momencie i padają słowa „ciąg dalszy nastąpi”. Takie zabiegi uważam za bardzo nieeleganckie, bo to wymuszanie na czytelniku kolejnego zakupu. Wszystkie te trzy tomy, to jedna powieść, sztucznie podzielona na trzy części, żeby można sprzedać trzy książki, a nie tylko jedną. W sumie to jedyny mój poważny zarzut, bo poza tym fabuła trylogii jest znakomita i czytelnik naprawdę chce wiedzieć, jak się potoczą losy bohaterów i jak się to wszystko skończy. Warunek jest tylko jeden – trzeba mieć wszystkie trzy, czytać je we właściwej kolejności i z niewielkimi, a jeszcze lepiej żadnymi, przerwami między kolejnymi tomami.

W poprzednim tomie dowódca grupy śledczych, zajmującej się sprawą #4MK, detektyw Sam Porter, zostaje odsunięty od sprawy, a nawet zawieszony. Pojawia się bowiem coraz więcej poszlak – jedne prawdziwe inne pewnie spreparowane – wskazujących na jego powiązania z Ansonem Bishopem, to jest Zabójcą Czwartej Małpy.
Porter, rzecz jasna, nie daje za wygraną i prowadzi sprawę bez wiedzy i zgody swoich przełożonych, jakby poza systemem. A kiedy agenci FBI znajdują zdjęcia, na których widać Portera i Bishopa razem, przypomniana zostaje sprawa wypadku, w którym Sam Porter doznał częściowej amnezji, stracił spore fragmenty odległych wspomnień. Dzięki kolejnym pamiętnikom, a jest ich w tym tomie wyjątkowo wiele, czytelnik zaczyna się domyślać, że Zabójca Czwartej Małpy i Sam Porter, spędzili razem dłuższy czas w czymś w rodzaju domu poprawczego. Koszmarnego domu poprawczego dla krnąbrnych dzieci.

W ostatnim tomie trylogii „Sam Porter” albo trylogii #4MK (widziałem już, że w taki właśnie sposób zaczęto oferować ją czytelnikom) komplikuje się dokładnie wszystko i to momentami tak bardzo, że musiałem wracać do wcześniejszych rozdziałów. Kończenie rozdziału, przerywanie w najważniejszym momencie, to w trylogii Barkera raczej reguła niż wyjątek. Pojawiają się też nowe wątki, zupełnie nowe: znęcanie się dzieci, i nad dziećmi, w poprawczaku, korupcja na wysokich stanowiskach, perfidne i przebiegłe zarażenie policjantów, Claire Norton i Edwina Klozowskieego, wirusem SARS, a w efekcie zagrożenie epidemiologiczne dla całego Chicago, a nawet Ameryki.


Zakończenie odrobinę mnie rozczarowało, ale to pewnie kwestia moich nadmiernych oczekiwań. W każdym razie było jakby mało przekonujące. Jak gdyby autorowi skończyły się pomysły na dalsze komplikacje. Ostatecznie „Sam Porter” albo, jak kto woli, #4MK, to bardzo dobra powieść sensacyjna w trzech tomach.

wtorek, 18 lipca 2023

Seryjni mordercy się mnożą

 „Piąta ofiara” – J. D. Barker

„Piąta ofiara” to powrót do „Czwartej małpy”. To nie jest tom innych przygód – o ile tak można nazwać pracę Sama Portera, głównego bohatera, czyli 52-letniego policjanta z chicagowskiego wydziału zabójstw – to kontynuacja poprzedniej książki, ciąg dalszy tej samej fabuły, choć także i innych wątków. „Piąta ofiara” mogłaby być kolejnym rozdziałem „Czwartej małpy” i, jestem pewien, że nikt z czytelników by się niczego niewłaściwego w takim zabiegu nie doszukał. To tak, jakby autor napisał powieść, a następnie została ona podzielona na kilka części, osobno wydane i sprzedawane jako samodzielne całości. Wprawdzie autor starał się w wielkim skrócie i uproszczeniu opowiedzieć czytelnikowi, o co chodziło w „Czwartej małpie”, ale nie jestem pewien, czy pomaga to w stopniu wystarczającym i czy w takim razie jest sens zaczynać lekturę trylogii J. D. Barkera od… od środka. Bo jest jeszcze „Szóste dziecko”.

Bishop, seryjny zabójca, zwany #4MK albo Zabójcą Czwartej Małpy, uciekł, bo Porterowi nie udało się go zatrzymać (ratował dziewczynę, ale… nie wszyscy tak to oceniają – tym bardziej, że Zabójca Czwartej Małpy wyświadczył wkrótce detektywowi specyficzną, bardzo osobistą przysługę). Następnie nie było o nim, o zabójcy, słychać przez kilka miesięcy.

Stosunkowo ostra zima w Chicago. W parkowym jeziorku, pod lodem, przypadkowo zostają znalezione zwłoki nastolatki, Elli Reynolds, zaginionej i intensywnie poszukiwanej od trzech tygodni. Anatomopatolog stwierdza, że przyczyną śmierci było utopienie, ale… w słonej wodzie. Chicago od oceanu dzieli ponad tysiąc kilometrów, więc jak to możliwe? Zwłoki były ubrane w ciuchy, należące do zupełnie innej dziewczyny, Lili Davies, która zniknęła niecałe dwie doby wcześniej. Media spekulują, że Zabójca Czwartej Małpy wrócił, ale są co do tej koncepcji realne wątpliwości, bo #4MK obcinał swoim ofiarom uszy, wyłupiał oczy i ucinał języki. Zwłokom Elli Reynolds niczego… hm… nie brakowało. W tym przypadku kompletnie niezrozumiana wydawała się być cała ta inscenizacja: przebranie, słona woda, sztuczki z zamarzającym przeręblem, do którego godzinami trzeba było dolewać wodę itd.

W „Czwartej małpie” i w „Piątej ofierze” autor ułatwia nieco sprawę czytelnikowi, bo co pewien czas zamieszcza swego rodzaju podsumowania. Wykonuje je zwykle szef grupy, Porter, a zawierają, w punktach, to, co wie już policja, a więc fakty, ale też listę zadań do wykonania wraz z informacją, kto za nie odpowiada, kto ma tę pracę wykonać. Przy jednym z takich wykazów zastanowiła mnie znaczna liczba zadań, jakie Porter zlecił Klozowskiemu (zwanemu Klozem), jedynemu w gronie śledczych policjantowi, który ma pojęcie o komputerach i Internecie, i jakoś sobie z nimi radzi. Na przykład tylko on może próbować powiększyć zdjęcie cyfrowe, z czym radzą sobie obecnie średnio rozgarnięte siedmiolatki. Wniosek: czasy się zmieniają, bez znajomości technologii informatycznych niedługo nawet policjantem nie będzie się dało zostać, a przynajmniej nie skutecznym detektywem.

W „Czwartej Małpie” bardzo ważną rolę odgrywał „Pamiętnik” zabójcy. W „Piątej ofierze” jest to relacja „Mężczyzny w czarnej wełnianej czapce”. W obu przypadkach było to i jest  spojrzenie na całą sprawę od strony psychopaty, seryjnego mordercy.

Bardzo dobra powieść sensacyjna i świetna rozrywka – pod warunkiem, że stosunkowo niedawno czytało się tom pierwszy.

środa, 12 lipca 2023

Zemsta seryjnego mordercy

 „Czwarta Małpa” – J. D. Barker

Calli Tremell – dwadzieścia lat, zabita w Chicago 15 marca 2009 roku. Pierwsza znana zespołowi dochodzeniowemu ofiara seryjnego mordercy zwanego Zabójcą Czwartej Małpy. Później, przez lata, ofiar przybywało.

Schemat działania #4MK (jedna z nazw nadanych zabójcy przez media) okazał się stały, powtarzalny, łatwy do rozszyfrowania, ale nic z tego nie wynikało. Zabójca Czwartej Małpy porywał kogoś bliskiego człowieka, który zrobił w życiu coś wyjątkowo złego. Ofierze obcinał ucho, wyłupiał oczy, obcinał język i wszystko to wysyłał, w kolejnych przesyłkach pocztowych, osobie, która według niego miała w ten sposób zostać ukarana. Białe pudełeczka przewiązane czarnymi sznurkami; adresy wypisane ręcznie; odcisków palców brak. Ostatecznie oczywiście ofiarę zabijał.

Pierwsze ciało, Calli Tremell, przypadkowy biegacz znalazł w Almond Park. Siedziała, a raczej jej zwłoki, na ławce z przyklejoną do ręki karteczką „Nie czynię nic złego”. Przy drugiej ofierze, Elli Borton, było podobnie. I przy trzeciej…

W japońskiej kulturze zestaw figuralny z małpami pojawia się w wersji z trzema lub z czterema zwierzętami. Małpy zakrywają oczy, usta i uszy: “nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego”. Przesłanie bywa interpretowane bardzo różnie. Może oznaczać ciche przyzwolenie na zło, ale bywa też sugestią, żeby nie szukać i nie wytykać błędnych czynów i słów innych ludzi, a jeśli chcesz wyplenić zło, to zacznij od siebie. Czasem w skład zestawu wchodzi jeszcze czwarta małpa, Shizaru: „nie czynię zła”.

Pod autobus wpada, a właściwie rzuca się mężczyzna w fedorze (taki rodzaj kapelusza z szerokim rondem, zasłaniającym twarz), w bardzo drogich butach o dwa numery za dużych i w tanim ubraniu niezbyt dobrej jakości. Policja znajduje przy nim kwit z pralni, kilka drobnych monet, pamiętnik i białe pudełeczko przewiązane czarnym sznurkiem, a w nim ucho młodej dziewczyny. Śledczym wydaje się, i w tych warunkach to oczywiste, że to Zabójca Czwartej Małpy. Kiedy anatomopatolog orzekł, że ofiara umierała na raka, prowadzącym sprawę policjantom, wszystko pasowało, teraz chcieli już tylko odnaleźć uwięzioną gdzieś dziewczynę.

Zerknąłem na liczbę stron przeczytanych (to, co opisałem to tylko początek, wstęp do fabuły, wydarzenia z kilku godzin) i tych jeszcze do przeczytania, i już wiedziałem, że coś tu nie gra, że policjantom tylko wydaje się, że sprawa jest rozwiązana.

Narratorami w powieści są różne osoby. Policjanci, ofiara oraz sam morderca – poprzez zapiski w swoim pamiętniku; zapiski zaczynające się chronologicznie w czasach jego dzieciństwa. Połowa książki, albo prawie, to właśnie one. I to odróżnia „Czwartą Małpę” od innych powieści sensacyjnych, w których zastosowano ten sam chwyt – wyznania sprawcy. Styl pamiętnika wskazuje na to, że całość pisana była przez osobę dorosłą, a nie dziecko, a więc jest to kolejny element gry, jaką psychopatyczny zabójca toczy ze społeczeństwem w ogóle, a organami ścigania w szczególności. Pamiętnik #4MK został specjalnie przygotowany dla policji – tego byłem pewien od początku.

Co uważam za typowe i powtarzalne? Sam Porter, główny bohater w drużynie tych dobrych, czyli 52-letni policjant z wydziału zabójstw, zmaga się z własnymi demonami: niedawno, podczas napadu na sklep, straciła życie jego żona. Porter jest rozwalony psychicznie i właściwie zawieszony, do czasu wydania opinii psychologa o przydatności do dalszej pracy. Ale to „jego” sprawa; szukał #4MK od wielu lat, więc przełożeni zgodzili się na jego udział w śledztwie, choć z pewnymi ograniczeniami. A co do policjantów, to… relacje między nimi mogły zostać lepiej dopracowane.

Ogólnie: bardzo dobra powieść sensacyjna ze zwrotami akcji i zaskoczeniami nieomalże do samego końca. Lektura lekka, mimo dramatyzmu zdarzeń, bez dłużyzn. Zła wiadomość jest taka, że ostatecznego rozwiązania nie znajdziemy w tym tomie.

niedziela, 2 lipca 2023

Problemy, wiecznie problemy!

 „Zostaw broń, weź cannoli. Kulisy powstania filmu "Ojciec Chrzestny" – Mark Seal

Kinomani mało wyrobieni chodzą na filmowe gatunki (np. western, kryminał), kinomani ze średniej półki chodzą na aktorów (taki zna wszystkie filmy z Danielem Day‑Lewisem), natomiast kinomani wyrafinowani chodzą na reżyserów (np. Nikitę Michałkowa). Czy ktokolwiek chodzi na producentów? Na kierowników produkcji? Na bankierów, którzy finansowali ten lub tamten film? No… bez jaj.

„Zostaw broń, weź cannoli” Marka Seala kojarzy mi się z dwiema książkami, które czytałem całkiem niedawno. W „Nasze małe okrucieństwa” Liz Nugent jednym z bohaterów jest najlepszy w Irlandii, a więc i bardzo bogaty, producent filmowy. W jakimś momencie stwierdza on, że zawsze chciał być producentem, bo to oznacza władzę i pieniądze, a reżyser, to tylko chłopiec na posyłki. Zastanowiło mnie to. Z kolei z „Logiki” Grahama Priesta dowiedziałem się i nawet zrozumiałem, że popełniłem logiczny błąd, bo założyłem, że skoro film „Ojciec chrzestny” i książka „Ojciec chrzestny”, są znakomite, nieprawdopodobnie fantastyczne, to i książka o nich będzie równie pasjonująca. Tak nie jest. Najprawdopodobniej jest rzetelna. Może nawet za bardzo, ale pasjonująca? Co najwyżej tylko momentami.

Wiesz, wiedziałeś przed lekturą tej książki, kogo nazywano Szalonym Austriakiem z Wall Street? Wiedziałeś, że przed „Dzieckiem Rosemary” wytwórnia Paramount Pictures była o krok od plajty, a uratował ją Charles Bluhdorn? O tym, że Francis Ford Coppola reżyserował „Ojca chrzestnego”, wie wielu. O tym, że był to wtedy mało znany reżyser – jeśli się nawet nie wie, to można się domyślić, bo przecież każdy kiedyś zaczyna. A na temat Iry Zuckermana, który był asystentem Francisa Forda Coppoli i spisał niezwykłą relację z codziennej pracy nad filmem, ktoś coś słyszał? Wiecie kim był Robert Evans (nazwiska przynajmniej kilku jego żon wymienicie?), i że miał angielskiego kamerdynera, Alana Selkę? To może znasz Sidneya Korshaka, mafijnego prawnika, który niegdyś reprezentował współpracowników Ala Capone w Chicago, a następnie stał się jedną z głównych postaci w Hollywood i wkrótce miał objąć funkcję consigliere Roberta Evansa, wicedyrektora wytwórni Paramount odpowiedzialnego za produkcję?
Coś takiego właśnie nazywam przesadną rzetelnością. Czytelnik ma pewność, że dowiaduje się prawdy, ale ta prawda momentami bywa po prostu nużąca. Może te setki nazwisk coś mówią Amerykanom, ale ja o nich nie słyszałem, a złożone relacje między nimi często wydawały się niezrozumiałe.

Książka równie dobrze mogłaby nosić tytuł „Problemy, stale jakieś problemy i nic tylko problemy”. Dziewięćdziesiąt osiem procent tej opowieści, to rozbudowane opisy pokonywania takich lub innych problemów. Kiedy przeczytałem, że rolę Sala Tessio obsadzono stosunkowo szybki i sprawnie, wróciłem do początku akapitu przekonany, że coś przeoczyłem, bo jak to tak, bez problemów, wątpliwości, użerania się, pokonywania rozlicznych przeszkód, przełamywania oporów?

Tyle miałbym zarzutów, bo cała reszta „Zostaw broń, weź cannoli” wydawała mi się, jako miłośnikowi „Ojca chrzestnego”, jak najbardziej wciągająca. Weźmy taką sytuację – trwają poszukiwania odtwórcy roli Michaela Corleone. Ala Pacino chce reżyser i… tylko on. Nie chce tej roli sam Pacino, nie mówiąc już o producentach i całej reszcie ludzi, których zdanie w takim temacie się liczy. Nie i koniec. Padają propozycje innych aktorów, na przykład Roberta Redforda. Taka sytuacja jest okazją i inspiracją do rozważań czytelnika, do uruchomienia wyobraźni. Jak wyglądałby film, gdyby główną rolę zagrał inny aktor? I dotyczy to wielu różnych filmów. Czym byłby „Lot nad kukułczym gniazdem” bez Jacka Nicholsona? Na przykład z Kirkiem Douglasem? Albo Stevem McQueenem?
Czy zawsze rola jest idealnie trafiona? Leonardo DiCaprio to świetny aktor. Znakomicie zagrał w „Titanicu” i w „Django”, ale „Gangi Nowego Jorku” wymagały – moim zdaniem – kogoś zupełnie innego.

Słyszałem już, że Mario Puzo uznał, że gdyby wiedział, że „Ojciec chrzestny” odniesie taki sukces, to napisałby tę powieść lepiej, bo – potwierdza to Mark Seal – pisał szybko, nieco na odczepnego, byle tylko dostawać kolejne raty niezbyt wysokiego honorarium, a dla nałogowego hazardzisty pieniądze były wtedy najważniejsze. Własne ambicje Puzo miał znacznie wyższe niż kolejny kryminał ze scenami seksu. Zirytował mnie tym potężnie. Całe szczęście, że napisał tak, jak napisał. Czytałem wszystkie (albo prawie) jego powieści. I te sprzed „Ojca chrzestnego” i te po. Żadna z tych, które napisał po swojemu, ambitnie, jak chciał i sobie wymarzył, nawet nie umywa się do jego jedynego arcydzieła.

Reasumując – książka przedobrzona (co mi po sześciu żonach jakiegoś Evansa???), przeładowana faktami, jakby autor nie odróżniał tych ważnych od zupełnie nieistotnych. Może być ciekawa, momentami, ale tylko dla takich jak ja, wielbicieli „Ojca chrzestnego”.