wtorek, 31 maja 2011

Przebiegła i cwana jak Yendi


„Yendi” - Steven Brust 

Cykl „Vlad Taltos” Stevena Brusta obejmuje następujące tomy (w kolejności ich wydawania):
1. „Jhereg” (1983)
2. „Yendi” (1984)
3. „Teckla” (1987)
4. „Taltos” (1988)
5. „Phoenix” (1990)
6. „Athyra” (1993)
7. „Orca” (1996)
8. „Dragon” (1998)
9. „Issola” (2001)
10. „Dzur” (2006)
11. „Jhegaala” (2008)
12. „Iorich” (2010)
13. „Tiassa” (2011)

Gdyby natomiast przygody baroneta Vlada Taltosa ułożyć w porządku chronologicznym, wyglądałoby to, zdaje się, tak:

1. „Taltos”

2. „Dragon”
3. „Yendi”
4. „Tiassa”
5. „Jhereg”
6. „Teckla”
7. „Phoenix”
8. „Jhegaala”
9. „Athyra”
10. „Orca”
11. „Issola”
12. „Dzur”
13. „Iorich”

Steven Karl Zoltán Brust planuje zakończyć cykl na dziewiętnastu tomach, tym niemniej napisał też kilka powieści zawierających tak zwane wątki poboczne, z akcją rozgrywającą się przed czasami Vlada Taltosa: „The Phoenix Guards”, „Five Hundred Years After” i trzytomową „The Viscount of Adrilankha”. Ukazały się też wydania zbiorcze, np. „Księga Jherega” - zawierająca tomy „Jhereg”, „Yendi” i „Teckla” albo „Księga Athyry” - zawierająca tomy „Athyra” i „Orca”. Jest to więc przedsięwzięcie pisarskie i wydawnicze na wielką skalę.

Przetłumaczone na język polski zostało, jak dotąd, tylko pięć pierwszych tomów (chyba że o czymś nie wiem), to jest „Jhereg”, „Yendi”, „Teckla”, „Taltos” i „Feniks” i… od lat sprawa tkwi w martwym punkcie.

Akcja „Yendi” rozgrywa się znacznie wcześniej niż „Jherega”. W „Yendi” Vlad dopiero spotyka Cawti, która w „Jheregu” jest już od wielu lat jego żoną. Zresztą samo spotkanie Vlada z Cawti zasługuje na specjalną uwagę, gdyż Cawti i jej wspólniczka, Dragaerianka Norathar – znakomity duet płatnych zabójczyń, tak przy okazji – dostały kontrakt na zgładzenie przyszłego męża tej pierwszej i… wykonały go, czyli zabiły Vlada Taltosa. Na szczęście w Adrilance nie stanowi to zazwyczaj problemu większego niż tylko finansowy.

Tym razem Vlad Taltos, członek mafijnej organizacji zwanej Domem Jherega, zmaga się z wyzwaniem, które początkowo wydawało się banalną wojną o strefy wpływów, ale ostatecznie okazało się wyjątkowo skomplikowaną i perfidną intrygą polityczną, uknutą jeszcze przed jego narodzeniem.

wtorek, 24 maja 2011

Nowa para okularów Chucka

„Nowa para okularów” – Chuck C. (ang. „A New Pair of Glasses”)

Nie lubię książek elektronicznych, a przynajmniej mocno nie lubiłem, do momentu, w którym brat sprezentował mi czytnik Amazon Kindle, jednak w przypadku książki Chucka C., po prostu nie miałem wyboru, bo polska wersja papierowa, drukowana, jak dotąd się nie ukazała i nie wiem, czy kiedykolwiek to nastąpi.



W 1975 roku, w ośrodku Pala Mesa Resort, Chuck C., alkoholik, który wytrzeźwiał około 1946 roku, występował kilka razy na spotkaniach alkoholików. Uczestniczyło w nich sześćdziesięciu czterech mężczyzn, co niezwykle skrupulatnie zanotowano. Wypowiedzi, mowy, wykłady, Chucka C. rejestrowane były na taśmach magnetofonowych.  Z pomocą samego Chucka C., jego żony Elzy, Clancy’ego I. oraz innych Anonimowych Alkoholików, taśmy te zostały spisane i… tak właśnie powstała książka „A New Pair of Glasses”.

Wypowiedzi Chucka C. dotyczą jego własnej interpretacji i rozumienia Programu Anonimowych Alkoholików. Clancy I. w przedmowie pisał: Jest wielu, którzy powiedzą Ci jak… Niewielu jest takich, którzy to zademonstrują! Chuck C. należał do tych, którzy potrafili zademonstrować, pokazać, jak ten Program działa w praktyce.

Dla ilustracji dwa krótkie cytaty z książki „Nowa para okularów” Chucka C.:
Wiesz to instynktownie; wiesz, że nie możesz posadzić rzodkwi i otrzymać ogórków. Ale wydaje ci się, że jesteś ponad prawem i próbujesz kontrolować swoje myślenie. Nie dostajesz tego, czego chcesz, ale uważasz, że możesz myśleniem wywołać to, czego chcesz. (str. 37)
Tak więc zabrało mi około siedemdziesięciu lat, żeby dowiedzieć się, że w miarę życia można nauczyć się właściwego myślenia, ale nie można samym myśleniem sprawić, żeby się właściwie żyło. Wystarczy, że wykonasz te rzeczy i coś się stanie; nie rób ich, a nic się nie wydarzy, nieważne ile wiesz na temat programu Anonimowych Alkoholików. (str. 38)
 

niedziela, 22 maja 2011

Zadzwonił domofon i…

Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej… Jeśli mnie pamięć nie myli, była kiedyś taka piosenka zespołu Breakout, ale mniejsza z tym. Kiedy byłem małym chłopcem, domofony nie istniały. Taki wynalazek w PRL nie był znany. Kiedy uświadomiłem to pewnemu młodemu człowiekowi, nie potrafił sobie braku domofonów wyobrazić: Jak to!? Wszystkie bramy w blokach były po prostu dla każdego otwarte? Dla bezdomnych meneli też? Smutno mi się zrobiło, kiedy wpadło mi do głowy, że nie jest wykluczone, że za pieniądze wydane na założenie domofonów we wszystkich domach w Polsce prawdopodobnie można byłoby rozwiązać problem bezdomnych. Mojego rozmówcy, dwudziestoparoletniego chłopaka, to jakoś nie zainteresowało, ale kwestie bezpieczeństwa, jak najbardziej. Wtedy się założyliśmy. O duże lody grapefruitowe, które bardzo lubię. Twierdziłem, że całe to domofonowe bezpieczeństwo to iluzja i złudzenie, bo jak tylko będę chciał, to wejdę do każdej bramy, w każdym bloku w mieście.

Dwie godziny później, płacąc za moje lody (grapefruitowe! ) kolega przyznał, że spodziewał się, że dysponuję jakimś uniwersalnym kluczem, albo, bo i taką ewentualność brał pod uwagę, że jestem może genialnym włamywaczem. Włamywać się nie umiem, ale co do geniuszu… W każdym razie okazało się, że w 40% wypadków wystarczyło po prostu nacisnąć kilkanaście przycisków domofonu, by znalazła się przynajmniej jedna osoba, która zwolniła blokadę drzwi. W pozostałych przypadkach, na pytania lokatorów odpowiadałem zdecydowanym i pewnym głosem: administracja, reklama, ulotki, poczta, i zawsze mi otwierano. Wszedłem do absolutnie wszystkich bloków, które mi wskazał; metoda okazała się skuteczna w 100%. Ale przyznam, że największą frajdę miałem wtedy, kiedy najzupełniej zgodnie z prawdą odpowiadałem: to ja! i… drzwi się otwierały.

czwartek, 19 maja 2011

Google - granice arogancji…

… internetowych gigantów, czyli – jeśli sam siebie nie szanujesz, to inni też nie będą.

 13.05.2011 na forum pomocy Bloggera – platformy blogowej Google – pojawiła się informacja niejakiej Magdy B. (pracownika Google) o przerwie w dostępie do Bloggera. Już samo to uznać można za całkiem niezłą bezczelność, bo społeczność blogerów zgłaszała problemy, w tym fakt utraty postów i całych blogów, już dużo wcześniej. Nic więc dziwnego, że oświadczenie to wywołało skrajnie różne reakcje, od drwin i złości do wiernopoddańczej deklaracji, że Blogger wraz z blogami, do których użytkownicy nie mają dostępu, i tak jest najlepszy na świecie.

Magda B. napisała też, że jest im bardzo przykro oraz zapewniła, że użytkownicy będą na bieżąco informowani o postępie prac. Przy okazji zorientowałem się, że ja pewnie zły człowiek jestem, bo nieprzyjemne uczucia pracowników Bloggera jakoś mało mnie obchodzą i zupełnie nie wzruszają (może jeszcze powinienem im współczuć, co?) i jakoś nie czuję się zobowiązany do poprawiania im nastroju.

Część postów przepadła bezpowrotnie, ale większość blogów zaczęła być widoczna w sieci dość szybko, bo chyba już po 3-4 dniach (sic!). To akurat łatwo zrozumieć: same blogi i treści w nich zawarte są często nośnikami reklam, a wiadomo, że w przypadku zagrożenia utraty części dochodów, korporacja (pewnie każda) staje się wyjątkowo czujna, sprawna, zdeterminowana i niesłychanie operatywna.
Ale uwaga! Nie chciałbym, żebyśmy się źle zrozumieli, bo to co napisałem absolutnie nie oznacza, bym odzyskał dostęp do swojego bloga, czy choćby możliwość zalogowania się do niego. Nie, nie… tak dobrze to jeszcze nie było. Przez następny tydzień, albo prawie, swój blog mogłem jedynie pooglądać, jak każdy inny użytkownik komputera podłączonego do Internetu. Mogłem też, metodą kopiuj/wklej, starać się odzyskać wpisy, to jest skopiować je na swój dysk, ale to też przecież dostępne jest dla każdego. Przy setkach postów mogłoby to być zadanie nużące, ale… w końcu nikt z zespołu Google nie kazał mi się tak rozpisywać.

Słyszałem opinię, że sytuacja byłaby diametralnie inna, gdybym regularnie robił kopie bezpieczeństwa bloga. Czy rzeczywiście? Bez kopiuj/wklej miałbym teksty swoich artykułów, tylko czy to one są najważniejsze? Wydaje mi się, że dobrze wypromowany adres, znany od lat wielu czytelnikom i wysoko indeksowany przez wyszukiwarki, jest chyba jednak więcej wart. 
Pół żartem, pół serio zastanawiałem się, czy treść artykułów zamieszczonych na blogu jest nadal moja, czy może przeszła już na własność firmy zdolnej do dysponowania nimi? Przypomnę, że takiej zdolności nie miałem; nawet usunąć tego swojego bloga z sieci nie miałem możliwości.  

Wspomniałem wyżej, że Magda B. pisała o uczuciach zespołu Bloggera, ale nie pisałem o jakichkolwiek przeprosinach; nie pisałem, bo ich nie było. Na lakoniczne przepraszamy za wszelkie niedogodności Magda B. zdobyła się dopiero 16.05, czyli po kilku dniach od wystąpienia problemów. Brak informacji o postępie prac (obiecywano informować na bieżąco!) nawet mnie nie dziwił – najwidoczniej żadnego postępu nie było, bo też dni mijały, a ja nadal do swojego bloga dostępu nie miałem. Wydarzyło się jednak coś innego: dla użytkowników, którzy mieli problemy z Bloggerem, stworzony został specjalny tymczasowy formularz, ale dowcip polegał na tym, że nie był on dostępny w języku polskim.

Ostatecznie zastanawiam się, czy istnieją jakieś granice arogancji? Nie, nie Magdy B., bo jak znam życie, nie ma ona żadnych możliwości decyzyjnych i wyraźnie robi tu za kozła ofiarnego, na którego wszyscy sfrustrowani blogerzy mogli wylewać swoje żale. Chodzi mi o granice arogancji wielkich korporacji internetowych, które wmawiają użytkownikom, że dają im coś za darmo, w prezencie, z dobrego serca, co jest oczywiście kompletną bzdurą (do tego jeszcze wrócę), a jednocześnie w tak widoczny sposób tych użytkowników lekceważą. I, co gorsze, wcale nie robią tego złośliwie. Tak – co gorsze! Bo premedytacja oznacza, że dla kogoś w ogóle istniejemy, że jesteśmy ważni choćby na tyle, żeby nam coś złego zrobić.  

Żartowałem sobie, że zaproponuję firmie, żeby następnym razem, przy kolejnej awarii,  formularz zgłoszeniowy dla Polaków opracowała w języku azerskim, suahili, albo urdu – niech ci biedni, zmartwieni pracownicy Google, czy innego giganta, mają odrobinę rozrywki i uciechy, ale…
Śmiech śmiechem, żart żartem, jak mawiał Wiech, ale w sumie tak wesoło nie było. I nadal nie jest. Oczywiście, awaria była irytująca, zwłaszcza jeśli przeciągała się ponad granicę zdrowego rozsądku, ale nie o to mi w tej chwili chodzi.

Stara prawda mówi, że tak cię traktują, jak sobie na to pozwolisz czyli, jeśli pozwalasz traktować się jak śmieć, to cię będą traktować jak śmieć. Ja dodałbym jeszcze, dla większej jasności, że jeśli nie szanujemy sami siebie, jeśli nie cenimy własnej pracy i jej efektów, to nikt inny też ich – i nas samych – cenił i szanował nie będzie. Jeśli sami jesteśmy przekonani, że nic nie jesteśmy warci, to traktują nas i będą traktować przedmiotowo, albo nawet w ogóle nie zauważać. 

Przyznaję, że wykorzystując awarię Bloggera, sprowokowałem ostrą dyskusję i dość ciekawą wymianę zdań. W jej trakcie okazało się, że jestem niewdzięcznikiem, który zamiast być dozgonnie wdzięczny za udostępnienie platformy blogowej za darmo, narzeka na przeciągającą się awarię i brak dostępu do usługi. A właśnie! Słowa za darmo padały wyjątkowo często. Za darmo…
Do blogów na Bloggerze dołączane są – w takiej czy innej formie – reklamy Google, albo chociaż nazwa firmy, logo itp. Zapytałem więc, i było to pytanie naprowadzające, pomocnicze, ile firma zarabiałaby na tych reklamach, gdyby nikt blogów nie pisał? Bardzo niewielu dyskutantom dało to cokolwiek do myślenia, bo większość nadal upierała się, że jeśli za korzystanie z Bloggera nie trzeba płacić w sensie fizycznym (banknoty z ręki do ręki, albo przelew bankowy na określoną kwotę w określonym terminie), to jest on gratis. Smutne to…

Jeśli ktoś swoje pisanie na blogu (artykuły, posty, wpisy, zdjęcia) uważa za bezwartościową kupę gówna, to tak, dla niego Blogger jest prezentem, jest za darmo, bo przecież jego własny wkład w tę transakcję wymienną jest zupełnie bezwartościowy.
Ja szanuję swoja pracę i uważam, że ma ona określoną wartość. Żeby napisać artykuł, esej czy inny tekst, muszę się nieźle narobić. O wartości mojej pracy świadczą honoraria autorskie. Tak więc ja dałem Google wartościowe i cenne wyniki mojej pracy, a oni mi platformę blogową. Nic tu nie jest za darmo, nikt mi nie robi łaski. Gdybym nie cenił i nie szanował swojego wysiłku, talentu i włożonej pracy, to faktycznie, można byłoby uznać, że dostałem coś gratis, prezent, coś, co właściwie mi się nie należało, na co nie zasłużyłem, bo i za co?

Takie podejście i rozumienie nie jest już jednak winą Google. Od zmiany systemu społeczno-politycznego w Polsce minęło prawie ćwierć wieku, a wielu mieszkańców tego dziwnego kraju nadal uważa, pomimo bardzo wysokich podatków, że opieka zdrowotna świadczona w ramach NFZ jest tu za darmo. To zresztą przykład tylko jeden z wielu… 
 

środa, 11 maja 2011

Jhereg baronet Vlad Taltos

Lady Aliera twierdzi, że początkowo wszyscy Dragaerianie należeli do tego samego gatunku, ale w zamierzchłej przeszłości na planecie pojawiły się istoty zwane Jenoine, które Dragaerian i ludzi używały do eksperymentów genetycznych. Ludzie, którzy na Dragaerę zostali przywiezieni przez Jenoine z bliżej nieznanego miejsca we wszechświecie, zyskali dzięki temu zdolności telepatyczne, natomiast sami Dragaerianie, już po odejściu albo zniszczeniu Jenoine, podzielili się na plemiona w oparciu o naturalną więź ze stworzeniami, których geny zaszczepili im Jenoine w trakcie swoich badań. W taki właśnie sposób powstało na planecie siedemnaście Domów (Dom Smoka, Dom Jherega, Dom Teckli, Dom Feniksa itd.), to jest organizacji o charakterze plemienno-mafijnej, nieustannie rywalizujących ze sobą. Ludzie są na Dragaerze mniejszością rasową; nieco większa ich liczba zamieszkuje odległy i niezbyt dobrze znany Wschód, ale w stolicy, Adrilance, jest ich naprawdę niewielu i przez elfy – przepraszam, przez Dragaerian, bo za określenie „elf” niektórzy z nich potrafią zabijać – nie są ani lubiani, ani szanowani.

Bohaterem powieści jest człowiek, Vlad Taltos. Jego ojciec wydał kiedyś oszczędności całego życia (w porównaniu do Dragaerian ludzie żyją śmiesznie krótko), by kupić sobie i synowi tytuł w Domu Jherega – jedynym zresztą Domu, który taką możliwość i związki z ludźmi w ogóle dopuszcza. W ten sposób Vlad Taltos stał się baronetem Domu Jherega i kimś, kogo Mario Puzo określiłby pewnie jako capo mafioso, czyli lokalnym, dzielnicowym szefem mafii; poza tym płatnym zabójcą i całkiem niezłym czarnoksiężnikiem.

Kiedy okazało się, że Mellar ukradł gigantyczny fundusz operacyjny Domu Jherega, Vlad Taltos dostał na niego kontrakt. Jednak prawdziwy problem pojawił się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że podły, a przy tym niezwykle przebiegły Mellar, wyłudziwszy podstępnie zaproszenie od szlachetnego i prawego gospodarza, schronił się w legendarnym podniebnym Czarnym Zamku, należącym do lorda z Domu Smoka. Kiedy ostatnim razem Jhereg próbował wykonać kontrakt (zlecone zabójstwo) na terytorium Smoka, skończyło się to długą, wyniszczającą wojną, która nieomal całkowicie unicestwiła oba rody.

Vlad Taltos znalazł się w nie lada kłopocie…

„Jhereg” Stevena Brusta to pierwszy tom cyklu przygód Vlada Taltosa. Zdecydowanie warto!

piątek, 6 maja 2011

O wtykaniu i sprawdzaniu

Odwiedził nas (oczywiście nie tylko nas) pan specjalista od prądu, czyli tak zwanej energii elektrycznej. Administracja bloku, w którym mieszkamy, w trosce o lokatorów, albo raczej swój budynek, wynajęła fachowca do sprawdzenia, czy gniazdka w mieszkaniach lokatorów są bezpieczne. Pana specjalistę interesowały tylko i wyłącznie gniazdka w łazience i w kuchni; pozostałe z przyczyn mi nieznanych ignorował zupełnie. Wysoce specjalistycznym sprzętem coś tam w gniazdkach grzebał, kontrolował, wtykał, mierzył, by ostatecznie orzec, że wszystko u nas w porządku. Nawet własnoręcznym, czytelnym podpisem lokatora kazał to sobie poświadczyć.

Wkrótce po tym jego wtykaniu i sprawdzaniu, przestało działać gniazdko w kuchni. Jedyne jakie tam mamy, zresztą.
Niezwłocznie przyniosłem z piwnicy stary, mocno zakurzony żelazny czajnik. Taki, co to się go stawia na kuchence gazowej. Woda na herbatę będzie się w nim grzała nieco dłużej, ale co mi tam! Gaz podobno wychodzi taniej. Z kuchenki mikrofalowej właściwie też można zrezygnować. Lato się zbliża, a jedzenie gorących potraw, zwłaszcza w upały – jak powszechnie wiadomo – szkodzi na żołądek. Właściwie to tylko kwestia lodówki wydaje się chwilowo nieco bardziej skomplikowana.


Ciąg dalszy pewnie nastąpi, bo… no, cóż… życie codzienne w Polsce to nadal i wciąż – walka.

środa, 27 kwietnia 2011

Zobowiązania po polsku

Nowy hipermarket wybudowano ze sto metrów od mojego domu, a więc korzystam z niego w taki sposób, jak kiedyś ze sklepiku na rogu – wpadam tam dość często po drobne zakupy. Gdyby nie wyraźnie zawyżone ceny, pewnie bywałbym tam jeszcze częściej.


Nad kasami w hipermarkecie wiszą wielkie czerwone tablice, na których widnieje informacja o gwarancji sprawnej obsługi. Sprawa jest prosta: jeśli czekam w kolejce do kasy dłużej niż pięć minut, a we wszystkich stanowiskach kasowych pracują kasjerki, to trudno, dopust boży i mój pech. Jeśli jednak nie wszystkie kasy są czynne, czyli to market nie zadbał o ich obsadzenie, to za ponad pięciominutowe czekanie do kasy należy mi się bon o wartości pięć złotych.
Z gwarancji sprawnej obsługi korzystam stosunkowo często, a więc zdążyłem poczynić pewne obserwacje dotyczące postaw pracowników sklepu i klientów, związanych mniej lub bardziej z takimi właśnie wydarzeniami.

Pracownicy: poirytowani, niezadowoleni, obrażeni i urażeni, zachowują się czasem tak, jakbym wyrządził im jakąś osobistą przykrość, albo nawet krzywdę. Najbardziej drastyczne przypadki były dwa: w pierwszym pracownica stanowiska obsługi klienta (bo tam się to załatwia, a nie przy samej kasie), trzymając w dłoni mój paragon twierdziła, że ja w ogóle jeszcze przy kasie nie byłem, bo ona tego w swoim systemie nie widzi, w przypadku drugim pani sfrustrowana moim spokojem i zdecydowaną postawą, rzuciła na koniec pogardliwą i mocno złośliwą uwagę o ludziach, którzy dla głupich pięciu złotych daliby się zabić.
Ogólnie jednak idzie ku lepszemu. Kiedy byłem tam ostatnio, ustawiając się w kolejce do kasy, jak zwykle, demonstracyjnie pokazałem, że włączam stoper, a kiedy dotarłem do stanowiska obsługi klienta, pięciozłotowy bon gwarancyjny już tam na mnie czekał.

Klienci. Niewielu, zwłaszcza młodszych, albo nie przejawia zainteresowania całą tą procedurą, albo z uznaniem kiwa głowami. Większość, są to zwykle ludzie w wieku średnim i starszym, wydaje się być zaskoczona, a nawet oburzona moją postawą. Często odnosiłem wrażenie, że żądanie, by ktoś spełniał i wypełniał swoje zobowiązania, ludzie ci traktują jak nietakt, jako coś nagannego, nienormalnego i niepojętego. Zdarzyło się nawet, że starsza pani próbowała stanąć w obronie kasjerki (jakby ktoś jej krzywdę robił), twierdząc, że owszem, trwało to długo, ale to dlatego, że trafił się klient, bezczelny typ, który przyniósł do kasy towar z rozmazanym kodem paskowym. Jak gdyby za czytelność kodów na towarze odpowiadali klienci. Starsza pani wyraźnie nie rozumiała, że nie chodzi tu o jakąkolwiek winę kasjerki, ale o sześć pustych kas, o których obsadę nie zadbało kierownictwo sklepu.

Postawa i zachowanie pracowników wydaje mi się trudne do pojęcia. Tym bardziej, że nie chodzi tu przecież tylko o jeden sklep jakiejś tam sieci. Dzisiaj kurier przywiózł mi paczkę, ale zanim przez domofon powiedział „dzień dobry” – właściwie to nie pamiętam, czy w ogóle jakoś się przywitał – zwrócił się do mnie z pytaniem, które zdaje się miało być retoryczne: „chyba pan nie myśli, że pięciokilową paczkę wniosę panu na czwarte piętro?”; ja jednak odpowiedziałem i ostatecznie paczkę dostałem, ale sytuacja do przyjemnych nie należała.
Ludzie przyjmują na siebie rozmaite zobowiązania; robią to dobrowolnie, albo pod presją, na przykład przepisów. Najczęściej, w sposób mniej czy bardziej oczywisty, wiąże się z pieniędzmi. Ale żądanie, by ze swoich zobowiązań się wywiązywali, zobowiązań za które im zapłacono, traktują nieomalże jako bezczelność i klienckie fanaberie. Nie, tego zrozumieć nie potrafię.

Za to postawa klientów, o której pisałem wyżej, wydaje mi się całkowicie zrozumiała, choć to akurat uważam za bardzo, bardzo smutne; wygląda bowiem na to, że nawet na przeciwnikach poprzedniego systemu społeczno-politycznego „komuna” skutecznie odcisnęła swoje piętno. Całe lata przeżyte w ustroju, w którym własnych zobowiązań nie respektował nikt, bo ani rząd, ani partia, ani urzędy czy instytucje, „owocują” w ten właśnie sposób do dziś.

Czasem tylko zastanawiam się, ile lat jeszcze będziemy się uczyć prostej prawdy, że nadmiar demokracji rodzi arogancję, a inni traktować będą nas dokładnie tak, jak im sami na to pozwolimy?

środa, 20 kwietnia 2011

Kosmos i bardzo obcy Obcy

„Upadłe anioły” – Richard Morgan

XXVI wiek - ludzie zamieszkują kilkadziesiąt planet, do których dostęp zapewniły im mapy gwiezdne Marsjan. Na każdym z tych światów Gildia Archeologów znajduje pozostałości marsjańskiej kultury i technologii, artefakty, o które zaciekle walczą rządy planet, korporacje, archeolodzy i poszukiwacze przygód.

Były Emisariusz Takeshi Kovacs służy w oddziałach Klina Carrery podczas rewolty na planecie Sanction IV. Wojna domowa okazuje się przykrywką dla rozgrywek wielkich korporacji, a żołnierze obu stron giną dziesiątkami tysięcy cynicznie zdradzani, manipulowani, oszukiwani, wykorzystywani.

Na Sanction IV, w samym środku działań wojennych, nadarza się okazja dokonania odkrycia archeologicznego o niespotykanym dotąd znaczeniu. Takeshi Kovacs przyłącza się do ekspedycji archeologów oraz żądnych sławy i bogactw najemników, pod dowództwem jednego z szefów niezwykle drapieżnej korporacji Mandrake. Zdrada i śmierć podążają za nimi krok w krok…

W „Upadłych aniołach” Richard Morgan zwraca uwagę na dwa elementy: po pierwsze, na fakt, że ludzie ze swoją chciwością, żądzą władzy, skłonnością do przemocy, głupotą, lękami i paroma innymi, równie powszechnymi cechami swojej rasy, nie nadają się do wypraw gwiezdnych, nie dorośli do wielkiego, otwartego kosmosu. Po drugie… Obcy. Kontakt z inną cywilizacją, czy choćby tylko jej pozostałościami. Tu też, jak się okazuje, nie przekroczyliśmy poziomu mało rozgarniętych pawianów, tłukących orzechy precyzyjnymi narzędziami.

Morgan podjął wielkie wyzwanie, z jakim nawet nie próbuje się zmierzyć większość pisarzy SF – napisał o obcych Obcych i uczuciach, jakie kontakt z ich cywilizacją budzi w ludziach. W zdecydowanej większości powieści fantastycznych jeśli w ogóle spotkać można Obcych, są to ludzcy Obcy. Krasnoludki (krasnoludy) to po prostu mali ludzie, anioły to nadal ludzie, tyle że ze skrzydłami itp. Jeśli w powieści pojawiają się potwory, to też pochodzą one z ludzkiej wyobraźni inspirowanej ziemskim zwierzyńcem – na przykład.

Morgan celowo niezbyt wiele pisze o Marsjanach, bo są oni tak dalece obcy, że wymykają się sensownym opisom, klasyfikacji, zrozumieniu, a pozostałości ich cywilizacji w przeważającej większości przypadków okazują się dla człowieka niepojmowalne; pisze za to o złości, strachu, frustracji, zagubieniu, bezradności człowieka, próbującego kontaktować się z czymś… kimś… całkowicie mu obcym.

Jeśli pod warstwą przygodowo-wojennej fantastyki w stylu Indiany Jonesa, tyle że potwornie brutalnej i krwawej, uda się czytelnikowi dostrzec i takie elementy, to okazać się może, że jest to książka o dużo większej wartości, niż by się mogło wydawać.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Calibre i Amazon Kindle

Choć jestem zapalonym czytelnikiem, wręcz miłośnikiem książek – w moim przypadku jest to połączenie życiowego hobby, a nawet pasji oraz zawodu – książkami w formie elektronicznej nie interesowałem się całymi latami. Owszem, zgromadziłem pewną kolekcję e-booków (ebooków, eBooków), którą przenosiłem pracowicie z dysku na dysk podczas kolejnych zmian sprzętu, ale… z doświadczenia wiedziałem już, że nie jestem w stanie czytać dłuższych tekstów z ekranu monitora.
Z audio-bookami było jeszcze gorzej; jestem wzrokowcem, więc słuchając tekstu książki, co chwilę gubiłem wątek; było to frustrujące i zupełnie beznadziejne.


Calibre i Amazon Kindle – niezbędnik nowoczesnego czytelnika

Wszystko zmieniło się, gdy brat podarował mi czytnik e-booków Amazon Kindle. Dotąd naiwnie wydawało mi się, że e-booków jest wszędzie całe mnóstwo, czyli jest z nimi prawie tak, jak z fotkami gołych panienek w sieci. Szybko załadowałem do Kindle’a kilka plików ze swojej kolekcji i… rozczarowanie było wielkie, bo Amazon Kindle tekstu nie wyświetlał w ogóle, albo w takiej formie, że było to zupełnie nie do przyjęcia. Pędem poleciałem do swojej wielkiej, sfinansowanej przez Unię Europejską, nowoczesnej, skomputeryzowanej biblioteki, gdzie dowiedziałem się, że dział e-booków zawiera 0 (słownie: zero) pozycji. Gorące i solenne zapewnienia, że rozbudowa działu planowana jest w najbliższej przyszłości, jakoś mnie w tym momencie nie satysfakcjonowały.




W tej sytuacji założyłem sobie konto na Amazon.com i nawet kupiłem tam jedną książkę, żeby sprawdzić, czy moje urządzenie działa właściwie i zobaczyć, jak to ustrojstwo funkcjonować powinno. Okazało się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale z powodu bardzo słabej znajomości języka angielskiego, takie rozwiązanie mogło mieć charakter jedynie testowy. Podobnie zresztą jak prezent od firmy Amazon: dwa wielkie słowniki angielskie.

Zderzenie z rzeczywistością było niezwykle bolesne i zmusiło mnie – tak, dopiero teraz! – do zapoznania się z instrukcją obsługi czytnika i poszukiwania odpowiedzi na pytanie, co i jak muszę zrobić, żebym korzystając z Amazon Kindle mógł czytać książki: po polsku, z polskimi literami, bez „krzaków”, pustych stron i innych takich atrakcji.
Dowiedziałem się wreszcie wiele o formatach .mobi, .lit, .azw, .prc, .epub i innych, o ograniczeniach plików i formatów .doc, .txt, .pdf, .docx, przetestowałem programy Mobipocket Reader, Mobipocket Creator, Calibre, Pdf to epub i jeszcze jakieś, i… pozostałem przy Calibre. Oto, w naprawdę wielkim skrócie, kilka najbardziej podstawowych uwag i porad.

Amazon Kindle łączy się z komputerem za pomocą portu USB; jest to też najprostsza metoda ładowania jego baterii. Pliki e-booków ładuje się do folderu DOKUMENTS. Bez względu na to, czy zamierzamy kupować książki w Amazonie, czy nie, warto tam założyć sobie konto i – korzystając z połączenia w wersji 3G (telefonia komórkowa trzeciej generacji), albo sieci WiFi – zarejestrować swojego Kindle’a. Bez tego, z nieznanego mi powodu, nie będzie można tworzyć w MENU własnych kolekcji (a przynajmniej mi się to nie udawało). Początkowo może się to wydawać mało ważne, ale kiedy zbiór zaczyna przekraczać sto pozycji, jakaś forma katalogowania kolekcji zaczyna być niezbędna.

Przycisk HOME przekierowuje zawsze do pierwszej strony urządzenia, gdzie można odczytać zawartość swojego Amazon Kindle.
Do włączania i wyłączania służy suwak w dolnej części czytnika. Urządzenie wyłącza się na dwa sposoby: krótkie przesunięcie suwaka powoduje jego uśpienie, coś jakby stan standby (wyczekiwania). Wyświetlają się wtedy losowo (wygaszacz ekranu) stare ryciny, albo portrety pisarzy. Żeby czytnik wyłączyć zupełnie, suwak trzeba trzymać przesunięty przez kilka, czasem nawet kilkanaście sekund. Szybko przekonałem się, że nie jest to potrzebne, bo Amazon Kindle zużywa baterie właściwie tylko podczas „obracania” kartek, a nie podczas ich „wyświetlania”. Wyświetlanie napisałem w cudzysłowie, bo Amazon Kindle nie wyświetla tekstu, jak monitor, czy tablet, i to jest chyba jedną z największych jego zalet. Nieźle ilustruje to jeden z wielu filmów reklamujących czytniki Amazon Kindle.

Calibre

Moim zdaniem najlepszy i darmowy program, dzięki któremu można konwertować pliki tekstowe różnego typu do formatów dobrze rozumianych i właściwie „wyświetlanych” przez czytnik, w moim przypadku Amazon Kindle 3 Wi-Fi 6. Drugą, nie mniej ważną funkcją programu, jest tworzenie bibliotek i katalogów e-booków. Poniżej główne okno programu Calibre:




W pierwszym etapie instalacji wybieramy język (tak, polski też!) i lokalizację Biblioteki Calibre, to jest specjalnego folderu, w którym znajdą się nasze kolekcje e-booków, podzielone według autorów, na przykład. Następnie należy zaznaczyć, jakiego czytnika używamy, a jest ich na rozwijalnej liście naprawdę wiele. Można też, opcjonalnie, powiązać Calibre ze swoim kontem na Amazon. Program jest konfigurowalny w zakresie wręcz oszałamiającym i po kilku miesiącach użytkowania wcale nie mam pewności, że znam wszystkie jego możliwości. Natomiast podstawowa jego obsługa jest banalnie prosta: wystarczy kliknąć na czerwoną ikonę Dodaj książki i wskazać jedną lub więcej pozycji, a następnie brązowy Konwertuj książki.



W oknie, które się w tym momencie otwiera (powyżej), ustalamy format wyjściowy (zwykle pojawia się tu automatycznie format stosowny dla wybranego przy instalacji czytnika), uzupełniamy – jeśli trzeba – dane dotyczące autora, tytułu, wydawcy, zmieniamy okładkę itd. itd. Z mojej praktyki wynika, że dobrym pomysłem jest zaptaszenie w zakładce Wygląd i zachowanie pola „usuń odstępy między akapitami”. Przekonałem się też, że największą swobodę w przygotowaniu e-booka dają pliki .rtf, a najprostsze i najszybsze w konwersji są pliki .lit.

Przygotowany w Calibre e-book można przechowywać w bibliotece programu, albo jednym kliknięciem wysłać do Amazon Kindle.

I to w zasadzie wszystko, bo pełne instrukcje obsługi czytnika Amazon Kindle i programu Calibre to pokaźne tomiszcza i nie ma ani sensu, ani możliwości ich tu przepisywać.