wtorek, 31 marca 2026

Zrobię z ciebie teatrzyk cieni

 „Rzeźbiarz śmierci” – Chris Carter

Derek Nicholson, umierający na raka prokurator, zostaje w swoim domu brutalnie zamordowany. Torturowano go przed śmiercią, dokonano wielu amputacji, a z fragmentów ciała, przy pomocy drutu i kleju super glue, zabójca stworzył coś w rodzaju rzeźby czy figury o zupełnie niezrozumiałym (początkowo) znaczeniu.
Wkrótce potem, na jachcie, odnalezione zostaje kolejne ciało – byłego policjanta. Sprawca, nazwany przez media Rzeźbiarzem, też go torturowani, a z jego szczątków skonstruował kolejną rzeźbę.

Śledztwo prowadzi genialny detektyw Robert Hunter i jego partner, Carlos Garcia z wydziału zabójstw policji w Los Angeles; pomaga im genialna śledcza z biura prokuratora, Alice Beaumont, specjalistka od komputerów.

Byłaby to pewnie bardzo dobra powieść sensacyjna, świetny thriller, ale ze względu na dwa mankamenty, jest tylko dobra.

Pierwszy: nieprawdopodobna przesada. Pokawałkowane ciało prokuratora znalazła pielęgniarka. Ten widok był dla niej tak wstrząsający, że już nigdy nie mogła pracować w służbie zdrowia, a gdyby miała pieniądze, bardzo przydałaby się jej przynajmniej dziesięcioletnia psychoterapia. Dziwne te amerykańskie pielęgniarki… Policjanci lub strażacy, który na miejscach katastrof drogowych, lotniczych lub kolejowych, stykają się z częściami zwłok, też w tym momencie kończą karierę i nadają się jedynie na terapię?
Robert Hunter i Alice Beaumont byli genialnymi dziećmi i nadal ich inteligencja wielokrotnie przekracza zdolności umysłowe/intelektualne ich szefów, a właściwie wszystkich w koło. Oboje w swoich urzędach zajmują poślednie stanowiska. Ups!

Drugi: akcja zawsze, w stu procentach przypadków, urywa się w najciekawszym momencie, pod koniec rozdziału i zawsze kolejny rozdział jest o czymś innym. To znana maniera średniej klasy pisarzy i dość prymitywna sztuczka, świadcząca o sporej dawce infantylizmu.

wtorek, 24 marca 2026

Śpisz, a może tylko nie żyjesz?

 „W martwym śnie” – Greg Iles

Jordan Glass wyspecjalizowała się w fotografii wojennej i – podobnie jak jej ojciec, który zginął w Kambodży fotografując swojego zabójcę – osiągała na tym polu znaczące sukcesy i zdobywała prestiżowe nagrody. Jednak specyfika tego zajęcia, nieustanny kontakt z brutalnymi scenami zagłady, śmiercią, ranami i ludzkim cierpieniem, spowodowały, że około czterdziestki czuła się już zmęczona i wypalona zawodowo.

Jordan miała siostrę bliźniaczkę; Jane była identyczna fizycznie, ale zupełnie różna pod względem osobowości i psychiki. Około dwa lata wcześniej Jane została uprowadzona. Nikt nie domagał się okupu, nie pojawiły się żadne ślady czy poszlaki. Ostatecznie rodzina musiała pogodzić się z domniemaną śmiercią młodej kobiety. W Nowym Orleanie, w bardzo podobny sposób, to jest bez jakichkolwiek śladów, zniknęło ostatnio kilkanaście kobiet.

W Hongkongu, w wyrafinowanej, modnej i snobistycznej galerii sztuki, Jordan Glass oglądała przyciągające powszechną uwagę i niezwykle kosztowne obrazy z serii „Śpiące kobiety”. Jej doświadczenia z pól bitewnych skłoniły ją do podejrzeń, że modelki przedstawione na obrazach wcale nie śpią – po prostu nie żyją. Jedną z nich okazała się jej siostra, Jane.

Jordan Glass postanawia odszukać malarza, autora serii obrazów, ale natychmiast okazuje się to bardzo trudne, a nawet niebezpieczne. Marszand, który oferował te obrazy, szemrany typ, naturalizowany Serb, zginął w pożarze po spotkaniu z Jordan, która sama ledwie uszła z życiem z zamachu. Wtedy do poszukiwań włączyło się FBI, a śledztwo stało się wyjątkowo profesjonalne (np. poszukiwania pojedynczych włosów pędzla w farbie na obrazie). Śledczy trafiają na trop malarza-dziwaka, Rogera Wheatona i jego trojga uczniów.
FBI wykorzystuje Jordan Glass jako przynętę. Pojawiają się wątpliwości i podejrzenia co do domniemanej śmierci Jane oraz ich ojca. Wreszcie ta najważniejsza: skoro siostry są identyczne, to skąd pewność, że ofiarą miała być Jane, a nie Jordan?

Całkiem niezła powieść sensacyjna. Może nieco za długa, ale zdaje się, że to teraz norma. Kryminały Agathy Christie nie pasowałyby do współczesnego rynku, chyba że w jednym tomie zawarto by ich z pięć-siedem.
Ciekawe jest to, że autor, mężczyzna, bohaterką i narratorką uczynił kobietę. Wprawdzie samotną, radzącą sobie na wojnach, ale jednak – to nie zdarza się często.

środa, 18 marca 2026

Vonnegut jakiego nie znałem

 „Listy” – Kurt Vonnegut

Byłem starszym nastolatkiem, kiedy mentorką w temacie moich lektur na kilka lat stała się ciotka, starsza ode mnie o zaledwie dwanaście lat. Do dziś jestem jej wdzięczny, bo podsunęła mi wtedy książki, których sam nie znalazłbym pewnie do dziś. Ich lektura znacząco wpłynęła na mój intelektualny i emocjonalny rozwój, weryfikowała moje przekonania, pomagała odkrywać nowe horyzonty. Były to” Życie przed sobą”, „Niech pana Bóg błogosławi panie Rosewater”, „Ikowie, ludzie gór”, „Rzeźnia numer pięć”, „Śniadanie mistrzów”, „Mały Wielki Człowiek” i mnóstwo innych.
Do niektórych powieści Vonneguta wracałem ze dwa-trzy razy, nie będąc pewnym, czy za pierwszym czytaniem wszystko dobrze zrozumiałem. Przy tej okazji uczyłem się też odróżniać dobre powieści, wartościowe pisarstwo, od wyrobów królowych polskiego kryminału i mistrzów polskiej sensacji, które zalały polski rynek książki wiele lat później.

O autorze „Kociej kołyski” początkowo nie wiedziałem zupełnie nic i przez kolejne lata jakoś zupełnie mi to nie przeszkadzało. Liczyła się tylko fabuła, warsztat pisarski i akcja, a nie autor, wstępy czy prologi. Tak, tak wtedy czytałem.

W trakcie lektury „Listów” pomocne bywają komentarze, wyjaśnienia i uwagi Dana Wakefielda, amerykańskiego powieściopisarza, dziennikarza i scenarzysty, stypendysty Rockefellera w dziedzinie pisarstwa (zmarł w 2024 roku) i przyjaciela Kurta Vonneguta z Shortridge High School. Bez nich byłoby czasem trudno zorientować się, o co chodzi, do jakich spraw i zdarzeń odnosi się autor listu, o kim pisze – Vonnegut zapewne nie pisał swoich listów, i to przez ponad pół wieku, do bardzo różnych ludzi, przewidując z góry, że kiedyś zostaną one zebrane i wydane.

„Listy” Kurta Vonneguta są realną korespondencją, a nie jedynie formą literacką, jak na przykład „Listy Nikodema”, których autorem jest Jan Dobraczyński, a nie ewangeliczny Nikodem, członek Sanhedrynu; dobra książka, tak przy okazji. Realnym zbiorem listów są też „Listy” J.R.R. Tolkiena albo korespondencja Stanisława Lema ze Sławomirem Mrożkiem, czy wreszcie Mrożka i Józefa Czapskiego. Chodzi o to, że listy miewają różne formy i odmiany, i pisane bywały do różnych osób, z różnych okazji. Tak – bywały, bo ta forma zanika i to w błyskawicznym tempie. Można jeszcze czasem liczyć na wznowienia lub dodruki, ale listów nie pisze już nikt. Zbiory esemesów i e-maili to jednak nie to samo.

„Listy”, zwłaszcza pisane tak długo i do tak wielu różnych adresatów (rodzina, znajomi, przyjaciele, inni pisarze, czytelnicy, politycy, krytycy itd.) stanowią z jednej strony swoistą autobiografię ich autora, mapę jego przemyśleń i przekonań, ale też zapis pewnej epoki, bo Vonnegut pisał nie tylko o sztuce/pisarstwie, ale też o polityce, życiu prywatnym, przekonaniach i stu innych codziennych rzeczach.

Pewnych problemów przysparzała mi typografia, to jest sposoby formatowania tekstu – przyzwyczaiłem się, że w przypadku cytatów – tu treści listów – zastosowane będą italiki (kursywa), ale w tym przypadku bywa odwrotnie, i chyba nie zawsze konsekwentnie. Zwiększonej uwagi wymaga więc rozróżnianie, co napisał Vonnegut, a co Dan Wakefield.

Nie jestem pewien, czy zawsze rozumiałem poczucie humoru autora listów. Czy „Umowę pomiędzy Kurtem Vonnegutem Jun. i Jane C. Vonnegut, obowiązującą od niedzieli 26 stycznia 1947”, a dotyczącą podziału obowiązków domowych, należy traktować poważnie, czy to tylko żart? Czy lista firm, proponujących Vonnegutowi zatrudnienie, była prawdziwa, czy może to jego kpiny w związku z trudnościami w znalezieniu pracy?

Przestałem sobie wyrzucać brak poczucia humoru, gdy przeczytałem:

Błędnie założyłem, że wujek Alex zna moją sytuację i w okrytym hańbą nazwisku Guy Fawkes rozpozna pseudonim, a tym samym zrozumie, że ten list to przepyszny rodzinny żart. Tymczasem wujek wpadł w amok, poszedł z listem do prawnika, zapytał jakie może podjąć kroki prawne, aby odzyskać dobre imię, i zapowiedział, że napisze do prezesa GE list z informacją, że jeden z jego pracowników nie zna wartości dolara [1].

Najwyraźniej nawet członkowie rodziny nie zawsze rozumieli jego żarty.

Druga trudność, ale już ostatnia. Listy pisane w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, dotyczące lokalnych spraw, zdarzeń, osób (być może ważnych wtedy, w niewielkim mieście), po kilkudziesięciu latach i w innym kraju nie muszą być w pełni zrozumiałe obecnie, nawet mimo komentarzy Wakefielda. To jednak drobny dyskomfort, ale nic więcej. Nie czytałem „Listów”, żeby dowiedzieć się konkretów o gospodarce w Schenectady w 1946 roku czy nawykach prezesa GE – „Listy” to pisarstwo, warsztat, kunszt, artyzm, specyficzny ogląd świata, przekonania genialnego pisarza. I, jako takie, są znakomite.
Książka wzbogacona o kilka szkiców autora i kilkanaście fotografii – szkoda, że nie więcej. Ostatecznie – pozycja bardzo dobra, ale dla wymagających czytelników, tych, którzy znają i cenią powieści i opowiadania Kurta Vonneguta.

W pewnym momencie przyszło mi na myśl pytanie: po co pisać setki albo i tysiące listów, z jakiego powodu Vonnegut to robił? Być może znalazłem odpowiedź, choć zupełnie gdzieś indziej. Ale możliwe też, że kompletnie nie mam racji…

Po jednej stronie jest jasność, ufność, wiara, piękno ziemi, zdolność ludzi do entuzjazmu, po drugiej ciemność, zwątpienie, niewiara, okrucieństwo ziemi, zdolność ludzi do zła. Kiedy piszę, pierwsza strona jest prawdziwa, kiedy nie piszę, druga. Czyli muszę pisać, żeby uchronić się przed rozpadem. Niewiele w tym stwierdzeniu filozofii, ale sprawdzone jest doświadczalnie [2].





---
[1] Kurt Vonnegut, „Listy”, przekład: Tomasz Biedroń, wyd. Zysk i s-ka, s. 52.
[2] Czesław Miłosz „Piesek przydrożny”, Wydawnictwo Znak, 2011, s. 105.






Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

czwartek, 12 marca 2026

Wygrać z Wielkim Szatanem

 „Pielgrzym” – Terry Hayes

„Pielgrzym” („I Am Pilgrim” – 2013) został wydany dekadę po „Roku szarańczy”, ale czytałem je w odwrotnej kolejności i jedną bezpośrednio po drugiej. Kolejność nie ma zupełnie żadnego znaczenia, ale brak przerwy między lekturą tych dwóch powieści, to był nienajlepszy pomysł, jak się okazało, bo styl, warsztat, sposób kreowania postaci przez autora, jest tak podobny, że bohaterowie mi się mylili. W obu przypadkach jest to genialny super agent, świetnie znający różne języki, poruszający się bez problemów po Afganistanie, Arabii Saudyjskiej i innych krajach muzułmańskich.

W tanim hoteliku gdzieś na Manhattanie znaleziono zwłoki młodej kobiety; nie można jej nijak zidentyfikować (na przykład, po śmierci, usunięto jej wszystkie zęby), a z pomieszczenia, w przemyślny i profesjonalny sposób, usunięto wszelkie ślady.

W mieszkaniu panuje chaos, a hałas jest wręcz ogłuszający – trzeszczą policyjne radiotelefony, asystenci koronera domagają się wsparcia, a kobieta o latynoskiej urodzie szlocha w głos. Nawet jeśli nikt na całym świecie nie zna ofiary, na miejscu zbrodni zawsze znajdzie się ktoś gotów ją opłakiwać. Identyfikacja młodej kobiety leżącej w wannie jest niemożliwa – trzy dni w wannie z kwasem wystarczyły, by zniszczyć rysy twarzy i znaki szczególne*.

Sprawę prowadzi porucznik z wydziału zabójstw, czarnoskóry, utykający Ben Bradley, który wzywa na pomoc bohatera powieści, później zwanego Pielgrzymem, pełniącego – do czasu – stanowisko Jeźdźca Niebieskiej, co oznacza, że dowodził grupą specjalnych agentów wywiadu. To jednak, jak się wydaje, odległa przeszłość; Pielgrzym odszedł z Firmy, napisał znakomitą książkę o technikach prowadzenia śledztw czy dochodzeń, zbierania śladów itp. Bardzo szybko zorientował się, że zabójca lub zabójczyni młodej kobiety, korzystała z jego książki jak z poradnika, z niej czerpała pomysły i rozwiązania.

Tu następuje skok w czasie wstecz o lat kilkadziesiąt. Terry Hayes przedstawił historię (od dzieciństwa) Pielgrzyma oraz jego głównego przeciwnika, demona zła, fanatycznego islamisty zwanego Saracenem. Saracen nienawidzi domu Saudów, ale jeszcze bardziej Wielkiego Szatana, to jest USA. Będąc człowiekiem wykształconym, lekarzem, wymyślił, jak pozbyć się Ameryki i Amerykanów hurtowo i raz na zawsze. Bradley i Pielgrzym zamierzają mu w tym przeszkodzić.

Bardzo dobra powieść, choć zdecydowanie zbyt długa – prawie osiemset stron. Nie chodzi jednak o dłużyzny, bo takich nie znalazłem, ale o drobiazgowo dokładne opisy i mnogość wątków.




---
* Terry Hayes, „Pielgrzym”, przekład Maciej Szymański, Rebis, 2023.

piątek, 6 marca 2026

Islamski terroryzm kontra CIA

 „Rok szarańczy” – Terry Hayes

Trafiłem na tę książkę przypadkiem. Tak ostatnio znajduję dla siebie lektury, jakby na chybił trafił, bez planów i przemyśleń. Przestałem sięgać po pozycje opisywane, zalecane i reklamowane, bo okazują się one nieodmiennie powieściami, które z determinacją chce sprzedać wydawca, ale ja wcale nie chcę czytać. Więc ze stosu przecenionych w koszu wziąłem tę właśnie książkę, bo spodobała mi się okładka. O autorze też nie było mi nic wiadomo.

Głównym bohaterem jest Kane, agent CIA, specjalista od Afganistanu, Pakistanu, Iranu i okolic, zwanych w biurze Regionami Niedostępnymi. Jego zadaniem jest spotkanie z kurierem Nowej Islamskiej Armii Czystych, który zadeklarował chęć zdradzenia swojej organizacji terrorystycznej w zamian za amerykańskie obywatelstwo i miliony dolarów. Ten akurat człowiek wydaje się Agencji wyjątkowo ważny ze względu na szykowane przez islamistów kolejne uderzenie, może nawet tak poważne, jak atak na wieże World Trade Center.

Udałem się tam na spotkanie z informatorem gotowym podzielić się licznymi sekretami jednej z najbardziej niebezpiecznych organizacji terrorystycznych. Nie powiem wam, że był odważnym człowiekiem – żądał pieniędzy i paszportów, by zapewnić żonie i dzieciom lepsze życie – ale jednego byłem pewny: gdyby go zdemaskowano, nikt nie dałby funta kłaków za to, że mnie przeżyje*.

Po przyjęciu misji i podczas przygotowań Kane odkrywa, że znany od dawna CIA, wyjątkowo niebezpieczny terrorysta, Abu Muslim al-Tundra, uważany za martwego od kilku lat, nadal żyje i, jak to fanatyczni terroryści mają w zwyczaju, knuje coś strasznego.

„Rok szarańczy” czytało mi się świetnie, choć nieco za długo. Nie w tym rzecz, że zawiera dłużyzny, bo nie zawiera, nie o to chodzi; w powieści opisanych jest mnóstwo spraw, zdarzeń, sytuacji, reakcji i zachowań ludzi itd. a wszystko to bardzo szczegółowo opisane, więc wyszło trochę za długo. Książka okazała się znakomitym połączeniem powieści sensacyjnej, szpiegowskiej i przygodowej. Dziwiłem się, że wcześniej o tym autorze nic nie słyszałem. Niezwłocznie też zacząłem się rozglądać za innymi jego dziełami. I tak odkryłem „Pielgrzyma”, którego już zamówiłem i niecierpliwie czekam.

Wszystko, a może prawie wszystko, zmieniło się, kiedy przeczytałem ze dwie trzecie „Roku szarańczy”, może nawet trochę więcej. Powieść o działaniach agenta CIA zamieniła się w pełnowymiarowe SF. Nic więcej o tym nie mogę napisać, żeby nie zdradzać ważnych elementów fabuły. Dodam tylko, że szkoda, że Terry Hayes nie skończył pisać swojej powieści wcześniej.

wtorek, 3 marca 2026

Rozważania o wystarczalności

W jakichś reklamach rzuciły mi się w oczy dwie książki: „Wystarczysz?” Jagody Urban i „Jestem wystarczająca” Joanny Zaręby i Katarzyny Białkowskiej. Jedną z nich mógłbym otrzymać prawie za darmo. Prawie, bo po lekturze wypadałoby, żebym napisał recenzję. Nie chciałem ich czytać czy oceniać, nie chciałem o nich pisać. Nie mógłbym zrobić tego obiektywnie, bo od lat mam wyjątkowo negatywne nastawienie do tematu.

Dwa razy w życiu osobiście zetknąłem się z przywódczynią sekty – nie rozmawialiśmy, nie znam farsi. Swoim wyznawcom, w większości kobietom, ale nie tylko, wpierała różne dziwne przekonania i między innymi to, że czują się niewystarczający. Może nawet nie tyle, że są niewystarczający, choć tego nie wiem na pewno, co że tacy się czują. Potrafiła to wmówić nawet tym, którzy wcześniej mieli mocno wygórowane i przesadne poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że – jeśli nawet nie są najlepsi na świecie – to jednak zaliczają się do elity. A coś takiego, to już sztuka; to jakby wmówić facetowi o wzroście 195 cm, że jest karzełkiem.

Coś, co jako człowiekowi kierującemu się zdrowym rozsądkiem i trzeźwo myślącym (mam nadzieję), od razu przyszło mi na myśl, a nawet wstrząsnęło i to solidnie, był brak informacji co do kwestii podstawowej, wręcz fundamentalnej: do czego są niewystarczający? Pytałem o to kilkanaście wyznawczyń i kilku wyznawców, ale tu odpowiedzi albo żadnych nie byli w stanie udzielić, albo twierdzili, że nie są wystarczający do wszystkiego.

Parę razy popełniłem błąd, w następstwie którego, śmiałem się sam z siebie, dochodząc do wniosku, że widocznie nie jestem wystarczająco inteligentny, i zadawałem pytania naprowadzające (moim zdaniem sensowne). Pytałem na przykład: Czy jesteś wystarczająco dobra, żeby ugotować wodę na herbatę, obrać ziemniaki, kupić w sklepie chleb itp. Czy byłaś wystarczająco dobra, żeby skończyć podstawówkę, zdać maturę, czasem skończyć studia itp. Pytań produkowałem mnóstwo, łącznie ze zdolnością do mycia zębów, zanim zorientowałem się, że jestem po prostu mało kumaty – to były pytania dla normalnych ludzi, a członków sekty trzeba uważać, jeśli nie za psychicznie chorych, to za poważnie zaburzonych. Gdyby wyznawcy nie byli zaburzeni, to – jak każdy normalny człowiek – zdawaliby sobie sprawę, że do czegoś tam są wystarczająco dobrzy, czasem nawet bardziej niż wystarczająco, a do czegoś wystarczający nie są.

W każdym razie nie odpowiadali, nie chcieli rozmawiać, przerzucali winę na mnie, twierdząc, że nic nie rozumiem. Cóż, może i tak, „prawdy” guru są do wyznawania, a nie do rozumienia.

Ludzie cierpią na przeróżne choroby umysłowe, zaburzenia i fobie. Nie wiem, czy można je zrozumieć, ale najwyraźniej logicznymi, rzeczowymi argumentami, wyleczyć się nie da. Niektóre osoby boją się myszy. Czy argument, że myszka jest mała, nie zrobi ci krzywdy, boi się ciebie sto razy bardziej niż ty jej, ma malutkie ząbki itp., spowodowały, że ktoś cierpiący na musofobię stwierdzi: masz rację, od jutra przestaję się bać myszy? No, nie. Tak to nie działa, niestety. Myślę, że w podobny sposób odbijały się moje argumenty.

Wydaje ci się, a może ktoś bliski wmawia ci, że nie jesteś wystarczająco dobra do czegoś (zawsze pytaj, do czego konkretnie!) – sprawdź, skonfrontuj się z rzeczywistością i faktami, a nie cudzymi przekonaniami. Zwłaszcza jeśli cię to boli i dotyka.

Na tym temat mógłbym i nawet planowałem zakończyć, ale wtedy, jak wspomniałem na początku, natknąłem się na reklamę tych dwóch książek. Nie! – pomyślałem – to jest przecież kompletnie niemożliwe, to się nie dzieje! Trochę skrępowany tym, co robię, poszukałem jednak, popytałem i… szok! Guru od jakiegoś czasu mieszka w Polsce i nawet języka, podobno, jako tako się wyuczyła.

A wspomniane wyżej książki? Nie interesują mnie na tyle, żebym je czytał, ale ciekaw byłbym, czy oferują jakieś rozwiązania inne, niż nieskuteczne zdroworozsądkowe.

środa, 25 lutego 2026

Kyle - bohater wielce irytujący

 „Z krwi i kości” – William Lashner

Głównym bohaterem powieści jest Kyle Byrne, który w pierwszym rozdziale, jako nastolatek, uczestniczy w pogrzebie swojego ojca. W dramatyczny sposób próbował tam ukraść urnę z prochami, jakby w ten sposób wreszcie mógł mieć ojca dla siebie. Kyle urodził się w wyniku romansu swojego ojca, Liama Byrne, znanego filadelfijskiego prawnika, który nigdy nie porzucił żony, swojego syna nie wychowywał i widywał go jedynie okazjonalnie. Chłopcu brakowało ojca, tęsknił za nim i marzył o odmianie losu, ale z chwilą jego śmierci, osierocony został jakby po raz drugi.

Tu następuje skok około dziesięcioletni. Kyle ma obecnie dwadzieścia sześć i kompletnie żadnego pomysłu na swoje życie. Młody człowiek jest wiecznie niezdecydowany, z miernym poczuciem własnej wartości, nie kończy studiów, często zmienia pracę, traci dom po matce, pije w barach, gra na konsoli. Zdecydowana większość jego życiowych kłopotów jest wynikiem jego zachowania, postępowania, osobowości. Kyle jest zupełnie niewiarygodny, nie dotrzymuje słowa, składa obietnice, których nie spełnia, nie można na niego liczyć właściwie w żadnej sytuacji. Będąc dorosłym mężczyzną ubiera się nadal jak nastolatek, to jest w trampki, przybrudzone szorty i nieświeży t-shirt… typ żałosny i beznadziejny. Ma jeszcze ze dwoje lub troje przyjaciół, bo resztę do siebie zniechęcił. Ważne jest też to, że ma – jego przyjaciele nie mogą na Kyle’a liczyć w żadnej sprawie – tak więc on ma przyjaciół, ale oni nie mają przyjaciela.
Dziwny ten główny bohater, mocno wkurzający życiowy niedołęga. Kilka osób jednak go lubi, bo ponoć sympatyczny jest i miło się uśmiecha.

Właściwa akcja tej niezłej sensacyjnej powieści (thrillerem nie jest ona zdecydowanie!) rozpoczyna się w chwili tajemniczej śmierci wspólnika Liama Byrne’a w kancelarii adwokackiej, Laszlo Totha. Kyle Byrne z ciekawości chyba próbuje na własną rękę odkryć, kto i dlaczego zamordował wspólnika jego ojca. Dzięki temu, ma nadzieję, odkryć też jakąś prawdę o swoim ojcu. To się do pewnego stopnia udaje, ale ojciec okazuje się zupełnie innym człowiekiem, niż chłopak sobie wyobrażał.

Kyle Byrne drąży sprawę, co naraża go na coraz większe niebezpieczeństwo; śledzą go i gonią źli ludzie, zostaje poważnie pobity, kilka razy grozi mu śmierć.

Powieść, w pewnym sensie, specyficzna. Byłaby całkiem niezłą, wciągającą sensacją, ale niedołęga Kyle Byrne pasuje tu jak róża do kożucha. Zastanawiałem się podczas lektury, czy autor robi sobie jaja z czytelników.

piątek, 20 lutego 2026

Ćmy bywają niebezpieczne

 „Pułapka na ćmy” – Ann Cleeves

Tom siódmy cyklu „Vera Stanhope”, jednak najwyraźniej można je czytać w dowolnej kolejności.

Główną bohaterką powieści jest inspektor Vera Stanhope – inteligentna, samotna, otyła, pracoholiczka z talentem do przesłuchiwania podejrzanych i świadków.
Miejscem akcji jest Northumbria, region północno-wschodniej Anglii, obejmujący hrabstwa Northumberland, Durham i nie tylko. Kilka miasteczek i wiosek, ale przede wszystkim Valley Farm, gdzie zamieszkali – jak sami siebie żartobliwie nazwali – emerytowani hedoniści, co w tym przypadku oznacza zamożnych Brytyjczyków na wcześniejszych emeryturach.

Na poboczu drogi znaleziono zwłoki Patricka, młodego człowieka, którego najbogatsi właściciele miejscowej posiadłości, wynajęli do opieki nad ich domem czy rezydencją. Sami wybrali się za granicę, z powodu zbliżających się nadrodzin wnuka.
Wkrótce potem na poddaszu, gdzie mieszkał, policja odkrywa zwłoki szarego człowieka w szarym garniturze. I nie jest to ostatnia ofiara w tej sielskiej okolicy.

Powieść sensacyjna może i ciekawa, ale ewidentnie za długa. Typowo brytyjski klimat i nastrój. Zapewne ciekawszy byłby film na jej podstawie.

sobota, 14 lutego 2026

Krótka autobiografia Stephena

 „Moja krótka historia” – Stephen Hawking

Bardzo dobrze wydana, ale króciutka autobiografia Stephena Hawkinga, zmarłego w 2018 roku brytyjskiego fizyka teoretycznego i matematyka. Hawking specjalizował się w teorii względności i astrofizyce, w tym kosmologii. Był znanym popularyzatorem pasjonujących go tematów. Jego „Krótka historia czasu” znajdowała się na liście bestsellerów „British Sunday Timesa” przez ponad cztery lata. Prawdopodobnie równie znany był z powodu swojej choroby. Cierpiał na stwardnienie zanikowe boczne (ang. ALS zdiagnozowano u niego, gdy miał dwadzieścia jeden lat) i większość zdjęć czy nagrań w mediach prezentuje go w specyficznej pozie, na wózku inwalidzkim, porozumiewającego się dzięki specjalnemu syntezatorowi mowy.

Elegancka, twarda oprawa, około sto pięćdziesiąt stron, ale i to wydaje się nieco naciągane, wiele zdjęć – z jednej strony to bardzo dobrze, ale z drugiej oznacza mniej tekstu – wyjątkowo szerokie marginesy i interlinie. Powiedziałbym, że jeśli chodzi o zawartość merytoryczną, jest to broszura do przeczytania w jakieś półtorej godziny.

Niewątpliwą zaletą tej publikacji jest prosty, przystępny język. Może poza tymi fragmentami, w których Stephen Hawking stara się wyjaśnić swoje przełomowe odkrycia dotyczące czarnych dziur i natury wszechświata. Jest ich jednak niewiele, a autor wyraźnie starał się opisać to tak, żeby choćby niektórzy czytelnicy byli w stanie cokolwiek zrozumieć. Natomiast wyraźnie przestrzega czytelników przed lekturą innej książki, którą napisał wspólnie z George’em Ellisem, wydanej w 1973 przez Cambridge University Press, którą uważa za zbyt trudną.

„Książka jest nadal wznawiana, bo stanowi właściwie ostatnie słowo w kwestii przyczynowej struktury czasoprzestrzeni, czyli tego, który jej biegun może wpływać na zdarzenia w innych punktach. Przestrzegałbym laików przed próbami zapoznania się z tą pozycją. Jest to rzecz bardzo specjalistyczna i została wydana w czasach, kiedy starałem się przedstawiać wywody z rygorystyczną precyzją, godną czystego matematyka. Dziś bardziej zależy mi na trafności niż na pedanterii”*.

Stephen Hawking był dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa z Jane Wilde, która opiekowała się nim do 1991, miał troje dzieci: Roberta (1967), Lucy (1970) i Tima (1979). Jako wybitny naukowiec otrzymał mnóstwo nagród, wyróżnień, prestiżowych tytułów i stanowisk, jednak najbardziej podobała mi się ta część jego historii, która dotyczyła dzieciństwa i dorastania w powojennym Londynie.




---
* Stephen Hawking, „Moja krótka historia”, przekład: Agnieszka Sobolewska, wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2025, s. 77.




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Zagadka porwania nastolatki

 „Ostatnie dziecko” – John Hart

Thriller, który zaczyna się jak powieść społeczno-obyczajowa o życiu i dorastaniu w patologicznej rodzinie amerykańskiej, w niewielkim miasteczku. Niby zdarzyła tam się historia kryminalna, ale połowa książki, to dramat społeczny.

Nastoletnia Alyssa Merrimon została porwana. Ktoś ją wciągnął do samochodu – według zeznań nastoletniego świadka – i gdzieś wywiózł. Jej brat bliźniak, Johnny, nie mógł się z tym pogodzić i nieustanie szuka siostry, odwiedzając okoliczne domy i pokazując zdjęcie. Ich matka, trzydziestokilkuletnia Katherine, uciekła od tego koszmaru w picie i ćpanie jakichś psychotropów. Ojciec bliźniaków, targany poczuciem winy, porzucił rodzinę i zniknął nie wiadomo gdzie. Trzynastoletni Johnny Merrimon znajduje wsparcie w swoich upartych poszukiwaniach w osobie policjanta, Clyde Hunta, który oficjalnie prowadzi sprawę porwania Alyssay Merrimon i nadal coś tam robi mimo problemów z własną karierą i rodziną. Jest wreszcie zły lokalny bogacz, który wykorzystuje Katherine i któremu jej wieczne odurzenie bardzo pasuje.

Ciekawie, a nawet intrygująco robi się dopiero pod koniec, gdy akcja wyraźnie zmierza do zakończenia, wyjaśnienia i zdemaskowania.

Niepokojące i odrobinę niedopasowane wydały mi się wątki fantastyczne, a może raczej metafizyczne: wątek wron lub kruków oraz postać wielkoluda Levi'ego Freemantle'a, jakby żywcem wyciągnięta z „Zielonej mili”.

sobota, 7 lutego 2026

Kontrowersyjny dziennikarz

 „Furia” – G. M. Ford

W Seattle napadnięto, zgwałcono i zamordowano osiem kobiet. Właściwie tylko cudem niknęła śmierci Leanne Samples, dziewiąta ofiara napaści. Ona to rozpoznała napastnika, którym miał być bezdomny, poważnie zaburzony, prymitywny pedofil, Walter Leroy Himes. W wyniku procesu skazany został na śmierć.

Jest rok 2001, do egzekucji Himesa zostało kilka dni. Do kontrowersyjnego dziennikarza i autora książek, Franka Corso, zgłosiła się Leanne Samples twierdząc, że w śledztwie i w sądzie kłamała – to nie Himes ją napadł. Właściwie to nikt jej nie napadł. Obawiała się, że może być w ciąży z kolegą, więc swoim fanatycznie religijnym rodzicom wcisnęła historyjkę o napadzie i zgwałceniu. Teraz jednak ruszyło ją sumienie i nie chce, żeby za jej wymysły zginął niewinny człowiek. Problem polega na tym, że Leanne Samples była głównym i jedynym świadkiem oskarżenia – bez jej zeznań prokuratura nie miała zupełnie nic przeciwko Himesowi. Tyle, że nowych zeznań Samples, jej przyznania się do kłamstwa i krzywoprzysięstwa nikt nie chce słuchać, bo komplikują całą tę prostą, zamkniętą już sprawę. Bo jeśli nie Walter Leroy Himes, na którym skupili się śledczy, ignorując inne tropy, to kto?
Po latach przerwy seryjny zabójca znowu zaatakował. Jednak Himes siedzi w więzieniu, w celi śmierci, wiec… żeby nie utrudniać sobie sprawy i nie przyznawać się do spektakularnej porażki, policja fakt kolejnej napaści po prostu ukrywa.

Frank Corso, dziennikarz Seattle Sun, do spółki z fotoreporterką Meg Dougherty, postanawia walczyć o sprawiedliwość. Tego akurat w systemie prawnym USA nie rozumiem – Corso musi znaleźć prawdziwego mordercę, żeby nie stracono Himesa. Jakby zmiana zeznań Leanne nie wystarczyła.

Fabuła powieści to właśnie rozpaczliwa walka z czasem i dramatyczne poszukiwania prawdziwego sprawcy napaści na kobiety. Podstawową akcję wzbogacają ciekawe wątki poboczne. Franka Corso wyrzucono niedawno z New York Timesa za sfabrykowanie artykułu, a przynajmniej taka jest oficjalna wersja, z którą pisarz nie walczy. Fotoreporterka Meg Dougherty znana jest w środowisku dziennikarskim, i nie tylko, z tego, że ma całe ciało pokryte tatuażami – efekt zemsty odrzuconego chłopaka, zawodowego tatuażysty (tatuatora). Do tego wątki uczuciowo-erotyczne.
W sumie całkiem niezła rozrywka choć na kolana nie powala.

czwartek, 5 lutego 2026

Corso - bezwzględny bohater

 „Bielmo” – G. M. Ford

„Bielmo” jest elementem cyklu, którego głównym bohaterem jest Frank Corso, dziennikarz z talentem do odkrywania sensacji, zamożny autor poczytnych książek. Wygląda na to, że chronologicznie jest to historia wcześniejsza niż „Czarna rzeka”, którą czytałem i skończyłem niedawno.

Corso pochwalił się pewnymi informacjami, ale jego świadek nagle zmienił zdanie i teraz śledczy od Franka domagają się wyjaśnień i odpowiedzi, skąd z taką pewnością wiedział o sprawie. Grozi mu zatrzymanie i długie przesłuchania. Oczywiście nie ma na to ochoty, więc ucieka w towarzystwie fotoreporterki, którą wynajął, Meg Dougherty, z którą miał kiedyś romans.

Koszmarna zamieć śnieżna zatrzymuje ich na lotnisku – w tych warunkach samoloty nie startują. Frank i Meg wynajmują auto i jadą do Madison, miasta z lotniskiem oddalonego o kilkaset kilometrów, które podobno normalnie działa. Po przejechaniu z połowy trasy auto wpada w poślizg (zamieć śnieżna trwa nadal). Poturbowani pasażerowie docierają do niewielkiego miasteczka w Wisconsin, a dokładnie do starej, opuszczonej chaty na jego obrzeżach.
W chacie przypadkowo znajdują zwłoki właściciela domu, Eldreda Holmesa, oraz jego rodziny, to jest dwóch synów – okazało się, że nie wyjechali kilkanaście lat wcześniej, jak to się wszystkim wydawało, ale zostali zamordowani, a ich zwłoki ukryto pod podłogą w szopie czy stodole.

Śledczy nie znaleźli tylko ciała żony Eldreda Holmesa; nie wiadomo, co się z nią stało, ale też nie wiadomo nawet, jak wyglądała, bo ze wszystkich zdjęć w rodzinnym albumie, znalezionym w chacie, ktoś dokładnie usunął wizerunek jej twarzy. Z dawnych wspomnień lokalnej policjantki wynika, że przed ślubem nazywała się Sissy Warwick – kruczoczarne włosy i wielkie błękitne oczy, egzotyczna uroda, jak na zapyziałe miasteczko Avalon.

Frank Corso musi rozwiązać sprawę, żeby samemu nie zostać w nią wrobionym, a do tego ścigają go policjanci z Teksasu, z długą listą pytań i nakazem ekstradycji. Szeryf (szeryfka) Trask z miasteczka nawet mu sprzyja, ale w pokomplikowanych układach w Avalon i z ambitnym zastępcą na głowie, niewiele może zrobić.

Niewielkie dłużyzny, zwykle bardzo dynamiczna akcja – arcydzieło to to nie jest, ale całkiem niezła rozrywka na trzy-cztery godziny.

środa, 4 lutego 2026

Źli Rosjanie w Ameryce

 „Czarna rzeka” – G. M. Ford

Przyzwoita powieść sensacyjna. Jej bohaterem jest Frank Corso, dziennikarz z zacięciem do grzebania w problematycznych sprawach, autor poczytnych książek.
Corso uczestniczy w procesie Balaguli, rosyjskiego bandyty, którego szwindle budowlane doprowadziły do zawalenia się szpitala i śmierci ponad sześćdziesięciu osób, w tym małych dzieci.
Kiedy okazuje się, że Balagula może wymknąć się wymiarowi sprawiedliwości, nie pierwszy raz zresztą, Corso przestaje być tylko obserwatorem.

Poszukam też innych powieści tego autora.

niedziela, 1 lutego 2026

Debiut pisarski Głowackiego

 „Wirówka nonsensu” – Janusz Głowacki

Siedem opowiadań Głowackiego z połowy i końca lat sześćdziesiątych:
1. Wizyta,
2. Kongo na Kubusia Puchatka,
3. Wielki brudzio,
4. Duży świat,
5. Wirówka nonsensu,
6. Dochodzenie,
7. Volvo dla mouse-killera.

To były same początki pisarstwa Janusza Głowackiego, mocno odbiegające od mistrzostwa późniejszych utworów. Problematyczny może też być czas i miejsce akcji, bo to czasy głębokiej „komuny”, więc nie do końca jestem pewien jego motywów – bo, owszem, kpi i drwi bezlitośnie z nowobogackich tamtych czasów, ale czy ma to być krytyka ustroju, w którym takie typy się lęgną, czy może negatywna ocena cwaniaków, dla których ważne są tylko samochody, układy, placówki zagraniczne, modne i drogie ciuchy oraz młode i łatwe do wyrwania dziewczyny.

środa, 28 stycznia 2026

Kochaj bliźniego swego jak...

 „Krew Tuluzy” – Maurice Magre

W zbeletryzowanej formie powieść opowiada o jednym z zapewne bardziej znanych, spektakularnych, bestialskich masowych mordów zainicjowanych i/lub dokonanych przez Kościół katolicki zwany Kościołem rzymskim, zachodnim lub rzymskokatolickim. Przy okazji przypomniało mi się, jak kiedyś w Licheniu kilkoro dorosłych polskich katolików wybałuszało oczy, jak żaba na piorun, gdy uświadomiłem im, że istnieją i działają inne jeszcze kościoły katolickie, że rzymski nie jest jedyny. Ale… mniejsza z tym.

„Krew Tuluzy” to wstrząsający opis krucjaty Francuzów przeciw Francuzom. Tym razem nie chodziło o obronę Grobu Świętego czy odbicie Jerozolimy gdzieś na drugim końcu świata, ale o eksterminację katarów zwanych też albigensami (od francuskiego miasta Albi), którzy głosili ideę ubóstwa, byli przeciwni gospodarczej hegemonii kleru, uznawali wojny za zło, twierdzili, że mężczyźni i kobiety są sobie równi itd. Za coś tak potwornego należało ich wszystkich, łącznie z kobietami i małymi dziećmi, po prostu wymordować.
Krucjata zakończyła się masakrą w Béziers, oblężeniem i zdobyciem Montségur – ostatniego bastionu oporu Katarów – oraz spaleniem przywódców katarów zwanych „doskonałymi”.

„Zło i nienawiść nie mogą znieść prawdy o sobie; pod wpływem słów giną jak upiory pod żelaznym ostrzem nekromanty. Przywołam umarłych i ja. Nie spoczną w pokoju, choć modlono się o to w kościołach. Pomimo psalmów i ceremonii powrócą do miejsc, w których dopuścili się niecnych czynów. Jest wśród nich de Montfort, wcielone zło, okryty swym gniewem jak zbroją. Jest hipokryta Fulk, wiecznie noszący pieprz pod paznokciami, aby móc płakać na zawołanie. Jest i Rajmund, który nie potrafił podjąć żadnej decyzji bez rzucania monetą. Oto ohydny Tankred z oślimi uszami i sowimi oczami, lubiący zadawać cierpienie, pyszniący się stworzonym przez siebie narzędziem tortur. Oto łysy Dominik oraz Innocenty w swej tiarze z pawimi piórami” [1].

Powieść zbudowana jest na faktach i pojawiają się w niej postacie historyczne, na przykład wspomniany w cytacie Tankred z Hauteville, jeden z przywódców krucjaty, Fulk z Neuilly francuski kaznodzieja i ksiądz z Neuilly-sur-Marne, który szczuł i nawoływał do krucjaty przeciwko katarom, Dominik Guzmán, święty Kościoła katolickiego, założyciel zakonu dominikanów, Innocenty III, papież w latach 1198-1216, który wyznawał pogląd, zgodnie z którym, będąc namiestnikiem Chrystusa na ziemi, stał między Bogiem a ludźmi, władając całym światem.
Głównym bohaterem powieści jest jednak postać fikcyjna, młody mnich, uczestniczący w ważnych wydarzeniach historycznych. Akcja zaczyna się około roku po rozpoczęciu przez Dalmasa Rochemaure nowicjatu w opactwie cystersów w pobliżu miasta Mercus. Co ciekawe, młody mnich wybrał tę drogę sam i raczej wbrew ojcu, który był znanym budowniczym katedr. Wydaje się, że stary Rochemaure, któremu zbawienie syna naprawdę leżało na sercu, nie uważał kariery zakonnej za moralnie czystą.

„Dla większości ludzi kościół był synonimem rozwiązłości oraz kupczenia odpustami i godnościami. Ta opinia nie była pozbawiona podstaw, ponieważ kler nie kwapił się do naśladowania pierwszych chrześcijan, została zapomniana tajemnica wiary. Kościół przesiąkł trucizną aż po korzenie, które zaczęły gnić. Władza i bogactwo zastąpiły pragnienie ubóstwa. Szatan zamieszkał w katedrach, kapłani przemawiali w jego imieniu, woda w chrzcielnicach i chleb Eucharystii przesiąkły złym duchem. Rzym był daleko, był jak wieża Babel, w której pod złowróżbnym krzyżem zasiadał na tronie Antychryst o kamiennym sercu” [2].

Ruch katarski miał w tamtych czasach znaczny wpływ i przyciągał do siebie ludzi z różnych warstw społecznych, zwłaszcza w znanym z tolerancji religijnej Hrabstwie Tuluzy. Rajmund VI z Saint-Gilles, hrabia Tuluzy, nie podejmował żadnych działań przeciwko katarom, więc w 1211 roku został zaatakowany przez krzyżowców z Szymonem z Montfort na czele, któremu papież powierzył dowództwo wojskowe w krucjacie.

Dalmas Rochemaure uciekł z klasztoru, a dzięki wstawiennictwu ojca, został przyjęty na służbę u Rajmunda VI. Obserwował z bliska życie i przekonania katarów oraz działania krzyżowców, co ostatecznie znacząco wpłynęło na zmiany w jego sposobie postrzegania ówczesnego świata w ogóle, a katolicyzmu w szczególności. Niewielka objętościowo powieść, zaledwie 165 stron, stanowi jego relację.






---
[1] Maurice Magre, „Krew Tuluzy”, przekład Arkadiusz Rączka, wyd. Totem Publisher, 2025, s. 6.
[2] Tamże, s. 45.




Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

niedziela, 25 stycznia 2026

ZSRR - twór wiecznie żywy

 „Polowanie” – Brian Haig

Powieść sensacyjna osadzona w realiach upadającego Związku Radzieckiego i na nich zbudowana. Jednak akcja dzieje się w większości w innych krajach, głównie w USA.

Młody rosyjski, a może jeszcze radziecki biznesmen, Aleks Koniewicz, geniusz matematyczno-gospodarczo-finansowy, zatrudnia na stanowisku szefa ochrony wszystkich swoich interesów i rodziny, byłego dyrektora KGB, Siergieja Golicyna. Tym samym wykazuje się głupotą i bezmyślnością tak wielką, że to wręcz porażające.

Golicyn zdradza Koniewicza, porywa go, wrabia w morderstwo, ograbia z całego majątku – przy wydatnej pomocy rządu i służb USA – torturuje, pakuje do więzienia itd. Fabuła dotyczy głównie rozlicznych działań Koniewicza, zmierzających do odzyskania… wszystkiego.

Powieść niezła, ale za długa i mocno przesadzona, choć podobno niektóre jej elementy zbudował autor na faktach.

środa, 21 stycznia 2026

Morderstwa w Pirenejach

 „Bielszy odcień śmierci” – Bernard Minier

Byłaby to całkiem niezła powieść sensacyjna, gdyby nie kilka mankamentów. Przede wszystkim jest za długa – przynajmniej o trzydzieści procent. Główny bohater negatywny jakoś mocno przypomina Hannibala Lectera. Historia, podobnie jak „Milczenie owiec”, nie zawiera definitywnego zakończenia. Wygląda to na chytry plan: jak odniesie sukces, to się dopisze ciąg dalszy. Nie wszystkie wątki zostają zamknięte/zakończone. Może problem w tym, że to debiut autora?

Rzecz dzieje się w zasypanych śniegiem Pirenejach, w niewielkich miasteczkach w dolinach. Pracownicy starej elektrowni wodnej, należącej do grupy kapitałowej Lombarda, znajdują na górnej stacji kolejki linowej powieszonego konia bez głowy. Koń, rasowy i bardzo drogi, należał do samego Lombarda, miliardera, potentata, człowieka o wielkich wpływach. Wkrótce jednak zaczynają ginąć także ludzie; ich ciała znajdowane są specyficznie ułożone – morderca inscenizuje miejsce czynu i zwłoki, co powinno być sygnałem dla śledczych, ale bardzo długo nie jest.

Śledztwo prowadzi, specjalnie sprowadzony z Tuluzy, komendant policji Martin Servaz, do spółki z kapitan (kapitanką?) żandarmerii, Irene Ziegler. Podobno we Francji to ewenement, żeby policja i żandarmeria wspólnie prowadziły jedną sprawę.

W tym samym czasie młoda psycholożka, Diane Berg, przybywa do wyjątkowego zakładu. W Instytucie, w Pirenejach, trzymani są najgroźniejsi mordercy z zaburzeniami psychicznymi, ludzie skrajnie niebezpieczni. Nie wszyscy oni są Francuzami. Instytut finansowany jest przez Unię, a jego pacjentami/więźniami są osoby z całej Europy, na przykład Szwajcar Hartmann. Nie ma możliwości, żeby wyszedł z wyjątkowo strzeżonego Instytutu, ale jednak jakimś sposobem jego DNA znaleziono przy zwłokach.

Dwa wątki niosły ze sobą spory potencjał – ogromna, a właściwie nieograniczona władza największych korporacji oraz temat przestępstw seksualnych dokonywanych przez zorganizowaną grupę – jednak Bernard Minier nie wykorzystał ich w pełni.

Mimo wszystko powieść czytało mi się nieźle, uważam, że autor ma spory potencjał, więc możliwe, że kiedyś jeszcze sięgnę po jakąś jego książkę.

sobota, 17 stycznia 2026

Dziwny ksiądz, dziwny katolik

 „Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą” –  Tomáš Halík

„Na dzisiejszym barwnym i hałaśliwym rynku towarów religijnych mogę niekiedy ze swoją wiarą chrześcijańską wydawać się bliższy sceptycznym i agnostycznym krytykom religii niż temu wszystkiemu, co się tam oferuje.
/…/
Tak, główną różnicę między wiarą a ateizmem dostrzegam w cierpliwości. Ateizm i religijny fundamentalizm oraz entuzjazm zbyt łatwej wiary są uderzająco podobne do siebie w tym, jak szybko potrafią uporać się z tajemnicą, którą nazywamy Bogiem – i właśnie dlatego wszystkie te trzy postawy są dla mnie jednakowo nie do przyjęcia” [1].

Mocne! Alfreda Hitchcocka zasada reżyserska i recepta na przyciągnięcie uwagi widzów: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać, sprawdziła się tu w pełni. Skoro ksiądz katolicki zaczyna od stwierdzenia, że ateizm i religijny fundamentalizm są do siebie podobne bardziej, niż mogłoby się to wydawać, to moją uwagę kupił na pewno.

Ten cytat ujawnia jednocześnie, choć w pewnym skrócie i uproszczeniu, o czym jest książka, czyli o braku ludzkiej cierpliwości wobec nieobecności Boga. Być może pozornej nieobecności, bo Bóg objawi się na pewno u kresu dziejów. Wtedy też da się poznać i może zrozumieć. Oznacza to, że tej cierpliwości potrzeba naprawdę sporo.
Tą specyficzną cierpliwość Tomáš Halík osadził na trzech filarach: wierze, nadziei i miłości.

„Nie mówię ateistom, że nie mają racji, ale że brak im cierpliwości; twierdzę, że ich prawda jest prawdą niedopowiedzianą” [2].

A teraz o tym, na czym opiera autor swoje przekonania, w jaki sposób je objaśnia. Otóż głównie na jednym zdarzeniu biblijnym i jednej osobie – na Zacheuszu.

Zacheusz, tylko przypomnę, bo katolikom jego historia oczywiście jest świetnie znana, był przełożonym celników. Oznaczało to człowieka z obrzeża – nie całkiem swój, nie do końca obcy (celnicy nie cieszyli się poważaniem innych Żydów). Zacheusz chciał zobaczyć Jezusa, ale będąc człowiekiem wyjątkowo niskiego wzrostu, nie mógł Go w tłumie dostrzec. Wdrapał się więc na morwę (w innych wersjach na sykomorę) i zerkał spośród gałęzi. Jezus kazał mu zejść i wprosił się do niego na kolację.

„Przemówić do Zacheusza może tylko ten, kto zna jego imię – zna jego tajemnicę. Ten, komu taki typ człowieka nie jest obcy, kto potrafi wczuć się w skomplikowane przyczyny jego nieśmiałości. Do Zacheuszów dzisiejszej epoki może się tak naprawdę przybliżyć tylko ten, kto sam był i w pewnym stopniu nadal pozostaje Zacheuszem” [3].

„Cierpliwość wobec Boga” to do pewnego stopnia zbiór esejów lub/i rozważań na temat Zacheusza, jego życia, postawy, dylematów. Choć epizod z Zacheuszem nie zajmuje w Biblii wiele miejsca, to jest ważniejszy, niż się to wydaje, bo to jakby ewangelia w pigułce. Misją Jezusa nie było ratowanie tych, którzy się dobrze mają, ale nawracanie, uzdrawianie, znajdowanie i przyjmowanie zagubionych czy pogubionych.

Książka wzbudzająca rozmaite uczucia i emocje. Raz to wesołość, raz złość, raz wzruszenie, raz życzliwość, innym razem wdzięczność… Trudno byłoby mi znaleźć dziesięć kartek, na których przynajmniej raz nie znalazłbym treści ważnych, do przemyślenia.

„Dojrzała wiara sprzyja dojrzewaniu sumienia, niedojrzała wiara nie ufa sumieniu i stara się go zastąpić jedynie mechanicznym posłuszeństwem wobec przedkładanych z zewnątrz nakazów i zakazów” [4].

Pozycja zdecydowanie warta uwagi dla wszystkich czytelników z otwartą głową, ale nie dla tych, którzy przekonani są, że już od dawna siedzą na kolanach Pana Boga i wszystko wiedzą lepiej. A może wierzących, bo to wygodne, że wszystko wie lepiej ich proboszcz…






---
[1] Tomáš Halík, „Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą”, przekład: Andrzej Babuchowski, Wydawnictwo: WAM, 2011, s. 7.
[2] Tamże, s. 11.
[3] Tamże, s. 21.
[4] Tamże, s. 165.

czwartek, 15 stycznia 2026

Opowiedz mi całe swoje życie

 „Fuga” – Wit Szostak

Osiem fug, więcej rozdziałów i narracji (bo jest fuga IIIa i IIIb, Va i Vb; ósma fuga jest niedokończona), jeden narrator: Bartłomiej Chochoł.

Podczas lektury przypomniało mi się „Sto dni bez słońca” tegoż autora i bohater, doktor nauk humanistycznych Lesław Srebroń, który kontaktu z rzeczywistością nie ma właściwie w ogóle, a swoją percepcję świata, życia i wszelkich zdarzeń opiera jedynie na własnych przekonaniach. Bartłomiej Chochoł wiele razy, w kolejnych fugach, zaczyna opowiadać o swoim życiu i wyraźnie widać, że z rzeczywistością zupełnie nie jest w stanie się pogodzić ani w pełni skonfrontować.

W jednej fudze Bartłomiej Chochoł jest tajnym, ostatnim królem Polski, raz dzieckiem, mieszkającym z dziadkami w starej krakowskiej kamienicy, innym razem przedstawia się jako zbieg, człowiek sukcesu, co nie do końca wiadomo, co znaczy, emeryt…

Już w połowie książki przyszło mi na myśl ważne pytanie, czy w ogóle jest możliwe opowiedzenie komuś całego swojego życia?

Niżej fragment, który stanowi ilustrację narracji.

„Nazywam się Bartłomiej Chochoł i muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Moja matka umarła rok temu. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Jedno wspomnienie chcę zachować. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę.
Pakuję do pudeł stare rzeczy. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat. Jedno wspomnienie chcę zachować. Moja matka umarła rok temu. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę.
Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Moja matka umarła rok temu. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat. Jedno wspomnienie chcę zachować.
Jedno wspomnienie chcę zachować. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Moja matka umarła rok temu. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat.
Moja matka umarła rok temu. Zostawiłem w domu szczęśliwą rodzinę. Jedno wspomnienie chcę zachować. Pakuję do pudeł stare rzeczy. Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem. Chodzę po domu, który pamiętam sprzed lat.
Muszę zlikwidować mieszkanie, w którym kiedyś żyłem.
Muszę zlikwidować mieszkanie, ale co to znaczy?
Muszę zlikwidować mieszkanie, tak się mówi. Ale co to znaczy? Spakować rzeczy? Wyrzucić wszystko? Sprzedać? Opustoszyć?
Muszę zlikwidować mieszkanie, ale co to znaczy? Nie chcę sprzedawać, nie teraz. Nie będę tu mieszkał. Nie chcę zostawiać muzeum, mebli nakrytych białymi prześcieradłami. Może to byłoby najlepsze? Zamknąć na klucz, niech się wszystko kurzy, i zapomnieć? Może”*.

Książka wartościowa głównie ze względu na filozoficzne przesłanie oraz język, to jest warsztat pisarski autora.




---
* Wit Szostak, „Fuga”, Fuga IV, wyd. Powergraph, 2019, konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

czwartek, 8 stycznia 2026

Nie oceniaj, jeśli tam nie byłeś

 „Ja łebków nie dawałem” – Jakub Szymczak

„A nie jest to zwykły sąd. Nie może skazać na więzienie, karę śmierci, grzywnę pieniężną. Może za to potępić. Wydalić ze społeczności żydowskiej. Dać naganę. Dla niektórych to o wiele gorsze niż śmierć”*.

Druga wojna światowa jeszcze trwała, gdy na wyzwolonych terenach, Centralny Komitet Żydów w Polsce powołał Żydowski Sąd Społeczny. Celem jego działania było (ewentualne) piętnowanie tych, którzy w czasie okupacji splamili się współpracą z Niemcami. Sprawy rozpatrywane przez Żydowski Sąd Społeczny, w pewnym sensie sąd honorowy, nie dotyczyły zwykłych przestępstw, którymi zajmowały się sądy zwyczajne, państwowe, ale spraw zasadniczych: dobra i zła, dopuszczalnej granicy walki o przetrwanie. Ten niespotykany nigdzie indziej sąd dysponował własnymi, szczególnymi rodzajami kar:
a) upomnienie,
b) nagana,
c) napiętnowanie,
d) zawieszenie w prawach na okres od jednego roku do trzech lat, oznaczające utratę prawa wybieralności i wybierania do instytucji samorządu żydowskiego,
e) wykluczenie ze społeczności żydowskiej.

Autor przedstawia w swojej publikacji głównie i obszernie sprawę Michała Weicherta, działacza Żydowskiej Samopomocy Społecznej (problem w tym, że tę organizację powołali do życia Niemcy), sprawę Wiery Gran (śpiewaczka, występująca w getcie), sprawę Szapsela Rotholca, znanego przed wojną boksera i żydowskiego policjanta, tzw. odemana, w getcie, oraz krócej wiele, wiele innych.

Na każde żądanie Niemców odemani byli zobowiązani dostarczyć na Umschlagplatz (niem. punkt przeładunkowy, tu: miejsce zgromadzenia Żydów wysyłanych z getta do obozu) określoną liczbę osób – liczono je zwykle „od łebka”, bo nie było ważne, czy są młodzi, czy starzy, kobiety, czy mężczyźni, dorośli, czy dzieci – i tak odjeżdżali zwykle do pieców krematoryjnych w jakimś bozie koncentracyjnym; liczyła się liczba sztuk. Podczas procesów przed Żydowskim Sądem Społecznym wszyscy lub prawie wszyscy odemani twierdzili, że tego rozkazu Niemców nie wypełniali, łebków na Umschlagplatz nie doprowadzali. Wydaje się to w oczywisty sposób niemożliwe, transporty przecież odjeżdżały, ale to nie jest i nie może być dowodem w sprawie konkretnej osoby. A świadkowie? Większość dawno straciła życie.

Zasygnalizuję jeszcze jeden problem w ocenie i sądzeniu spraw z czasów okupacji i gett.

„Nie udało mu się uciec, gdy likwidowano getto. Jego kryjówkę wykryto, natychmiast trafił do Auschwitz. Był sprytny, wciąż młody i sprawny. Znalazł sobie pracę. W jednej z fabryk w obozie był odpowiedzialny za nadzór nad suwnicą. Sam opowiadał później o tym, jak jeden z więźniów doprowadził do awarii i groziła mu śmierć. Chaskiel najpierw uprosił niemieckiego żołnierza, by nie zabijał tego więźnia, bo przyda się on do pracy, a następnie demonstracyjnie go skatował. Ale ocalił mu życie. Sam również dzięki pracy przeżył do końca istnienia obozu w Auschwitz”*.

Czy Chaskiel bił więźnia? – Owszem, tak.
Czy Chaskiel uratował więźniowi życie? – Owszem, tak.
A jeżeli umowy z Niemcem nie słyszał lub nie rozumiał żaden świadek ani zainteresowany więzień (bo może stał za daleko, może nie znał niemieckiego), to kto w tych warunkach zdecyduje, czy Chaskiel był bohaterem, czy kanalią i szują? Czyja wersja będzie się liczyć bardziej?

Tego typu dylematów opisanych jest w książce Szymczaka wiele. Żydowski Sąd Społeczny przy pierwszych swoich sprawach był niezwykle surowy, nawet jeśli sąd państwowy uwolnił oskarżonego od winy i kary. Szybko jednak jego członkowie stracili rezon i pewność siebie w szafowaniu wyrokami, bo wiele postaw i zachowań Żydów nie było ani proste, ani jednoznaczne. Czasy i warunki też odbiegały zdecydowanie od jakiejkolwiek normalności.

Publikacja nie jest może porywająca, ale dostarcza solidnej wiedzy o czasach, okolicznościach, postawach, wyborach Żydów wobec innych Żydów podczas wojny i okupacji.




---
Jakub Szymczak, „Ja łebków nie dawałem”, wyd. Czarne, rok 2022.

sobota, 3 stycznia 2026

Komuniści nie zapominają

 „Czternasta kolonia” – Steve Berry

Prezydent USA, Ronald Reagan, spotyka się potajemnie z papieżem Kościoła katolickiego, Janem Pawłem II. Rozmowa toczyła się w miłej i przyjaznej atmosferze i ostatecznie obaj przywódcy postanowili, że wspólnie zniszczą ZSRR, to jest Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Minęło wiele lat. W Ameryce za trzy dni ma zostać zaprzysiężony kolejny prezydent. ZSRR nie istnieje i wydaje się, że Federacja Rosyjska ma swoje własne problemy, więc Ameryką nie zajmuje się zupełnie. Nie dotyczy to jednak wszystkich Rosjan. Dawny agent KGB wysokiej rangi nadal nienawidzi zgniłego imperializmu, nadal wściekle nienawidzi niegdysiejszego głównego przeciwnika – Stany Zjednoczone. Co gorsze, ma też plan zemsty, który może się udać.

Głównym bohaterem jest agent Cotton Malone z jednostki specjalnej Magellan Billet. Problem, jeden z wielu, polega na tym, że w związku ze zmianą prezydenta (Daniels przegrał wybory), a więc i sporej części administracji, jednostka ta przestanie istnieć za kilka dni. Cotton Malone wydaje się jedyną osobą zdolną przeszkodzić komunistom w realizacji ich niecnych planów. Zaczyna od dalekiej Syberii.

W powieści jest też drugi znaczący wątek – tajemnicze Towarzystwo, które powstało ze dwieście lat wcześniej, zapiski jednego z członków i tajemnice amerykańskiej konstytucji, rozpatrywane przez autora-prawnika mocno za dokładnie.

„Czternasta kolonia” to jedenasty tom z cyklu „Cotton Malone”. Powieść nie jest może zła, ale też nie na tyle ciekawa, żebym starał się poznać resztę cyklu.

czwartek, 1 stycznia 2026

Jak odkryłem dwóch Childów

 „Obsydianowa komnata” – Lincoln Child, Douglas Preston

Żenująco naiwna i tak przesadzona lub przerysowana, że rodzi to niesmak. O takim drobiazgu, że jest to część dalsza czegoś tam, to już nie wspomnę. Dałem sobie spokój z tą historią mniej więcej w połowie. Kompletnie nie interesowało mnie, jak się ta urojona historia skończy.
Dlaczego sięgnąłem po tę książkę? Bo Lee Child pomylił mi się z Lincolnem Childem.