piątek, 25 września 2026

Współczesna baśń o karierze

 „Spowiedź tradera” – Gary Stevenson


Trader to taki spekulant giełdowy. Zwykle zawiera krótkoterminowe transakcje (i tym różni się od typowego inwestora) najczęściej, choć nie tylko, na szeroko pojmowanych rynkach finansowych.

„Spowiedź tradera” to specyficzny rodzaj autobiografii. Specyficzny, bo koncentrujący się głównie na budowie kariery zawodowej autora i jej konsekwencjach. Na przykład o swoich współpracownikach napisał Stevenson znacznie więcej niż o rodzinie.

Gary Stevenson był zwyczajnym dzieciakiem ze wschodniego Londynu. Od innych dzieciaków z biednych dzielnic różnił się tylko tym, że dobrze radził sobie na lekcjach matematyki, Ten przedmiot, liczenie, obliczenia, był jego mocnym punktem. Pochodził z, może nie tyle biednej, co niezamożnej rodziny. Jego ojciec pracował na poczcie, w domu nie było nawet prysznica; kąpał się używając kawałka ogrodowego węża.
Interesowała mnie jego opowieść, ale przede wszystkim szukałem w niej jakiegoś punktu zwrotnego, momentu, w którym los nastolatka diametralnie się zmienił. Od razu przyznaję, że nie w pełni mi się to udało. Podczas lektury napotkałem na pewne luki, jakby niejasności. Jednak nie jest wykluczone, że to po mojej stronie, nie znam systemu szkolnictwa w Wielkiej Brytanii, ale zwłaszcza panujących tam, pisanych i niepisanych, zasad. A może to jednak autor nie wszystko ujawnił…

W wieku dwunastu lat zacząłem sprzedawać cukierki w szkole, zarabiając marne pensy, a rok później zacząłem roznosić gazety przez 364 dni w roku za 13 funtów tygodniowo. W wieku szesnastu lat moja działalność handlowa w liceum stała się znacznie bardziej ryzykowna i bardziej nielegalna, a zarazem bardziej dochodowa [1].

Przypomniała mi się stara anegdota o milionerze i o tym, jak zdobył majątek. Bezdomny i bezrobotny włóczył się po ulicach i przeglądał śmietniki. W jednym znalazł całkiem dobre jabłko, ale zamiast je zjeść, zaniósł pod szkołę w bogatej dzielnicy i sprzedał jakiemuś dzieciakowi. Za zarobione pieniądze kupił trzy jabłka, które sprzedał… itd. Po miesiącu takiej pracy miał już stary dziecięcy wózek, którym woził jabłka. Zarabiał w ten sposób na jeden ciepły posiłek dziennie. A po sześciu miesiącach okazało się, że zmarł jego nieznany krewny i zostawił mu w spadku milion funtów. To tak w skrócie.
W książce Stevensona szukałem właśnie tego momentu, kiedy zmarł wujek milioner. Znalazłem pytania bez odpowiedzi.

…zostałem wydalony z liceum za handel narkotykami, a fakt, że przeniosłem się z prestiżowego liceum do zwykłego państwowego ogólniaka, rzucał się w oczy w moim cv, do którego dostęp miał Caleb, a zatem prawdopodobnie także Rupert [2].

Jakim cudem dzieciak z East Endu dostał się i kontynuował naukę w prestiżowym liceum? Dostać się mógł, teoretycznie, za osiągnięcia w matematyce, ale czy w Londynie prestiżowe licea są tak tanie, że stać na nie dzieci pracowników poczty?

Moja droga do parkietu giełdowego rozpoczęła się w London School of Economics (LSE). /…/ Pomimo takiego stosunkowo niepozornego otoczenia światowa elita z zadziwiającym entuzjazmem kieruje swoje potomstwo na tę uczelnię [3].

Jakim cudem dzieciak z East Endu dostał się i kontynuował naukę na prestiżowej uczelni? Dostać się mógł, teoretycznie, za osiągnięcia w matematyce, ale czy w Londynie, studia pożądane przez światową elitę, są tak tanie, że stać na nie dzieci pracowników poczty?

Autor, bohater, robi wymarzoną karierę, zarabia coraz więcej, ale też pojawiają się i z czasem narastają jego wątpliwości moralne. Zaczyna też ujawniać mroczne strony tego zawodu. To zresztą opisane jest na okładce. Swoją drogą Gary Stevenson to ciekawy człowiek, którego mentalność nie zawsze jest dla mnie zrozumiała. Przykład: kiedy otrzymał pierwszą premię, koledzy podpowiedzieli mu, że może powinien zrobić rodzinie jakiś prezent. Wykupił więc ojcu, namiętnemu kibicowi, abonament na telewizyjny kanał sportowy, i ojciec oglądał go codziennie. Kiedy jednak Gary wyprowadził się z domu rodziców, a zarabiał wtedy jeszcze więcej, zlikwidował ojcu ten abonament. Może to normalne w Wielkiej Brytanii, ale ja niezupełnie rozumiem takie posunięcie.

Ważnym walorem książki jest specyficzne poczucie humoru autora. Zwłaszcza gdy opisuje swój brak wiedzy i doświadczenia, ale też dziwactwa współpracowników. Jeden z nich był tak mało komunikatywny, że koledzy byli przekonani, że nie zna on języka angielskiego. Jakimś cudem jednak człowiek ten zarabiał dla firmy i siebie ogromne pieniądze. Zabawne bywają niektóre relacje z wypraw traderów z brokerami na lunch; często do drogich lokali. W jednym z nich autor zaczął jeść surowego kurczaka, bo nie wiedział, co się z tym daniem robi.

Ostatecznie uważam „Spowiedź tradera” za dobrą rozrywkę, choć to ponad pięćset stron, ale jak zostać milionerem w trzy lata, jednak się nie dowiedziałem. Matematyka, niezbędna by zrozumieć ideę pracy tradera, zrozumiała.





---
[1] Gary Stevenson, „Spowiedź tradera”, przekład Krzysztof Kurek, Zysk i S-ka, 2026. s. 20.
[2] Tamże, s. 76.
[3] Tamże, s. 24.


Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz