wtorek, 17 sierpnia 2010

Symantec - dobra firma

Symantec, czyli… co różni firmę od działalności gospodarczej pana Kazia?

Teoretycznie wpis do ewidencji działalności gospodarczej w sensie formalno-prawnym tworzy firmę, jednak rozumianą tylko jako nazwa przedsiębiorcy. Chyba nigdzie na świecie – poza byłymi demoludami – nikomu, kto właśnie zarejestrował działalność gospodarczą, nie przyszłoby do głowy twierdzić, że jest właścicielem firmy. Zarejestrowanie działalności zajmuje przeciętnie kilka godzin. Stworzenie firmy – najczęściej wiele lat.

Firma od zarejestrowanej niedawno działalności gospodarczej różni się ugruntowaną i od dawna ustabilizowaną pozycją na rynkach. Firma, to wypracowane przez lata kontakty biznesowe, pewny rynek odbiorców i nabywców, pełny pakiet zamówień, stabilna polityka finansowa, kadrowa…

Firma to Ford, Paramount, Microsoft, Rolex, Dr.Martens, Google, Winiary, Wedel, Adam Opel. W Polsce powolutku staje się firmą na przykład Allegro czy Gołębiewski. Podałem przykłady znane, ale faktem jest, że firma nie musi być rozbudowanym, międzynarodowym kolosem. Bywają niewielkie firmy działające na terenie jednego tylko kraju, landu, stanu, gminy itp. Firmę tworzy nie wielkość, ale jakość, rzetelność, zaufanie, stabilizacja i… czas.

Co jeszcze różni działalność gospodarczą Mirosława Nowaka, albo Jerzego Kowalskiego (firmy „Mirex” i „Jurex”?*) od firmy we właściwym tego słowa znaczeniu? Podejście do klientów; wypracowana polityka, także wobec tych zwyczajnych, detalicznych, nie tylko wielkich, strategicznych i korporacyjnych.

Dwa tygodnie temu miałem okazję kontaktować się z firmą Symantec, która jest właścicielem takich marek, jak Norton Antivirus, Norton Ghost i wielu innych.
Zaczęło się od tego, że kiedy po reinstalacji systemu operacyjnego instalowałem program Norton Internet Security, otrzymałem komunikat, że wyczerpał się limit dostępnych aktywacji tego produktu. Mówiąc delikatnie – krew mnie zalała z wściekłości. Jestem wolnym człowiekiem w wolnym kraju i żaden Symantec nie będzie mi dyktował, ile razy wolno mi zainstalować sobie system, a tym samym oprogramowanie antywirusowe, które, co oczywiste, trzeba następnie aktywować kluczem/numerem produktu. Jak mi się zachce, to mogę coś takiego robić trzy razy dziennie po jedzeniu i nikomu nic do tego – w końcu zapłaciłem! Ziejąc ogniem zadzwoniłem do polskiego oddziału firmy Symantec.

Spokojna, przyjaźnie nastawiona pani (wyraźnie kontrastowało to z moją postawą) sprawdziła zapisy na moim koncie klienta i przyznała, że faktycznie, program jest przewidziany do użytku na trzech komputerach, więc zakłada się, że będzie aktywowany trzy razy. Ja w tym momencie próbuję aktywować go po raz czwarty, więc zadziałały jakieś wewnętrzne zabezpieczenia w Symantecu. Pani dodała też, że jak tylko podam jej klucz produktu, zaraz i od ręki przydzieli mi nowy numer aktywacyjny.

Rozjuszyłem się jeszcze bardziej i zapytałem, jak ona to sobie wyobraża – licencja jest dwuletnia, zostało z niej jeszcze ponad czterysta dni, a ja teraz do końca tego okresu, przy każdej instalacji mam dzwonić na swój koszt do nich i prosić o nowy numer? Chciałem dorzucić jakieś złośliwe insynuacje na temat tajnej umowy z Telekomunikacją Polską SA i dzielenia się zyskami z takich telefonów (połączeń), ale na szczęście się powstrzymałem.

Ostatecznie podałem jej ten klucz produktu, bo i co było robić. Wtedy dowiedziałem się, że klucz jest piracki (skradziony?), nielegalny i zarejestrowany na użytkownika w New Hampshire, USA. Ta wiadomość wprawiła mnie w osłupienie. Uszła ze mnie cała para i po dłuższej chwili milczenia zapytałem tylko bezradnie, co ja mam teraz zrobić w związku z tym? Nie mogłem pozbierać myśli. Nie mieściło mi się w głowie, że można oficjalnie oferować i sprzedawać coś takiego. Właśnie! Oficjalnie, bo przecież nie na targowisku, czy w bramie!

W dalszej rozmowie przyznałem, że na Allegro kupiłem program w wersji ESD (licencja elektroniczna) i klucz licencyjny otrzymałem e-mailem. Po co mi pudełko i dodatkowe koszty wysyłki – tłumaczyłem niezbyt składnie. Pani, nadal uprzejmie i życzliwie wyjaśniła, że według jej rozeznania większość, jeśli nie wszystkie, takie licencje (klucze) sprzedawane na Allegro są nielegalne, pirackie, kradzione, podrobione. Że pewność można mieć co do wersji box, a i to nie zawsze. Najlepiej kupować klucz bezpośrednio od Symanteca.

Jak sytuacja potoczyła się dalej? Bo był też i ciąg dalszy, z którego widać, słychać i czuć, czym różni się… hm… „firma” (np. zarejestrowana niedawno działalność gospodarcza) od prawdziwej FIRMY. Niech to będzie rodzaj zagadki, quizu dla czytelników. Podaję dwie wersje do wyboru i proponuję zgadnąć, która z nich jest prawdziwa i faktycznie dotyczyła firmy Symantec.

1. Zostałem potraktowany nieomalże jak oszust, kanciarz i grożąc mi różnymi śledztwami, dochodzeniami, karami itp., zażądano ode mnie opłaty za program, informując przy tym, że to, że się dałem oszukać na Allegro, to nie jest ich wina ani problem i żebym sobie sam ścigał sprzedawcę i dochodził sprawiedliwości na własną rękę.

2. Zaproponowano mi, abym wykazując, że działałem w dobrej wierze, podesłał im e-mailem kopię faktury, paragonu, czy jakiegoś innego dowodu sprzedaży (zakupu), a kiedy to zrobiłem, sprezentowano mi nowy, oryginalny program ważny jeszcze 365 dni.

I cóż? Na którą wersję stawiacie w przypadku Symanteca? :-)


---
* Imiona, nazwiska, nazwy firm, oczywiście zmyślone, przykładowe, bez związku z ewentualnie faktycznie istniejącymi osobami.


niedziela, 15 sierpnia 2010

Nudne spiski i spiskowcy

„Największe spiski ostatniego stulecia” – Jonathan Vankin, John Whalen

Zbiorek kilkudziesięciu domniemanych spisków czasów współczesnych. Nie znajdziemy więc tu templariuszy, czy różokrzyżowców, choć masoni i iluminaci przewijają się gdzieś w tle. Historie bardziej znane, to na przykład zamachy na Fidela Castro, tajemnica śmierci Marylin Monroe, Jima Morrisona, Johna Lennona, Johna Kennedy’ego, spekulacje na temat Kuby Rozpruwacza, masakry w Jonestown, oszustw wyborczych i wiele innych. I w tym właśnie jest problem – opisanych spraw jest po prostu zbyt dużo i automatycznie są one potraktowane bardzo pobieżnie, ogólnikowo i… nieciekawie.


niedziela, 8 sierpnia 2010

Wielkie rozczarowanie

Na początek dygresja. Każdy chyba widział, albo czytał jakiś film czy książkę szpiegowską. Elementem fabuły jest tam zwykle tajne przekazywanie informacji, bo zdobyć pilnie strzeżone dane to oczywiście podstawa, ale jeszcze trzeba je jakoś przekazać swoim mocodawcom i „nie wpaść” przy tym. Są więc w tych filmach/książkach radiostacje, nasłuchy, szyfry, skrzynki i lokale kontaktowe, jakieś przekazywanie teczek pod stołem w barze itd. itp., w każdym razie wiadomo, o co chodzi.

Każdy przeciętnie inteligentny człowiek powinien sobie w tym momencie zadać proste pytanie: po co te wszystkie cudaczne kombinacje? Przecież konstytucja każdego cywilizowanego kraju gwarantuje obywatelom nienaruszalność korespondencji. Czy zamiast tych karkołomnych ewolucji nie prościej napisać list? Albo zwykłą kartkę pocztową z informacją: „Tu J-23 uprzejmie donoszę, że…” opatrzoną podpisem zawierającym imię, nazwisko i inne dane adresowe. Korespondencja jest tajna, a więc takiej wiadomości nikt nie może przeczytać poza adresatem i nadawcą, a gdyby jakiś listonosz, niechcący, fragment przeczytał, to musi natychmiast o nim zapomnieć i zgłosić się do ukarania, za naruszenie konstytucji. W każdym razie, w ten sposób zdobytej informacji w żaden sposób wykorzystać nikomu nie wolno.

Głupie? No oczywiście, że głupie! Jeśli nadal szpiedzy wszelkiej maści przekazują informacje w sposób utajniony, to oznacza tylko, że cała ta tajemnica korespondencji jest iluzją.
A jeśli ktoś wierzy (oj naiwny, naiwny…), że po zjednoczeniu Europy i upadku „komuny” wywiad przestał istnieć, to niech sobie w miejsce szpiegów podstawi przestępców, którzy korespondencyjnie uzgadniają szczegóły skoku na bank.


Wielkie rozczarowanie – rzecz o anonimowości w Internecie


Internet pojawił się w moim domu wraz z systemem Windows 98, a więc dość dawno temu. Wtedy, zarówno ja, jak i zdecydowana większość moich znajomych, zdawaliśmy sobie świetnie sprawę, że prawdopodobnie Microsoft (i nie tylko) wie, kto używa pirackiego oprogramowania, ale wiedzy tej w żaden sposób nie może wykorzystać przeciwko nam, nie przyznając się jednocześnie – jak w przykładzie z tradycyjną pocztą – do łamania konstytucji, czy innych przepisów danego kraju.

Korzystaliśmy wtedy powszechnie z Usenetu (grup dyskusyjnych) i wiedzieliśmy, że wszystko, co piszemy zostaje na serwerach – jeśli nie na zawsze, to na bardzo długo. Analogicznie było z pocztą e-mail, forami dyskusyjnymi itd. Były to sprawy tak oczywiste, jak to, że Urząd Skarbowy wie jakie mam dochody i z jakich źródeł, że ZUS wie, na co chorowałem, fryzjerka wie, że mam łupież, sprzedawczyni z pobliskiego sklepu wie, jakie pieczywo lubię, bank wie, co kupuję i gdzie byłem w określonym czasie (płatności kartą, bankomaty), sąsiadka wie, jakiej muzyki słucham, pani na poczcie wie kto pisze do mnie i komu ja odpisuję, NFZ wie, że mi pryszcz na tyłku wyskoczył… Tak można w nieskończoność i to bez podłączenia do Internetu.

Kilka lat później wydarzyło się coś niezrozumiałego – kolejni użytkownicy komputerów nagle i nie wiedzieć na jakiej podstawie uroili sobie, że będą w Internecie anonimowi. Być może (to tylko moja spekulacja) tę naiwną wizję anonimowości zrodziła, jako kuriozalny skutek uboczny, ustawa o ochronie danych osobowych, ale pewności co do tego nie mam.
W każdym razie przekonanie o anonimowości w Internecie jest tak absurdalne, tak dziecięco naiwne, jak poczucie bezpieczeństwa podczas wysyłania meldunków szpiegowskich na kartkach pocztowych z prawdziwym adresem nadawcy.

Znowu minęło kilka lat. Przez Polskę przetacza się obecnie fala rozczarowania, żalu, zawodu. Ludzie najwyraźniej niezbyt dojrzali, choć w różnym wieku, zachowują się jak zawiedzione dzieci, którym ktoś odbiera wiarę w świętego Mikołaja, albo podwórkowe przekonanie, że jak założą maskę Zorro, to już nikt ich w piaskownicy nie rozpozna. Pryska złudzenie, że w tym Internecie to będzie sobie można zupełnie anonimowo – czytaj: bezkarnie – hasać do woli.

Od zawsze chodzę w butach firmy Dr Martens. Kiedyś wiedzieli o tym sprzedawcy w sklepach z butami, teraz wie także Bill Gates, Sergey Brin i Larry Page. I co z tego? Ano to, że następnym razem zobaczę pewnie na monitorze reklamę „martensów”, a nie na przykład biustonoszy. A to świnie! Jak mogli mi to zrobić?!

W systemie Allegro zapisane są numery moich kont bankowych. No i co w związku z tym? Chyba tylko to, że ktoś może mi wpłacić pieniądze na konto, bo przecież wypłacić bez mojej autoryzacji nie jest w stanie. A jeśli jest, to oznacza, że złamane zostały zabezpieczenia banku i jest to problem banku i jego ubezpieczeń, a nie mój.
A jeśli już mowa o bezpieczeństwie, to bardziej niż skomplikowanych przedsięwzięć hackerskich bałbym się czegoś zdecydowanie prostszego i na naszą miarę – napadu pod bankomatem. Przypadek autentyczny: do pani w średnim wieku stojącej przy bankomacie, podchodzi pan, przykłada nóż do żeber, każe włożyć kartę i wystukać PIN. Ot i cała filozofia! A bardziej niż kradzieży tożsamości internetowej obawiałbym się zgubienia, albo kradzieży dowodu osobistego – moja żona coś takiego przeżyła, więc wiem, co to jest za heca, kiedy ktoś na cudzy dowód bierze pożyczki, albo robi zakupy na raty.
Oczywiście wszystko to nie znaczy, że w Internecie można zachowywać się zupełnie bezmyślnie i rozdawać wszystkie informacje o sobie każdemu i przy każdej okazji. Albo i bez okazji.

Dostęp do Internetu daje niesamowite korzyści i wygodę. Poza abonamentem, trzeba za to „zapłacić” kolejnym obniżeniem poziomu anonimowości, który i tak od dawna był już właściwie tylko iluzją. Ludzie dorośli i dojrzali zdają sobie sprawę, że zawsze jest coś za coś. Czegoś za nic, oczekują małe dzieci.
Poza tym warto się może zastanowić, co takiego chcemy robić w Internecie, że aż tak bardzo boimy się lub wstydzimy ujawnienia swoich poczynań?

Na koniec zwolennikom anonimowości i tajności podpowiem tylko, żeby rozważyli rezygnację z telefonów komórkowych, bo dzięki tym urządzeniom ich operator zawsze wie, gdzie się aktualnie znajdują. I na pewno ich śledzi.
Poza tym wizytówki – dla zachowania anonimowości i bezpieczeństwa radziłbym umieszczać na nich tylko nieprawdziwe dane.


piątek, 23 lipca 2010

Narkoman po godzinach

„Moja heroina: Świadectwo psychiatry” – Maciej Kozłowski

Od wielu lat problematyka uzależnień jest jednym z moich hobby. Oznacza to między innymi, że czytam na te tematy wszystko, co mi tylko wpadnie w ręce – właściwie bez względu na poziom publikacji. Z tego względu moja ocena książki Macieja Kozłowskiego może się mocno różnić, od oceny kogoś, kto z uzależnieniami, uzależnionymi i tekstami na te tematy w zasadzie nie ma kontaktu, albo sporadyczny. W każdym razie „Moja heroina” wydaje mi się pozycją szczególną. Jest zarówno typowym „narkorysem” (opowieścią narkomana o sobie, jak na przykład „My, dzieci z Dworca ZOO”, albo „Pamiętnik narkomanki”), jest analizą uzależnienia dokonaną przez psychiatrę, który pracował w lecznictwie odwykowym, jest oceną stanu polskiego lecznictwa odwykowego, jest wreszcie książką napisaną przez narkomana, który w zasadzie nie osiągnął trwałej abstynencji i nadal, co pewien czas, wraca do ćpania.

W „Mojej heroinie” jest całe mnóstwo elementów, z którymi w pełni się zgadzam, choćby dlatego, że znajdują one potwierdzenie w innych książkach, albo pozytywnie weryfikowane są przez moich znajomych narkomanów. Z dwoma przekonaniami autora jest mi się zgodzić dość trudno.
Po pierwsze, uważa on, że narkomania niszczyła tylko i wyłącznie jego samego i jego rodzinę, oszczędzając innych ludzi, co oznacza, że nigdy nie popełnił błędu lekarskiego, ani w stanie nietrzeźwości nie badał i nie leczył pacjentów.
Po drugie, odnoszę wrażenie, że przynajmniej częściowo, odpowiedzialnością za nawroty obarcza on środowisko narkomana (rodzinę, szefa, współpracowników), które wymaga od niego postaw, zachowań, działania itp., którym ten nie jest w stanie sprostać.
Czy jest to realne? Na te pytania każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam.

Poza tym niewątpliwie warte uwagi są treści, których fragmenty przedstawiam niżej.

„Przed wieloma już laty przeszedłem szkolenia dla terapeutów, których poziom oceniałem bardzo wysoko. Po ich ukończeniu miałem szczęście trafić na odpowiednie miejsce pracy. Szef kliniki wysłuchał wpojonych mi poglądów i nie krytykował ani nie usiłował mnie przekonywać. Wiedział, że padłem ofiarą ideologii i z pewnością czuł, że nie chcę nikomu szkodzić. Spokojnie przyniósł gruby amerykański biuletyn poświęcony uzależnieniom. Pamiętam tytuł: »Alkoholizm – współczesny stan wiedzy«. Poprosił, abym na zebranie pracowników kliniki przetłumaczył wnioski zawarte w ostatnim rozdziale. Po tygodniu cała wbita mi do głowy konstrukcja dogmatów i mitów runęła w gruzy. Dwudziestu najwybitniejszych na świecie profesorów – znawców zagadnienia mówiło »nie wiadomo« lub »nie sprawdzono« tam, gdzie nasi terapeuci po trzymiesięcznych kursach wiedzieli, sprawdzili i nauczali innych. Nie zakładam złej woli terapeutów, lecz trudno mi w tej sprawie ukryć swoją krytyczną opinię.
[…]
Już samo twierdzenie: »Wszystko zależy od motywacji pacjenta«, jest niepokojące, bo oznacza, że lekarz lub terapeuta nie czują się w najmniejszym stopniu odpowiedzialni za jego los”.

„Najczęściej słabością poradnictwa jest brak świadomości własnej niekompetencji wśród personelu, który między innymi przyjmuje formę niechęci do zmiany poglądów i postaw”.

„Często mawia się, że uzależnienia są chorobami przewlekłymi, nieuleczalnymi i śmiertelnymi. Jak pogodzić tę tezę z licznymi faktami samoistnych remisji albo sporadycznie zdarzającymi się powrotami do możliwości picia alkoholu w sposób umiarkowany i bez popadania w ciągi? Wielu terapeutów neguje istnienie tych zjawisk tylko dlatego, że nie pasują do ich poglądów albo by pacjentom ułatwić pogodzenie się z nieodwracalną utratą kontroli nad własnym życiem (co dotyczy prawie wszystkich alkoholików)”
.


środa, 21 lipca 2010

Jak nie urok, to sraczka

„Lot Komety” – Anna Onichimowska

Dawno, dawno temu Onichimowska napisała książkę „Hera moja miłość”. „Lot Komety” jest kontynuacją losów jej bohaterów, zwłaszcza Jacka. Trochę naiwna, wyraźnie pisana na społeczne zamówienie, jako żywo przypomina mi powiedzenie „jak nie urok, to s… hm… to przemarsz wojsk”.

Jacek i Ala (Kometa) poradzili sobie z narkotykami, ale natychmiast, jak diabeł z pudełka pojawiło się nowe zagrożenie – sekta. Wszyscy wokół, z czytelnikami włącznie, widzą, że sekta jest be i fuj, ale oczywiście do Komety i matki Jacka to nie dociera, więc obie pakują się w poważne kłopoty.
Wszystko rzecz jasna kończy się tak, jak w opowiadaniu dla dzieci kończyć się powinno, choć dramatycznych momentów, z niezawinioną śmiercią włącznie, jest w nim pod dostatkiem.

Myślę jednak, że czytelnikom płci obojga, w wieku do lat trzynastu, może się to podobać.


sobota, 17 lipca 2010

Powtórka z naszej historii

„Obiady przy świecach” – Jan Józef Szczepański

Zbiór jedenastu opowiadań (zebranych i wydanych już po śmierci autora), których akcja rozgrywa się zwykle w okresie drugiej wojny światowej, albo w czasie kilku lat następnych. Nie doszukałem się, kto dokonał wyboru, ani na jakiej podstawie, ale mam wrażenie, że nie było to działanie przypadkowe, a wręcz przeciwnie – w takim, a nie innym wyborze tkwi pewien klucz. Czy go odkryłem? Nie wiem… Może…

Opowiadania Szczepańskiego, choć dotyczą czasów sprzed pół wieku, poruszają tematy zadziwiająco aktualne i dziś. A może aktualne… znowu? Łatwo takie odniesienia znaleźć w opowiadaniu o Nikiforze, o Conradzie, w liście do Stryjkowskiego, wreszcie w opowiadaniu „Biwaki”:

„Podejrzewam również, że wśród ideologów i reformatorów nie brak takich, którzy liczą po cichu na to, że oszczędzona im będzie konfrontacja z ich ucieleśnionymi wizjami”.

A ja się zastanawiam, ilu ludzi zaciekle walczyło z „komuną”, by potem szybciutko wyemigrować do Niemiec, Holandii, czy gdziekolwiek indziej, by się tylko zbyt blisko nie zetknąć z owocami swojego… zwycięstwa.

Opowiadań Szczepańskiego nie czyta się łatwo. Zmuszają do uwagi, zastanowień, przemyśleń.


czwartek, 8 lipca 2010

Pancerni z Wehrmachtu

„Towarzysze broni” – Sven Hassel

Sven Hassel – Duńczyk, wyemigrował do Niemiec i na ochotnika zgłosił się do niemieckiej armii. Po próbie dezercji (podczas inwazji na Polskę) skierowany do służby w karnej jednostce Wehrmachtu. O swoich „przygodach” na prawie wszystkich frontach, napisał kilkanaście książek. Ranny osiem razy.

Czemu „przygody” umieściłem w cudzysłowie? Trudno nazwać przygodą pasmo morderstw, popełnianych nie tylko bez mrugnięcia okiem, ale i z wyraźną przyjemnością oraz koszmarnego wręcz okrucieństwa.

Bohaterowie większości książek Hassela, także i tej, to: Joseph Porta, Wolfgang Creutzfeld (ogromny psychopata zwany Małym), Willie Beier (Stary), Alfred Kalb (Legionista), Julius Heide i narrator Sven. Tym razem ranni trafiają na leczenie i rekonwalescencję w hamburskim szpitalu, przeżywają dywanowe naloty aliantów, wracają do swojej jednostki, przeżywają załamanie się frontu wschodniego.

„Towarzysze broni” w pewnym sensie przypominają Czterech Pancernych – niby należą do jakiejś armii, niby wykonują czyjeś rozkazy, niby działają w ramach jakichś operacji, ale w rzeczywistości oni są najważniejsi i nie liczy się nic innego, jak ich wygoda, bezpieczeństwo, przeżycie, zaopatrzenie.

Niezła lektura – pod warunkiem że czytelnik jest odporny na wyjątkowo brutalne, nawet kliniczne, opisy zabijania, gwałcenia, umierania i śmierci zadawanej na sto sposobów.


wtorek, 6 lipca 2010

E-booki i inne wynalazki

E-booki, audiobooki… ślepa uliczka, czy nieodkryty jeszcze potencjał?

„Dziś umarło malarstwo!” - tymi słowy wybitny malarz Paul Delaroche, członek Akademii Francuskiej i profesor w École des Beaux-Arts w Paryżu, skomentował swoje odwiedziny w pracowni Louisa Jacquesa Daguerre'a, gdzie po raz pierwszy zobaczył dagerotypy (choć nie jest to zupełnie ścisłe, Daguerre'a uznaje się za wynalazcę fotografii).
Uznawany za pierwszy w historii film „Wyjście robotników z fabryki” braci Lumière z 1895 roku miał być początkiem końca teatru i opery.
Sztuki plastyczne, w tym malarstwo, nie umarło po wynalezieniu fotografii. Jak widać. Całkiem nieźle, mimo rozpowszechnienia sztuki filmowej, kin i telewizji, ma się też teatr i opera. Owszem, są to dziedziny sztuki odrobinę elitarne, a nawet cechuje je pewien ekskluzywizm, ale dwieście lat temu też nie były adresowane do fornali i parobasów.

Uzbrojony w takie doświadczenia z pobłażliwym uśmiechem słuchałem przepowiedni na temat rychłego upadku księgarń, bibliotek, wydawnictw, bo przecież papierowe książki miały rzekomo trafić na śmietnik historii po zaistnieniu e-booków (stosuję tu dość szeroką definicję książki elektronicznej, nie koncentrując się na tym, czy zaczyna się ona od formatu .doc, czy może dopiero od .pdf).

W każdym razie bardzo szybko okazało się, że różnic jest chyba jednak więcej, niż się wydawało:

• Papier odbija światło natomiast ekran monitora sam jest zwykle źródłem emisji światła. Zmienia to w sposób istotny naturę kolorów i właściwości kontrastów.

• Bardzo przeciętna drukarka laserowa drukuje z rozdzielczością ok. 600 dpi (punktów na cal). Dobrej jakości czasopisma ilustrowane przekraczają 2000 dpi. Mój ostatni monitor kineskopowy (CRT), najzupełniej przeciętny w swojej klasie, wyświetlał 96 punktów na cal. Po rozpowszechnieniu technologii wyświetlaczy ciekłokrystalicznych (LCD) sytuacja nieco się poprawiła, ale chyba nie aż tak, jak tego oczekiwano. Rozmaite czytniki e-booków też sytuacji jak dotąd nie zmieniły w sposób istotny.

• Pozycja, w jakiej czytamy (dotyczy to oczywiście tylko tych niewielu osób w Polsce, które w ogóle książki czytają). Okazuje się, że do pracy przy komputerze, a nawet do grania, przyjmujemy zwykle zupełnie inną pozycję, niż przy czytaniu.

Do zwolenników nowych technologii dotarło wreszcie, że tekst na ekranie monitora czyta się z dużym trudem, co oznacza, że w jednostce czasu jesteśmy w stanie przeczytać mniejszą ilość tekstu, gorzej go rozumiemy, mniej zapamiętujemy i z większym trudem przyswajamy wiedzę przekazaną w ten sposób.

Mam w swojej kolekcji przynajmniej sto e-booków, od podręczników do informatyki po literaturę piękną. Mijają lata, zmieniam komputery i za każdym razem pieczołowicie przenoszę na nowy dysk swoje zbiory. Tylko, że w zasadzie nie wiem, po co. Może z sentymentu? Może szkoda mi tych niewielkich pieniędzy, które kiedyś wydałem? Przecież wiem, że ich czytać nie będę, a więc…? Dwa razy z wielkim zapałem i determinacją podchodziłem do czytania jakichś e-booków z ekranu, ale doprowadziłem dzieło do końca tylko raz i chodziło raczej o broszurę (ok. 70 stron), a nie książkę z prawdziwego zdarzenia. To była mordęga! Delikatnie mówiąc.
Rozumiem, że dzieci mogą przeczytać z monitora „Naszą szkapę”, czy „Janka Muzykanta”, ale nie spotkałem dotąd osobiście nikogo, kto byłby w stanie przeczytać w ten sposób dzieło formatu choćby Trylogii Sienkiewicza, że o obszerniejszych i poważniejszych nie wspomnę.

Oczywiście e-booka można sobie wydrukować. No, niby tak, ale… kiedy jeszcze miałem drukarkę atramentową i robiłem kalkulację takiego przedsięwzięcia, wyszło mi, że kosztowałoby mnie to co najmniej 20% drożej, niż kupno książki w księgarni. Warto też pamiętać, że w efekcie miałbym stos luźnych kartek, albo niewygodnych w obsłudze, albo wymagających kolejnych nakładów finansowych na bindowanie, czy inną oprawę.

Kolejnym epokowym wynalazkiem wydawał się papier elektroniczny, e-papier, ale jak dotąd (począwszy od LIBRIé, pierwszego chyba komercyjnie dostępnego urządzenia), nadal i wciąż, są to raczej czytniki książek elektronicznych (e-booków), a chwytliwa nazwa to jedynie marketingowy eufemizm.


Minęły lata, na rynku pojawiły się audiobooki, czytane przez profesjonalistów ze znakomitą dykcją, i wydawało się, że to jest wreszcie TO. W każdym razie początkowy entuzjazm był wielki.
Przyniosłem do domu cały stos audiobooków i natychmiast rzuciłem się testować nowy wynalazek. Puściłem pierwszą z brzegu płytę, była to – dobrze pamiętam – „Moskwa Pietuszki” i… po czterech minutach zorientowałem się, że nie wiem, o czym mowa. Puściłem nagranie od początku, później jeszcze raz… tak czy owak gubiłem się najdalej po 20 minutach. Wpadłem wtedy na genialny pomysł, że na początek to ja spróbuję z książką, którą już od dawna dobrze znam, pamiętam, lubię. Tak też zrobiłem i faktycznie, tym razem dopiero po półgodzinie zorientowałem się, że nie śledzę treści i w ogóle myślę o czymś innym.

Zacząłem szukać ludzi, którzy słuchają audiobooków. Nawet trzech znalazłem, i owszem, ale wszyscy trzej przyznawali, że robią to tylko prowadząc auto na dalekich trasach i w zasadzie raczej słuchają książek, które już kiedyś czytali, albo dowcipów, bo dzięki temu konieczność przeniesienia uwagi na coś innego, na przykład sytuację na drodze, nie powoduje, że zupełnie tracą wątek*.

Wtedy dopiero „przypomniało mi się” coś, o czym wiem przecież doskonale od pół wieku: jestem wzrokowcem, zmysłem dominującym jest u mnie wzrok; podobnie jak w przypadku ogromnej większości ludzi. Słuchowców jest bardzo niewielu, zresztą łatwo ich rozpoznać – to ci, którzy na wykładach nie potrzebują robić żadnych notatek. Cała reszta uczy się właściwie dopiero wtedy, gdy czyta swoje, albo cudze, notatki. Wzrokowcom przyswajanie treści ze słuchu przychodzi opornie, z problemami, mają trudności z koncentracją i zrozumieniem, zwłaszcza dłuższych tekstów.
Ja rozumiem specyficzne problemy ludzi niewidzących, dla nich pewnie audiobooki są dobrodziejstwem. Ale czemu ja miałbym się słuchaniem książek dręczyć? Kierowcą tira też nie jestem, więc… no, po co?


Czy w takim razie książki elektroniczne i cała koncepcja tego typu publikacji zabrnęła w ślepą uliczkę i jeśli w ogóle przetrwa, to jedynie w jakimś marginalnym zakresie? Bez znaczącego skoku technologicznego wydaje się, że tak właśnie jest. Ja nawet potrafię wyobrazić sobie warunki, jakie musiałyby zostać spełnione, abym wolał książkę elektroniczną od tradycyjnej:
1. Format zbliżony do zwykłej książki, ale o mniejszej masie (wadze, ciężarze). Nie gorsza trwałość i wytrzymałość.
2. „Obsługa” nie bardziej skomplikowana, jak w przypadku tradycyjnego podręcznika z bibliografią, przypisami, indeksem, spisem treści itd.
3. Komfort czytania (czytnik nie męczący wzroku i nie wymagający jakieś specjalnej koncentracji uwagi) co najmniej taki, jak w przypadku książki tradycyjnej, albo lepszy, bo jak ma być taki sam, to po co zmieniać?
4. Cena w znaczący sposób niższa, niż książki tradycyjnej, papierowej.

A kiedy (jeśli!) te warunki zostaną spełnione, a wierzę, że prędzej czy później tak się stanie, to pojawi się kolejny, kto wie, czy nie zaporowy przez następne dziesiątki lat problem: dostępny asortyment. Kto i kiedy jest w stanie wydać przynajmniej pięćdziesiąt tysięcy tytułów?
Załóżmy jednak teoretycznie, że i ta przeszkoda zostanie pokonana. Pozostanie wtedy już tylko jedno pytanie: po co to wszystko robić? Komu i do czego miałaby być potrzeba cała taka gigantyczna operacja? Bo, nie czarujmy się, nie o lasy tu chodzi – druk książek w trzebieniu lasów nad Ukajali ma udział marginalny i zdecydowanie mniejszy od dowolnej administracji państwowej.




--
* Kiedy dyskusja toczy się w większym gronie, zwykle prędzej czy później ktoś wysunie argument, że przecież są ludzie, którzy mają podzielną uwagę. To nie jest prawda. Normalny homo sapiens nie ma zdolności do koncentrowania uwagi na dwóch, lub więcej, rzeczach jednocześnie. Jeśli używam określenia „normalny”, to nie oznacza to, że dla ludzi chorych psychicznie jest to dostępne, nie – po prostu z niektórymi pacjentami psychiatrycznymi kontakt jest tak utrudniony, że po prostu nie sposób tego stwierdzić z całą pewnością, może faktycznie potrafią funkcjonować w dwóch potokach rzeczywistości jednocześnie… W każdym razie tak zwana „podzielna uwaga”, to po prostu zdolność do bardzo szybkiego przenoszenia uwagi z jednego przedmiotu na inny.


czwartek, 1 lipca 2010

Wiedzieć, kiedy się śmiać

„Dowcipy PRL-u” – antologia

O jakości sztuki świadczy – między innymi – jej odporność na mijający czas. Przy takim założeniu „Dowcipy PRL-u” egzaminu nie zdały, ale zaznaczam – jako zbiór dowcipów. Bo cóż to za kawał, który wymaga kilkunastu sekund opowiadania, a następnie dziesięciu minut tłumaczenia, co niby było w nim śmiesznego i jak to rozumieć? To jest nużące i krępujące, a nie śmieszne.

Poziom większości dowcipów uważam za żałosny i z pewnym skrępowaniem dopuszczam myśl, że kiedyś mogli się z czegoś takiego śmiać moi krewni. Oto przykład tej wyszukanej twórczości:
„G.I.E.W.O.N.T. – Gagarin Jurij Eleganckim Wostokiem Odwiedził Naszego Twardowskiego. I z powrotem: Twardowski Nasz Odpowiedział: Won Egoisto, Juriju Gagarinie”.

Jednak książeczka ta ma pewną wartość. Ciekawe, zastanawiające, a nawet wesołe treści można znaleźć w przedmowie i przypisach, których jest zresztą sto dwadzieścia. Ot, choćby to:
„Tematem dowcipu mógł się stać nie tylko pierwszy sekretarz PZPR, ale także podrzędny aparatczyk stojący na czele POP lub po prostu milicjant. To, co ich łączyło, to przede wszystkim głupota”.
Wydaje mi się, że w tej sytuacji natychmiast nasuwa się pytanie, jak tym durniom, matołom, głupkom, cymbałom i tumanom udało się rządzić państwem przez pięćdziesiąt lat? Jaki poziom, w takim razie, musieli reprezentować rządzeni? Ha, ha, ha!

Albo to:
„W rzeczywistości w końcu lat 70. państwo stało na skraju bankructwa, zadłużenie Polski wynosiło 22,3 miliarda dolarów, a obsługa pożyczek pochłaniała 75% eksportu”.

Kiedy ostatnio się tym interesowałem, a było to ładnych kilka lat temu, zadłużenie Polski przekroczyło czterysta miliardów dolarów. Później jakoś media przestały się chwalić tego typu… osiągnięciami.
Ha, ha, ha… ale wesoło, prawda? To jest dopiero śmieszne!