niedziela, 30 czerwca 2024

Byliśmy i będziemy sterowani

 „Psychologia manipulacji” – Joel E. Dimsdale

Manipulacja (łac. Manipulatio) to manewr, fortel, podstęp, technika, polegająca na wykorzystywaniu jakichś okoliczności, naginaniu lub przeinaczaniu faktów w celu udowodnienia swoich racji lub wpływania na cudze poglądy i zachowania. Manipulować można treścią i sposobem przekazywania informacji, ale też poprzez wywoływanie określonych stanów psychicznych lub przekonań u osoby, będącej przedmiotem czy też celem manipulacji. Na przykład zastraszanie poprzez samo tylko okazywanie narzędzi tortur (zalecane przez katolickich inkwizytorów i nie tylko).

„Jako psychiatra powinienem być jedną z ostatnich osób, które wierzą, że świat działa racjonalnie. Wiem więcej niż inni. Rozumiem, że liderzy są jak ten Flecista z Hameln, ale w XX wieku ewidentnie pojawiło się coś nowego. Wciąż nie wiem, jak nazwać to zjawisko, Pranie mózgu (brainwashing), perswazja represyjna, mroczna perswazja, kontrola umysłu, manipulowanie umysłem – wszystkie te terminy opisują techniki, które sprawiają, że jednostki stają się wręcz szokująco podatne na indoktrynację” [1].

Nawet nie w tym rzecz, że osoby znaczące w danej społeczności, a nawet przywódcy państw i narodów, ludzie obdarzeni autorytetem, głoszą oficjalnie i publicznie brednie (np. dowolne szczepienia wywołują autyzm, globalne ocieplenie to mit i sto innych), ale zadziwiający, a nawet szokujący jest fakt, że obywatele im wierzą. Przynajmniej wielu.
Sławomir Mrożek napisał kiedyś podobno, że większość jest głupia, a im większa większość, tym głupsza, jeśli jednak nie jest to tylko zgrabne, złośliwe i cyniczne powiedzonko, jeśli taka jest prawda, to takie na przykład wyniki wyborów w Polsce przestają być kompletnie niepojętym kuriozum. Albo inny przykład. Unia Europejska wydała dyrektywę, zakazującą sprowadzania na europejskie rynki bananów o podejrzanie nienaturalnym kolorze i kształcie, które to dziwności mogą świadczyć o poddawaniu ich niedopuszczalnym zabiegom genetycznym. Proste? No, proste… Wielu Polaków jednak wierzy, że ta durna Unia każe prostować banany na drzewach. I to mimo pełnej dostępności unijnych dyrektyw. Ale w Polsce prawda i fakty zwykle nie mają zbyt dobrych notowań – partyjna propaganda jest tu bardziej ceniona i wiarygodna.

„Niektórzy mogą poczuć się urażeni, że połączyłem pranie mózgu, tortury i nawracanie religijne w jednym rozdziale. Moją intencją było jednak tylko wskazanie na wspólne dziedzictwo i pokrywające się interesy. Muszę jednak przyznać, że psychiatrzy i psychologowie mają wyjątkową styczność z ciemną stroną wierzeń religijnych” [2].

Nie jestem pewien, że autor kogokolwiek uspokoił prezentując te „pokrywające się interesy”, ale to już inna sprawa.

Początkowo mocno dziwiło mnie, że profesor Dimsdale uznaje, że zaczęło się od badań Pawłowa – natychmiast gotów byłbym oponować i dowodzić, że ludzie manipulowali prawdopodobnie od samego początku ich istnienia. Wtedy jednak zorientowałem się, że źle zrozumiałem tytuł i w książce chodzi o psychologię manipulacji, a nie o manipulacje psychologiczne. Od razu też stało się jasne, czemu autor poświęca tyle uwagi torturom najróżniejszego typu – to dopiero one (i ból) wpływały na psychikę osoby im poddawanej.

Oficjalna, naukowa, wspierana przez państwo, psychologia manipulacji, zaczęła się od eksperymentów Pawłowa na psach, a zaraz potem na ludziach. Dalej były groteskowe i absurdalne pokazowe procesy w Rosji Radzieckiej (oskarżeni przyznawali się do kompletnych bzdur, a skoro się przyznawali, to byli za swoje zbrodnie zabijani, choć wiedzieli, że tak się to skończy). Następna była wojna w Korei. Część amerykańskich jeńców wojennych podejmowało realną współpracę z Koreańczykami, choć bardziej z Chińczykami, stojącymi za tymi wszystkimi działaniami. Pewna grupa odmówiła nawet powrotu do USA, gdy już taka możliwość zaistniała. Jak ich przekonano, co im zrobiono? Odpowiedzi na takie i inne pytania zawarte są w książce, rzecz jasna.
Inne punkty zwrotne tej historii, to przypadek Patricii Hearst i syndrom sztokholmski, sprawa sekty Wrota Niebios i masowe samobójstwa wyznawców, wieloletnie badania prowadzone przez rozmaite agencje, instytuty oraz konkretnych badaczy, w USA, ale nie tylko, nad LSD i innymi substancjami psychoaktywnymi, i wreszcie wiek XXI – neuronauka i media społecznościowe. Czyli: od przypalania gorącym żelazem w klasztornych lochach do farm internetowych trolli.

Sposobami, technikami, metodami manipulowania psychiką człowieka interesuję się od dawna. Intrygują mnie głównie te przypadki, w których ulegamy manipulacji, mimo wiedzy i świadomości, że jesteśmy jej celem czy obiektem. Przykład najprostszy z możliwych: wszyscy wiedzą, że 99,99 to jest tak naprawdę 100,00, a mimo to ten sam produkt za 99,99 sprzedaje się wielokrotnie lepiej, niż wtedy, kiedy kosztuje równe 100,00. Inny, równie banalny – każdy prezent oceniasz wyżej, niż na to zasługuje, to jest reguła wzajemności.

Przystępnie i ciekawie napisana książka popularno-naukowa. Bardzo dobra pozycja, zwłaszcza dla wszystkich tych, którzy nie dysponują szerszą wiedzą na ten temat. Może wolałbym, żeby Joel E. Dimsdale bardziej skupił się na współczesności niż, nawet nie tak dawnej, historii, ale to zapewne tylko moja prywatna zachcianka lub potrzeba. Polecam!



--
[1] Joel E. Dimsdale, „Psychologia manipulacji”, przekład Marcin Kowalczyk, wyd. RM, 2024, s. 7-8.
[2] Tamże, s. 28.








Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.


czwartek, 27 czerwca 2024

Polacy, Grecy, polityka i uran

 „Katharsis” – Maciej Siembieda

Ta powieść to głównie wydarzenia. Jakieś rysy charakterologiczne postaci – prawie nieobecne. Opisy miejsc – mocno ograniczone. Zorientowałem się po kilku rozdziałach, kiedy okazało się, że nie wiem, jakim człowiekiem był Sacharyna albo Janis, syn Kostasa, albo jego żona lub matka, że – na podstawie książki Siembiedy – nijak nie umiem sobie wyobrazić kilku opisywanych miast, na przykład Wrocławia. Nie, żeby te elementy były jakoś szczególnie niezbędne, ale ich nieobecność daje się jednak zauważyć.

W młodości stykałem się z Grekami w Wałbrzychu i okolicach. Starsi ode mnie o około pokolenie byli osieroconymi dziećmi ewakuowanymi w czasie wojny z Grecji do Polski. Nie wpadło mi wtedy do głowy pytać, o jaką wojnę chodziło. Nie wiedziałem, że zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej w Grecji wybuchła wojna domowa. Zwolennicy króla walczyli latami z komunistyczną partyzantką. Nie wiedziałem, że na wyspie Wolin, utworzony został specjalny tajny szpital dla rannych greckich partyzantów-komunistów. O szpitalu tym miał nie wiedzieć przede wszystkim… Stalin. Dlaczego? Odpowiedź znaleźć można w powieści.

„Katharsis” to opowieść o jednym z takich właśnie partyzantów i jego rodzinie. Obejmuje ona okres ponad sześćdziesięciu lat. Zaczyna się jeszcze w Grecji, kiedy na oczach własnej żony i dzieci zastrzelony został ksiądz. Jego syn, Kostas Tosidos, późniejszy Konstanty Tosidowski, był jednym z leczonych na wyspie Wolin partyzantów. Wydawało się, że w Polsce znalazł drugą ojczyznę, ale sytuacja się pokomplikowała i wylądował w kopalni uranu, gdzieś w okolicach Lądka Zdroju. Jako specjalista od wysadzania i materiałów wybuchowych był tam bardzo przydatny, ale praca w takim środowisku, bez żadnych zabezpieczeń, oznaczała w sumie szybką śmierć.

Janis, syn Tosidowskiego, marzył (do czasu) o karierze bokserskiej, ale wyszło inaczej. Został za to cenionym milicjantem, z dobrymi układami w UB i całkiem niezłymi, choć raczej wymuszonymi okolicznościami, znajomościami we wrocławskim półświatku.

Trzecim bohaterem powieści jest Sacharyna – przemytnik znany w Gdyni jako król czarnego rynku. Szmuglował nie tylko sacharynę (była w Polsce zakazana ze względu na konieczność chronienia polskiego przemysłu cukrowniczego), ale też opium. Losy Sacharyny po wojnie potoczyły się zaiste cudacznie, ale zdradzać za dużo nie mogę.

Bohaterem czwartym jest Zulus, wychowanek czy podopieczny Sacharyny – jego losy, jak wszystkich u Siembiedy, pokomplikowały się zaskakująco. Pod koniec lektury przypomniało mi się powiedzenie „jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedz mu o swoich planach” – mogłoby być mottem wszystkich czterech bohaterów.

Tajni agenci, zwyczajni bandyci, przemytnicy, ukrywający się naziści, Grecy, a właściwie Polacy greckiego pochodzenia, komuniści i oportuniści, polityka lokalna i ta wieka, może nawet globalna… Wszystko to, i wiele więcej, u Siembiedy.

Na zakończenie autor wyjaśnia, jakie elementy tej jego powieści oparte zostały na faktach (okazało się ich wyjątkowo dużo; w paru przypadkach byłem naprawdę mocno zaskoczony), a które narodziły się tylko w jego wyobraźni.

Maciej Siembieda królem polskich kryminałów nie zostanie, jego pisarstwo ma jednak pewne mankamenty, ale powieść na tyle ciekawa, że chętnie sięgnę po jego drugą książkę.

wtorek, 18 czerwca 2024

Psychopaci na swoim miejscu

 „Psychopaci” – Stephen B. Seager

Osobowość dyssocjalna = socjopatia, ale jeśli dodać do tego zaburzenia psychotyczne, to mamy do czynienia z psychopatią. Socjopatą był Jack Nicholson w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Takich rzeczy dowiedziałem się z książki. I wielu innych ciekawostek.

Bohaterem i narratorem opowiadania jest psychiatra, Stephen Seager, który właśnie rozpoczął pracę w kalifornijskim szpitalu psychiatrycznym Gorman State, nazywanym Gomorą. Seager nie był w tym momencie nowicjuszem bezpośrednio po studiach, bynajmniej, wcześniej pracował w różnych szpitalach psychiatrycznych, także podobnego typu. To ważne.

Początkowo doktor/narrator Seager irytował mnie i to solidnie. Przeszkolono go na temat procedur bezpieczeństwa wymaganych i koniecznych w Gorman State, na przykład absolutnie niezbędne noszenie specjalnego sygnalizatora przy pasku. Gomora jest szpitalem, w szpitalach pracuje personel medyczny, to nie więzienie, nie ma tam strażników, mimo, że na oddziale C, gdzie Seager miał pracować, pacjenci byli skrajnie niebezpieczni. Doktor beztrosko zapomina sygnalizatora w swoim gabinecie, czego wynikiem jest dziesięć szwów na głowie. Następnym razem sygnalizator wprawdzie ma, ale… nie pamięta, na którym biodrze. Taki to z niego specjalista.

W „Psychopatach” jest mniej psychopatów, niż miałem nadzieję. Owszem, obecne, ale bardzo skromne wydają mi się informacje na temat konkretnych czynów popełnionych przez pacjentów szpitala, a dokładnie to oddziału C, ich stanu psychicznego, postępów w leczeniu, rokowań terapii. Głównym bohaterem jest doktor Stephen B. Seager, jego przeżycia, stany psychiczne, przemyślenia, motywy, wnioski, plany, uczucia i odczucia.
Bardzo ciekawa wydała mi się kwestia powodów, dla których ludzie pracują w takim właśnie szpitalu. Seager zapytał o to pielęgniarkę, która wróciła po półrocznej nieobecności (pacjent uszkodził jej bark). Odpowiedziała ona, że z powodów religijnych i… jak się wątek dobrze zaczął, tak szybko się skończył. W każdym razie w Gorman State nie płacą aż tak dobrze, żeby codzienne ryzykowanie zdrowiem i życiem, można było uznać za główny powód. Zresztą… personelu wiecznie brakuje, a pracujący są nieustannie przepracowani.
Inna dziwna sprawa - mordercy, zwyrodnialcy, kanibale, agresywni i bardzo niebezpieczni psychopaci, przebywają razem na wspólnej sali, mają otwarte w ciągu dnia swoje sale, poruszają się swobodnie po oddziale C. Rodzi to pewne wątpliwości, co do realnego zagrożenia z ich strony. Zapewne nieuzasadnione, ale...

Książka nie jest zła, ale mogłaby być znacznie lepsza i znacznie bardziej na temat.

niedziela, 16 czerwca 2024

Nie jesteśmy monogamiczni!

Wyczytałem niedawno w wiarygodnych informacjach, a przynajmniej sprawiających takie wrażenie, że 46% małżeństw w miastach europejskich kończy się rozwodem przed 10, a może przed 15 rocznicą ślubu. Szukałem tego artykułu dla kolegi, ale znalazłem mnóstwo innych, o podobnych treściach, ale tego akurat nie. Właściwie nie był mi on – ten artykuł – specjalnie potrzebny, chciałem tylko pokazać, że tych procentów nie wymyśliłem sobie sam.

Jeżeli prawie połowa małżeństw (sakramentalnych lub formalno-prawnych) kończy się rozwodem, to co to oznacza? Czy może, że reszta tych małżeństw jest dobra i w pełni satysfakcjonujące obie strony? Ależ skądże! To tylko świadczy o tym, że te małżeństwa nie kończą się rozwodem – i nic więcej. Nie kończą się rozwodem z powodów bardzo różnych. Bo to wstyd przed ludźmi, bo to dobre małżeństwo, bo to odpowiedzialność za dzieci, bo to brak pieniędzy na prowadzenie dwóch odrębnych gospodarstw domowych, bo to grzech i co powie ksiądz, bo to przyzwyczajenie, bo to strach przed samotnością… Powodów może być całe mnóstwo. Ponad połowa kontynuowanych związków absolutnie nie dowodzi, że są to związki dobre, pożądane, satysfakcjonujące.

Od bardzo dawna, niestety nie od początku, jestem przekonany, że ludzie nie są monogamiczni, a formalne lub sakramentalne wiązanie ich ze sobą na zawsze, nie jest dobrym pomysłem. Jak prawie każdy przymus, który rodzi frustrację, depresję, opór i wiele innych niepożądanych stanów. A w takim razie, czemu małżeństwa nadal są tak popularne?

Nie aż tak często się zdarza, żeby interesy państwa i kościoła były zbieżne, ale w tym przypadku zdecydowanie tak to właśnie jest. Państwu łatwiej kontrolować obywatela przywiązanego do innego obywatela i innych obywateli, obywatela, który wiadomo, gdzie mieszka, gdzie wróci wieczorem, gdzie jest uwiązany na różne sposoby. Kościół, czyniąc z naturalnego zachowania, coś niewłaściwego i grzesznego, zdobywa władzę nad osobami, które się go dopuściły. Strasząc piekłem, brakiem odpustu, wstydem, wyrzutami sumienia, ostracyzmem, odrzuceniem przez organizację i lokalną społeczność itd., zdobywa realną władzę nad ludźmi. Ludźmi zawstydzonymi, pełnymi wyrzutów sumienia, poczucia winy i strachu, manipulować jest bardzo łatwo.

Był taki czas, kiedy uważałem, że z instytucją małżeństwa wiąże się tylko dobro dzieci. Przypomniałem sobie jednak, że w starożytności, w takim na przykład starożytnym Rzymie, ojciec miał prawo zabić swoje dziecko, bez żadnych konsekwencji czy uszczerbku na honorze. Rzym był wtedy potęgą, rządzącą połową znanego świata. Brak szczególnej formalno-prawnej ochrony dzieci nie spowodował jakoś wyludnienia Imperium Rzymskiego, starożytnej Grecji i wszystkich innych krain kuli ziemskiej.
Komu więc, do czego i po co, potrzebnych jest coraz więcej ludzi? Nawet takich, którzy od początku do końca życia będą cierpieć z powodu chorób, będą obciążeniem dla pozostałych mieszkańców kraju? Większa populacja, to więcej pieniędzy na tacach, więcej opłat za różne działania sług kościoła, to więcej podatków i większa władza, tak w ogóle.

Utrzymuję stosunkowo dużo kontaktów z różnymi ludźmi. Wielu z nich pytałem przez ostatnich dwadzieścia lat, czy uważają swoje małżeństwo za dobre i czy zawarliby je jeszcze raz, gdyby mogli się cofnąć w czasie. W dwóch przypadkach odpowiedź była twierdząca. Tylko dwóch.

Smutno mi, gdy słyszę o ludziach, nieszczęśliwych, czasem nawet zaburzonych lub psychicznie chorych, u których ten stan wynika z instytucji małżeństwa oraz wpojonych im w umysł (bywa, że trwale) przekonań na jego temat. Nawet siebie obwiniają o własne przegrane życie, dowalając w ten sposób sobie jeszcze bardziej, bo przecież małżeństwo nie może być czymś złym, przecież wszyscy się żenią, pobierają! To jest koszmarna pułapka. Coś o tym wiem, bo też w nią wpadłem.

sobota, 1 czerwca 2024

Trudne życie Australijczyka

 „Ścieżki Północy” – Richard Flanagan

Wydawało mi się początkowo, że to będzie coś w rodzaju „Króla szczurów” Jamesa Clavella, ale szybko okazało się, że ta powieść jest zupełnie odmienna. Podobieństwo zaczyna się i kończy na japońskim obozie jenieckim. Australijscy, choć nie tylko, jeńcy wojenni budują w dżungli Birmańską Kolej Śmierci. A było to 428 kilometrów w niedostępnych obszarach obecnej Birmy I Tajlandii. Praca ponad siły, głód, choroby, okrutni japońscy strażnicy, wysoka śmiertelność; ojciec Richarda Flanagana przetrwał to wszystko i na jego wspomnieniach, częściowo, zbudowana jest powieść. Jednak, co może wydać się zaskakujące, obóz i budowa linii kolejowej w koszmarnych warunkach, to jest tylko jeden z wielu wątków tej historii, może i najważniejszy, ale... – „Ścieżki Północy” to powieść głęboko psychologiczna, a nie tylko wojenno-obozowa.

Głównym bohaterem, często też i narratorem, jest Dorrigo Evans. Pochodzi z biednej rodziny, ale mimo to studiuje medycynę i zostaje lekarzem. Jednak bardziej niż wykształcenie nobilituje go ślub z dziewczyną z wyższych sfer. Związek ten trwa, ale nie dałoby się go nazwać udanym; nieszczęśliwi są w nim oboje. Evans często zdradza żonę, ale to go też nie uszczęśliwia.
Po wybuchu drugiej wojny światowej Dorrigo zostaje powołany do jednostki, jako wojskowy chirurg, osiąga stopień pułkownika. Oddział dostaje się do japońskiej niewoli, a jeńcy skierowani zostają do budowy linii kolejowej w Birmie.
Książka zawiera także rozdziały w narracji trzecioosobowej – są to relacje, rozważania, przeżycia, więźniów oraz japońskich strażników, zwłaszcza ich dowódcy.

Dorrigo Evans nie cierpiał cnoty, nie cierpiał, kiedy cnotę podziwiano, nie cierpiał ludzi, którzy udawali, że uważają, że on jest cnotliwy lub którzy sami zgłaszali pretensje do cnoty. A im częściej oskarżano go o bycie cnotliwym, tym bardziej tego nienawidził. Nie wierzył w cnotę. Była przebraną próżnością, czekającą na poklask. Szlachetności i godności miał powyżej dziurek w nosie… [1].

Powieść zaczyna się opowieścią starego człowieka, Dorrigo Evansa, piszącego wstęp do tej książki. W związku ze swoimi przeżyciami w czasie wojny, w Australii jest uznanym bohaterem – jego wizerunek widnieje na monetach i znaczkach. Jednak Evans nie czuje się bohaterem i uważa relacje z tamtych czasów za niezupełnie zgodne z rzeczywistością.
Znaczącym elementem powieści jest krótki romans Dorriga z Amy, żoną jego wuja.

Czytał książki. Żadna mu się nie podobała. Szukał w nich Amy. Nie było jej tam. Chodził na przyjęcia. Nudziły go. Spacerował po ulicach, wpatrując się w obce twarze. Nie było wśród nich twarzy Amy. Świat w całej swojej nieskończonej cudowności też go nudził. W poszukiwaniu Amy przepatrywał wszystkie pokoje swojego życia, lecz nigdzie nie mógł jej znaleźć. I zdawał sobie sprawę, że Amy jest żoną jego wuja, że jego namiętność to obłęd, nie mają razem żadnej przyszłości, że cokolwiek to jest, musi się skończyć, i to on musi do tego doprowadzić [2].

Ostatnia część książki to historia życia ocalałych więźniów już po wojnie, ale nie tylko ich, bo także japońskich i koreańskich strażników-oprawców. Ich trudności adaptacyjne, niezrozumienie otaczającego świata, wybiórczej sprawiedliwości.

Richard Flanagan, pisarz, który jest potomkiem irlandzkich skazańców przewiezionych na Ziemię Van Diemena podczas Wielkiego Głodu w Irlandii, mieszka obecnie w Hobart na Tasmanii ze swoją urodzoną w Słowenii żoną Majdą Smolej. Za powieść „Ścieżki Północy” otrzymał w 2014 roku prestiżową Nagrodę Bookera.




---
[1] Richard Flanagan, „Ścieżki Północy”, przekład Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, s. 64.
[2] Richard Flanagan, „Ścieżki Północy”, przekład Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, s. 122.


piątek, 24 maja 2024

Mroczne tajemnice Peszawaru

 „Za kurtyną” – Earl Derr Biggers

Czytałem tę książkę (oraz kilka innych tegoż autora, z sierżantem Chanem w roli głównej) pod koniec lat siedemdziesiątych, może na początku osiemdziesiątych. Było to wydanie Iskier, z serii ze srebrnym kluczem. Zupełnie już teraz nie pamiętam jej fabuły, a jedynie to, że mi się podobała. Lektura miała być teraz okazją do sprawdzenia, czy tego typu powieści naprawdę były kiedyś zdecydowanie lepsze od wyrobów współczesnych królowych polskiego kryminału, czy może to tylko moje nastoletnie sentymenty. Tym drugim okazał się po latach film „Krzyżacy”, ale to inna sprawa.

Bill Rankin, sprytny dziennikarz „Globe”, aranżuje spotkanie towarzyskie, w którym biorą udział: były naczelnik wydziału kryminalnego Scotland Yardu, sir Fryderyk Bruce, elegancki Barry Kirk, zamożny dżentelmen, u którego Bruce się zatrzymał podczas swojego pobytu w San Francisco, detektyw z Honolulu, sierżant Charlie Chan oraz młoda, atrakcyjna prawniczka, panna Morrow. Dziennikarz liczył na zdobycie sensacyjnego materiału dla swojej gazety i w tym celu co trochę pociągał za język Kirka i Chana, sławnych detektywów.

Podczas tego spotkania sir Fryderyk Bruce opowiedział o dwóch sprawach w swojej zawodowej karierze, których dotąd nie udało mu się rozwikłać, a które to sprawy nadal, mimo upływu kilkunastu lat, nie dają mu spokoju. Pierwsza dotyczyła zamordowania zamożnego adwokata Hilary’ego Galta, którego znaleziono w jego własnym biurze z kulą w głowie. Elegancki prawnik miał na nogach egzotyczne pantofle, które otrzymał w prezencie od chińskiego ambasadora. Sprawa druga związana była z tajemniczym zaginięciem osiemnastoletniej kobiety, Ewy Durand, od niedawna żony majora Eryka Duranda. W maju 1913 roku, w Peszawarze, eleganckie towarzystwo zabawiało się w chowanego, a Ewy Durand nie znaleziono przez kolejnych kilkanaście lat.
Bruce enigmatycznie dał znać, że jest już bliski rozwiązania zagadki, że wie, co stało się z Ewą Durand.

Następnego dnia w domu Barry’ego Kirka odbyło się eleganckie spotkanie towarzyskie. Na takie nie zaprasza się dziennikarzy, ale poza Rankinem, obecni byli wszyscy wyżej wymienieni, a ponadto matka Kirka ze swoją damą do towarzystwa, znany podróżnik, który prezentował filmy ze swoich wypraw, odnoszący sukcesy biznesmen. Wyświetlanie filmów wymaga zaciemnienia i w takiej właśnie chwili sir Fryderyk Bruce został zamordowany. Wydaje się, że swoimi nieodpowiedzialnymi aluzjami z dnia poprzedniego, sprowokował zabójcę.

W tym momencie powieść właściwie dopiero się zaczyna. Jest to klasyczny kryminał (kiedyś nie było potrzebne określenie „klasyczny”, bo były tylko takie) zbudowany według znanego schematu: mroczne tajemnice z przeszłości, zbrodnia w zamkniętym pomieszczeniu, w którym przebywała ograniczona liczba konkretnych osób. Łatwo o porównanie z „Morderstwem w Orient Expressie” i wieloma innymi.

Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. To dobre, choć nieco niedzisiejsze, pisarstwo. Pierwsze wydanie pojawiło się bodajże w 1928 roku. To klasyka na niezłym poziomie, więc wielbicielom wyrobów królowych polskiego kryminału, podobać się pewnie nie będzie.

 

 

 

Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl


niedziela, 19 maja 2024

Spiskowcy ratują Hiszpanię

 „Reina Roja. Czerwona królowa” - Juan Gómez-Jurado

Tytuł dziwny, bo „reina roja” to po hiszpańsku właśnie „czerwona królowa”. Jakaś nowa moda czy maniera na powtarzanie tytułu w różnych językach? To zapewne historyjka dla dzieci „Przygody owcy” zostanie wydana pod tytułem „Przygody owcy. The adventures of a sheep. Las aventuras de una oveja. Die Abenteuer eines Schafes”. Może trochę za długie, ale za to jakże ambitne i zwracające uwagę! Zwłaszcza, gdy dział marketingu przeforsował w wydawnictwie kosztowną i szeroko zakrojoną akcję reklamową. No, trudno, jak trzeba, to trzeba.

W sensie… jak by to powiedzieć… technicznym książka napisana koszmarnie. Nie wiem czy to wina autora, czy tłumacza, czy redaktora, czy korektora, ale przekład sprawia wrażenie wykonanego za pomocą Google Translate. Szczoteczka do zębów tonąca (w czym?) w połowie drogi (do czego?). Imperium pyłowe ojca (???). Telefon na podeście schodów, taki, do którego wrzuca się monety i który wibruje przy uchu, kiedy przychodzą wiadomości WhattsApp (sic!). Główna bohaterka cierpi na anosmię, nie czuje żadnego zapachu, a w zasadzie… tu uwaga – tylko słony i słodki, bo reszta smakuje jak papier (ups!). I mnóstwo innych takich.

Jestem pewien, że powieść tego autora podoba się Hiszpanom. W milutki sposób głaszcze ego mieszkańców i obywateli tego kraju, bo według Juana Gómeza-Jurado w Hiszpanii wszystko jest najlepsze, najwyższe, największe, a główna bohaterka, Antonia Scott, jest oczywiście najinteligentniejszą osobą na świecie.

Jest w powieści element rzeczywistości. Wiele zbrodni zostałoby wyjaśnionych, mnóstwo spisków udaremnionych, afer gospodarczych ujawnionych, gdyby urzędy i instytucje (a także konkretne osoby) były w stanie współpracować, dzielić się informacjami, działać razem, a nie konkurować ze sobą – ze szkodą dla społeczeństw, oczywiście. I tu kończy się realizm, a zaczyna naiwna i naciągana teoria spiskowa. Grupa najbogatszych ludzi zakłada tajną organizację, której celem jest ratowanie świata i ludzkości przed nią samą, jej głupotą i nieudolnością. Tajna organizacja ma w każdym kraju jednego człowieka, nazywanego Mentorem, który jest łącznikiem organizacji ze światem realnym i oficjalnym oraz jedną Czerwoną Królową, osobę o niesamowitej inteligencji i paranormalnych zdolnościach.

W ogromnej willi znalezione zostały zwłoki syna prezeski największego banku w Hiszpanii. Ciało specjalnie upozowano, po pozbawieniu go całej krwi. Niewielka ilość tej krwi znajduje się w kielichu, który trup trzyma. Na jego głowie znaleziono ślady oliwy. W willi nie odkryto żadnych śladów, co oznacza, że zbrodni dokonano w jakimś innym miejscu.
Córka najbogatszego w Hiszpanii potentata została porwana. Kierowca specjalnego samochodu z przyczepą do przewozu koni, którym jechała, wioząc ukochaną klacz, został zamordowany, medalowy koń wyścigowy też stracił życie. Mijają godziny, a nie pojawiło się żadne żądanie okupu, przynajmniej oficjalnie.

W przypadku tak wysoko postawionych ofiar sprawą zajmowałaby się tylko ta tajna organizacja, ale ojciec uprowadzonej kobiety zawiadomił policję, więc wmieszał się w to Wydział Porwań i Wymuszeń Policji Krajowej, a konkretnie kapitan Parra. Rzecz jasna od razu pojawiły się spory kompetencyjne.
Sprawę prowadzi Antonia Scott, Czerwona Królowa Hiszpanii, z pomocą inspektora Jona Gutiérreza (pederasty), którego Mentor nakłonił do współpracy właściwie szantażem.

Relacja z następujących po sobie wydarzeń odbywa się z różnych punktów widzenia, bo to i Antonii Scott, i Jona Gutiérreza, i kapitana Parry, i Carli (ofiary porwania), i Bruna (dziennikarza), i wreszcie samego sprawcy o pseudonimie Ezequiel.

Powieść może nawet nie jest taka zła, jak mogłoby się to wydawać po lekturze mojej opinii, jest nawet momentami wciągająca (a momentami są to dłużyzny, zwłaszcza rozmyślania Carli) i naprawdę chciałem dobrnąć do końca, żeby dowiedzieć się o co w końcu chodzi. Nie była jednak na tyle ciekawa, żebym planował lekturę kolejnych tomów z serii „Antonia Scott”.

poniedziałek, 13 maja 2024

Różne oblicza Ławrientija B.

 „Beria. Oprawca bez skazy” – Françoise Thom

Francuska sowietolożka Françoise Thom napisała gigantyczną (prawie tysiąc stron) biografię Ławrientija Pawłowicza Berii, radzieckiego działacza komunistycznego pochodzenia gruzińskiego, szefa NKWD, bezpośrednio odpowiedzialnego za mord polskich oficerów w Katyniu i wiele innych zbrodni.
Te akurat fakty nie ulegają najmniejszej wątpliwości, natomiast dopiero po odtajnieniu dokumentów ZSRR, już po rozpadzie tego kraju, okazało się, że Beria był również autorem najbardziej liberalnego projektu zmian ustrojowych ZSRR, na długo przed Gorbaczowem (np. likwidacja NRD). Najprawdopodobniej dlatego właśnie stracił życie po sfingowanym procesie wkrótce po śmierci Stalina, w 1953 roku.

Książek o tych czasach i o prominentach ZSRR, w tym Berii, napisano mnóstwo. Do każdej z nich, nawet do niezwykle rzetelnie opracowanej biografii Berii Françoise Thom, trzeba podchodzić bardzo ostrożnie. W czasach rządów Stalina wiele rozkazów wydawanych było tylko ustnie, tony dokumentów zniszczono, a niektóre na bieżąco fałszowano na potrzeby przyszłych pokoleń. W takich warunkach trudno o pełną wolność od interpretacji, a ta zależna jest od osobistych przekonań, nawet wiarygodnego historyka.

Dokumenty zatytułowane »Propozycje NKWD« są często jedynie formalnym ujęciem ustnych instrukcji Stalina. Dlatego bardzo trudno jest zidentyfikować własne inicjatywy Berii za życia Stalina*.

Pozycja zdecydowanie bardziej naukowa (historyczna) niż popularna, adresowana głównie do czytelników posiadających znakomite rozeznanie, na przykład, w polityce i historii ruchu komunistycznego w Gruzji, znających i pamiętających nazwiska lokalnych działaczy, rozumiejących ich spory kompetencyjne, manipulacje itp.

Opór gruzińskich komunistów wobec Federacji Zakaukaskiej, gdzie znaczne wpływy posiadała Armenia, miał swój odpowiednik na płaszczyźnie GPU – gruzińskie GPU było na noże z GPU Zakaukazia, któremu od wiosny 1924 r. przestało przesyłać opracowania zbiorcze. Ponieważ siedziby obu rywalizujących organizacji znajdowały się w Tbilisi, starcie zakaukaskiego GPU z jego gruzińską filią było tak ostre, że Epifan Kwantaliani i Beria, naczelnicy gruzińskiego GPU, zwrócili się w notatce z 7 maja 1924 r. o rozjemstwo Ordżonikidzego i Jagody, zastępcy Dzierżyńskiego. Skarżyli się, że zakaukaskie GPU podbierało gruzińskiemu GPU agentów i informatorów. Domagali się przy tym wyłączności operacyjnej w Gruzji, w tym także w działalności kontrwywiadowczej, w celu uniknięcia niezdrowego paralelizmu*.

Biografia obszerna, wiarygodnie opracowana i bardzo, bardzo trudna w odbiorze.



---
* Françoise Thom, „Beria. Oprawca bez skazy”, przekład Krystyna Antkowiak, Prószyński Media, 2016, e-book.

piątek, 10 maja 2024

Byliśmy potęgą w matematyce

 „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna” – Mariusz Urbanek

Mam pewne szczególne powody, by interesować się Stefanem Banachem, planowałem nawet o tych swoich sentymentach napisać, ale ostatecznie zrezygnowałem. Anegdota mogłaby nie być w pełni zrozumiała i miałaby się nijak do oceny książki.
Ośrodek naukowy we Lwowie, to, rzecz jasna, nie tylko Stefan Banach, do ważniejszych postaci należał Wacław Sierpiński, Hugo Steinhaus, Stanisław Mazur, Stanisław Ulam, który w Los Alamos pracował nad Projektem Manhattan (bomba atomowa), i wielu innych.

Lwowska szkoła matematyczna – szkoła naukowa zaliczana do tzw. polskiej szkoły matematycznej (drugą była, konkurująca do miana najlepszej, warszawska szkoła matematyczna, zajmująca się teorią mnogości i topologią), działająca w dwudziestoleciu międzywojennym we Lwowie, skupiona wokół Stefana Banacha i Hugona Steinhausa. Lwowska specjalizowała się w analizie funkcjonalnej i wydawała „Studia Mathematica”. Powstała dzięki wcześniejszym staraniom profesora Wacława Sierpińskiego, pragnącego przekształcić Uniwersytet Jana Kazimierza w stolicę polskiej matematyki. W okresie II Rzeczpospolitej w zasadzie się to udało. A dokładniej to jego następcom. Sierpiński w dniu wybuchu I wojny światowej jako obywatel Austro-Węgier (Lwów znajdował się w tym zaborze) został internowany w Rosji, gdzie bawił na wakacjach z rodziną, i mógł wrócić do kraju dopiero w 1917 roku, jednak wtedy wybuchła wojna polsko-ukraińska oraz wojna polsko-bolszewicka, więc ostatecznie przeniósł się na nowy Uniwersytet Warszawski.

Opracowanie Urbanka to kawał rzetelnej historii specyficznego środowiska i ludzi je tworzących, choć oczywiście nie wszystkich. Na pamiątkowym zdjęciu widać co najmniej kilkadziesiąt osób, ale też nie wszystkie one odegrały znaczące role w tworzeniu lwowskiej szkoły matematycznej.
Poszczególne rozdziały w książce, mniej więcej chronologicznie, poświęcone są kilku geniuszom matematycznym, ich osiągnięciom naukowym, ale też osobistym przeżyciom. Bywają też w niej anegdoty. Choćby taka: Hugo Steinhaus często powtarzał, że największym jego osiągnięciem było… odkrycie Stefana Banacha. Albo to: Banach nigdy nie skończył wyższych studiów (studiował zaledwie dwa lata), więc na specjalną zgodę na zatrudnienie go, jako asystenta na uczelni, Steinhaus musiał prosić samego ministra. Inna anegdota mówi o podstępie, dzięki któremu udało się nakłonić Banacha do zdania egzaminu doktorskiego, bo on sam nie miał na to ochoty – ale to historyjka na pewno powszechnie znana.

Po II wojnie światowej Hugo Steinaus (wraz z częścią kadry naukowej) przeniósł się do Wrocławia, Stanisław Mazur do Warszawy, Stefan Banach nie zdążył przenieść się do Krakowa, na Uniwersytet Jagielloński. Zmarł w sierpniu 1945 roku na raka płuc.

Jeśli ktoś miałby obawy, to informuję, że jest to historia ludzi, czasów i miejsc, a nie trudne rozważania matematyczne. Dzięki „Genialnym” można też zorientować się, jakie straty poniosła polska inteligencja, na skutek celowych działań Niemców i Rosjan.