wtorek, 26 października 2010

Szokujące alko-ciekawostki


„Trzynasty stopień szczęścia” – Robert Tabus

Pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku autor, alkoholik, spędził ponad dwa miesiące na Oddziale Leczenia Odwykowego Państwowego Instytutu Psychoneurologicznego w Warszawie. W swojej książce opisuje trzydzieści dni podstawowej kuracji odwykowej, jakiej go tam poddawano.

Kuracja (dziś mowa jest raczej o terapii, albo psychoterapii) odwykowa sprowadzała się wówczas do przyjmowania przez pacjentów apomorfiny, która wraz z podawanym im alkoholem wywoływała gwałtowne torsje. Drugim elementem było powodowanie zapaści (pod nadzorem lekarza) przez podawanie pacjentowi antabusu (inne nazwy to: anticol, esperal, stopetyl, abstynil), a następnie wódki. Elementem trzecim były pogadanki na temat szkodliwości picia alkoholu.

W chwili obecnej, po pięćdziesięciu latach, książka ma jedynie wartość historyczną; stała się zbiorem ciekawostek, a zawartych w niej informacji nie można traktować poważnie. Choćby takiej:
 „Medycyna żąda abstynencji przez pięć lat. Po tym okresie uznaje, że człowiek jest wyleczony w pełni, czyli że byłemu alkoholikowi w zasadzie nie grozi nawrót nałogu i prawdopodobnie może już pić tak jak wszyscy inni ludzie, z umiarem, przy okazji. Być może wtedy człowiek tak już przywyknie do abstynencji, że nie będzie w stanie w ogóle pić”.

Dziś wiadomo już, że alkoholizm jest chorobą trwałą, chroniczną i śmiertelną (jeśli nie zostanie zatrzymany), że nie leczy go, sama z siebie, pięcioletnia abstynencja. Dwudziestoletnia zresztą też nie.
Stosowanie antabusu jest obecnie zabronione, nawet wobec pacjentów, którzy by się na przyjęcie tego środka zgodzili.


piątek, 15 października 2010

Karykatura mafii Corleone


„Powrót Ojca Chrzestnego”, „Zemsta Ojca Chrzestnego” – Mark Winegardner

Trudno byłoby te dwie książki traktować jako samodzielne historie, odrębne całości. Mimo krzyczących napisów reklamowych, nie są one kontynuacją powieści „Ojciec chrzestny”, ale raczej uzupełnieniem bestsellera Mario Puzo oraz trzech filmów o mafijnej rodzinie Corleone. Obie zawierają specjalne opisy (w jednej jest to chyba nawet przedstawione graficznie), dzięki którym można zorientować się, w jakich latach dzieję się akcja i jak się to ma do książki Puzo, czy któregoś z filmów Francisa Forda Coppoli.

Czy jest sens czytać je bez znajomości filmów i oryginalnej opowieści Puzo? Moim zdaniem – nie. Albo, to co napisał Winegardner, będzie to zupełnie niezrozumiałe, albo, w lepszym przypadku, jego dwie powieści zostaną odebrane, jako dość kiepskie kryminały.

Czy miłośnicy opowieści Mario Puzo muszą książki Winegardnera poznać? Moim zdaniem – nie. Tak dalece odbiegają one poziomem od oryginału, że jedyne, co czytelnik-miłośnik może osiągnąć – poza wydatkiem – to rozczarowanie.
Ale poziom, kwestia zdolności i warsztatu, to jeszcze nie wszystko. Winegardner zbyt mocno ingeruje w oryginalną historię. Według niego najlepszy wykonawca rodziny Corleone, to zwykły onanista, Fredo Corleone to pedał, a sam Michael Corleone jest człowiekiem niezbyt rozgarniętym, popełniającym mnóstwo błędów, mało domyślnym. Niewiele brakowało, a „wykolegowałby” go zwykły były bokser.

W każdym razie choć ostatnio widziałem, że książki Marka Winegardnera mocno potaniały w Merlinie, to jednak nadal i wciąż nie jest warto je kupować. Może ewentualnie pożyczyć, jeśli już ktoś koniecznie musi.


Alikwoty, albo solilokwia


Jakiś czas temu, przyjaciel zasugerował mi, bym spróbował napisać kilka bardzo krótkich utworów z jakąś myślą przewodnią, puentą, tematem do rozważenia. On nazywa je alikwotami (w muzyce jest to ton decydujący o barwie dźwięku), ja raczej używam określenia solilokwia: rozmowy z sobą, rozważania, refleksje, służące do określenia własnej postawy, poznania i zrozumienia siebie. Rozsypane koraliki… Łzy w deszczu…
Oto kilka z nich:


Za hektar nieba

Dobre uczynki i cnoty wszelakie, wyrzeczenia przeróżne i akty poświęcenia, latami całymi gromadziłem skrzętnie i zapobiegliwie ze strachu przed piekłem i potępieniem. Wierzyłem, że za te ziemskie zasługi zapewnię sobie lepsze miejsce w niebie, może tego miejsca jeszcze trochę więcej, może bardziej moje,  może mieszkanie w domu Ojca wygodniejsze, bardziej komfortowe…
Później odszedłem z mojego kościoła, dobrowolnie zrezygnowałem z liturgii, obrzędów i sakramentów, zdając sobie sprawę, że w ten sposób tracę pewnie szansę na zbawienie.
Teraz już mogę Bogu i bliźnim służyć bezinteresownie, nie oglądając się na nagrody i nie sprawdzając, co jeszcze muszę zrobić, by zasłużyć na kolejny hektar nieba…

  
Cztery pory roku

Kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem „wyraziste” pory roku. Mroźną i śnieżną zimę i szaleństwa na sankach oraz gorące lato i czas spędzany nad wodą. Wojsko, stan wojenny, zima stulecia, noce w śniegu, obrzydziły mi zimę; do dziś mam nawet pewien uraz – boję się zimna. Wkraczając w wiek średni, nie lubiłem już aż tak bardzo lata; nie to zdrowie, nie ta tusza, upały stały się po prostu męczące. Teraz kocham jesień: umiarkowana temperatura, piękne kolory, cicho opadające liście w parku, i ławki, na których mogę siedzieć i bez nerwowego pośpiechu obserwować te cuda.
Dobrze jest mieć coś do kochania; dobra jest też wdzięczność…
 

Ostatnie buty

Niedawno kupiłem sobie ostatnie buty w życiu, choć w momencie zakupu, nie zdawałem sobie z tego jeszcze sprawy. Dopiero później, gdy radość z nowego nabytku nieco opadła, wpadło mi do głowy, że tak to właśnie jest: prawie sześćdziesiąt lat i cztery pary znakomitych, drogich i bardzo dobrej jakości „niezdzieralnych” butów w zapasie. Jest bardzo prawdopodobne, że nie będę już potrzebował kupować innych. Ciekawe doświadczenie… Z jednej strony spokój i  poczucie bezpieczeństwa – butów nigdy mi już nie zabraknie, już nigdy nie będę się musiał o nie martwić. Ale z drugiej, swego rodzaju nostalgia, bo w tym temacie nie czeka mnie już nic nowego.
Jeszcze tylko nie wiem, co ważniejsze…
 

Książkowy dylemat

Nie mam już dwudziestu lat i przekonania, że całe życie przede mną. Jeśli pozostały do dyspozycji czas jest ograniczony, wracam do zasady, którą kiedyś sobie przyswoiłem: „najpierw rzeczy najważniejsze”. Nie starczy mi czasu na wszystko, a więc na co go przeznaczę? Oczywiście pewną część na lekturę, na książki. Dylemat dotyczy ich wyboru. Czy mam czytać nowości, pozycje, których nie znam? Starać się poznać jeszcze jakiś drobny ułamek nowości wydawniczych? A może inaczej, odwrotnie, może wrócić do książek kiedyś już czytanych? Wrócić nie tyle do fabuły, bo tą przecież znam, ale do ich nastroju, klimatu? Takie sentymentalne odwiedziny u starych przyjaciół, powrót do miejsc, w których kiedyś byłem szczęśliwy… Co wybrać, jeśli wiadomo, że na jedno i drugie nie wystarczy czasu?

 
Moje miejsce

Nigdy nie odczuwałem potrzeby posiadania domu (budynku). Jestem przeciwny dokładaniu sobie obowiązków, wydatków i odpowiedzialności, więc jeśli marzyłem, to raczej o komfortowym mieszkaniu w dobrej dzielnicy. Czasem znajduję taki dom realnie, w jakimś mieście, ale częściej to tylko migawka z jakiegoś filmu, czy programu. W takich momentach bywa, że aż mnie serce boli, bo mam wrażenie, że to byłoby właśnie to, że to moje miejsce, że właśnie tam…
I tu zaczyna się problem; „właśnie tam…” co? Pieniądze szczęścia nie dają, jak wiadomo, więc czy w lepszej dzielny, w innym domu, na innej ulicy innego miasta byłbym szczęśliwy? Pewnie nie, ale z drugiej strony chyba jednak lepiej być nieszczęśliwym w luksusowej garsonierze, niż w przytułku dla bezdomnych? A przynajmniej wygodniej…


sobota, 18 września 2010

Czas miniony… przegrany…

„Opowiadania” – Marek Hłasko

Podczas spotkania autorskiego z Białoszewskim, który przybył na nie wraz z Karolem Estreicherem, po naiwnym pytaniu typu „co artysta chciał powiedzieć?”, a dotyczącym jednego z nowszych utworów, Białoszewski odpowiedział poważnie, że on sam jeszcze nie bardzo wie, bo Estreicher jeszcze o tym nie pisał.

Czy wiadomo, bez cienia wątpliwości, co konkretnie chciał przekazać czytelnikowi, co zawrzeć w swoich opowiadaniach Marek Hłasko?
Zbiorek, o którym mowa (wydanie z 1997 roku) składa się z sześciu utworów: „Pierwszy krok w chmurach”, „Ósmy dzień tygodnia”, „Robotnicy”, „Pętla”, „Lombard złudzeń” i „Baza Sokołowska”.

Czy „Pierwszy krok w chmurach” jest o inicjacji seksualnej młodych ludzi? A może o beznadziei, smutku i goryczy ludzi starszych, dla których tego typu uniesienia (i wiele innych) są już niedostępne? A może o jednym i drugim, i o czymś jeszcze?

Czy „Ósmy dzień tygodnia” jest o próbie wyrwania się a szarzyzny codzienności, o marzeniach, że za tydzień, za miesiąc, następnym razem, kiedyś, będzie nareszcie dobrze, cudownie, kolorowo, że jest szansa, że wystarczy tylko poczekać, a świetlana przyszłość nastąpi z taką pewnością, jak… ósmy dzień tygodnia?

Czy „Robotnicy” faktycznie są tylko o budowie mostu w jakiejś pipidówce? A „Baza Sokołowska” o robotniczej przyjaźni prawdziwych komunistów, o odpowiedzialności i dojrzewaniu?

Wydaje się, że najmniej wątpliwości budzić może „Pętla”, o dramacie pijaka i jego bezsilności wobec nałogu i „Lombard złudzeń”, o kobiecie, która ze źle pojmowanej miłości dokonuje ewidentnie, acz w pełni świadomie, złego wyboru i o nadziei, za którą jesteśmy gotowi oddać duszę. Ale czy na pewno tylko o tym?

Hłasko zawsze był tym Wielkim Pisarzem, najważniejszym chyba z grona piszących poetycko-naturalistyczne nowele i opowiadania o latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, który to czas zawsze bardzo mnie interesował, a którego z oczywistych przyczyn nie znałem zupełnie. Dopiero po wielu, wielu latach zorientowałem się, że był ktoś, kto robił to znacznie lepiej: Himilsbach.


środa, 15 września 2010

Internet wczoraj, dziś, jutro

Wspomnienia i spekulacje na temat Internetu

Mój pierwszy komputer (Commodore C64) nie był podłączony do Internetu – pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Internet w Polsce nie istniał w żadnej formie. Przyznam też, że przegapiłem informację o rejestracji domeny .pl i wysłaniu pierwszego e-maila z Warszawy do Kopenhagi (1991 rok), ale były to specjalistyczne eksperymenty uczelniane, ciekawostki ze świata nauki, bez znaczenia dla życia codziennego. Pamiętam już za to artykuł (1995) w jakimś technicznym czasopiśmie na temat uruchomienia portalu Wirtualna Polska, a pamiętam dlatego, że zastanawiałem się wtedy, czy uda mi się to cudo kiedyś zobaczyć inaczej, niż na gazetowej ilustracji.

Do następnego komputera, już klasy PC, dostęp miałem w firmie około 1998 roku. W każdym razie był już możliwy anonimowy dostęp do Internetu za pomocą modemów Telekomunikacji Polskiej, więc niektóre nasze komputery w te modemy wyposażono, choć wydaje mi się, że miało to znaczenie jedynie prestiżowe, bo początkowo żadnemu praktycznemu celowi nie służyło. Firma ma dostęp do Internetu – to brzmi przecież tak dumnie!

Pamiętam z tego okresu szczególne wydarzenie. Ktoś z szefostwa chciał mi zademonstrować ten cały Internet, wyświetlając na ekranie monitora stronę naszego strategicznego inwestora. Strona, jak ją sobie teraz przypominam, była całkowicie statyczna, nie było z nią żadnej interakcji, nic się na niej nawet nie ruszało, nie grało – po prostu wizytówka, informacja i nic więcej. Mimo to wczytywała się czterdzieści minut, a i tak wczytała się tylko częściowo i wyświetlała jakoś koślawo.
Mając żywo w pamięci to właśnie doświadczenie, kilka miesięcy później, gdy dostałem w prezencie pierwszego peceta, na propozycję dokupienia modemu i podłączenia komputera do sieci odparłem, że mnie właściwie Internet zupełnie nie interesuje. Tym niemniej modem został kupiony i podłączony, a połączenie skonfigurowane.

Przy szybkości modemowej wczytywanie stron szło jak krew z nosa; poza tym była to też usługa stosunkowo droga, tak więc początkowo Internet służył mi tylko i wyłącznie do korespondencji e-mailowej z członkami rodziny mieszkającymi za granicą. Nieco później nauczyłem się korzystać z Usenetu i tak to sobie trwało aż do czasu, gdy dorobiłem się pierwszego stałego łącza. A kiedy to nastąpiło…

… kiedy to nastąpiło, doczekałem się pytania mojej uroczej małżonki: „Jak można tyle czasu spędzać przy komputerze?! Co ty w tym Internecie stale robisz?!”. W ramach odpowiedzi zrobiłem poniższą listę możliwych zastosowań Internetu (jak widać, są tu całe działy, które można byłoby podzielić na mniejsze części składowe):

1. Komunikatory, czaty, telefonia internetowa (VoIP),
2. Nauka oraz dostęp do informacji na każdy temat,
3. Usenet, czyli grupy i listy dyskusyjne,
4. Media, czyli tv, muzyka, filmy, radio,
5. Poczta elektroniczna, czyli e-mail,
6. Wszelkiego typu fora dyskusyjne,
7. Gry on-line (MMO i Multiplayer),
8. Pornografia internetowa,
9. Aplikacje uruchamiane przez sieć,
10. Bankowość internetowa, zakupy, aukcje,
11. Tworzenie i publikacja stron internetowych,
12. Download, czyli ściąganie danych, w tym P2P,
13. Gra na giełdach papierów wartościowych, hazard,
14. Planowanie wycieczek, w tym mapy interaktywne,
15. RSS, czyli serwisy z wiadomościami na każdy temat.

(Niewielka dygresja. Punkt 8 – pornografia. Gdzieś niedawno czytałem, że pornografia internetowa generuje większe dochody, niż cały internetowy przemysł fonograficzny. Jest to swoista ciekawostka, bo jeszcze nigdy w życiu nie spotkałem, i nie mam nadziei spotkać, kogoś, kto by się do korzystania z takich usług przyznawał.)

Kiedy teraz patrzę na tę listę i przypominam sobie, jak kiedyś twierdziłem, że mnie Internet nie interesuje, to śmiać mi się chce. Prawda bowiem jest taka, że w chwili obecnej nie interesuje mnie komputer nie podłączony do Internetu. Bo i co miałbym z nim robić? No, oczywiście trochę przesadzam, mógłbym używać go jako maszyny do pisania, albo grać w szachy, ale chyba niewiele więcej.

Na wszystko to, co opisałem, potrzeba było około dwudziestu lat. Postęp technologiczny wydaje się coraz szybszy, a nie coraz wolniejszy. Czego w takim razie możemy spodziewać się za lat… powiedzmy pięć-dziesięć? Co z tej listy ubędzie? Co przybędzie?

Moje osobiste i prywatne fantazje.
Ja stawiałbym przede wszystkim na punkt 9. Zakładam, że za kilka lat, szybkość transmisji danych przestanie stanowić barierę, czy istotną przeszkodę. A wtedy to, co nazywamy komputerem, może zostać zredukowane do urządzenia, którego jedynym zadaniem będzie nawiązanie połączenia z Internetem. System będzie wczytywany/ściągany przy starcie, a wszelkie potrzebne aplikacje ładowane doraźnie, w razie potrzeby.

Wzrośnie poziom bezpieczeństwa, natomiast zminimalizowane zostanie ryzyko awarii serwerów i ewentualnych skutków takich awarii, to jest na przykład utraty danych. A w takim razie przechowywanie filmów czy muzyki na płytach lub dyskach twardych domowych komputerów, stanie się rozwiązaniem tak anachronicznym, jak zakopywanie pieniędzy w słoiku pod jabłonką. Od tego będzie przecież „chmura”.

Potrafię sobie nawet wyobrazić, że to wszystko… no, albo prawie, będzie dostępne powszechnie, w ramach umiarkowanego abonamentu za Internet.

Ale może ja zwariowałem? :-) Z drugiej strony nie chciałbym popełnić błędu mojego dziadka, który pokazując na swoją dłoń mówił, że tu mu kaktus wyrośnie, jak ludzie polecą na Księżyc.


wtorek, 14 września 2010

To nie jest deszcz, to ślina!


„Przemilczane ludobójstwo na Kresach” – Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski


Niemcy rozpętali drugą wojnę światową. Niemcy dopuścili się ludobójstwa na gigantyczną skalę. Ale… Niemcy zaczęli płacić za to, co zrobili od pierwszego dnia po kapitulacji. Zdychali z głodu (często w sensie bardzo dosłownym) i płacili. Latami. Zbrodnie wojenne popełnione przez hitlerowców nie ulęgają przedawnieniu i ścigane są do dziś. Niemcy wychowali swoją młodzież tak, że trzy pokolenia później wielu młodych ludzi odczuwało wyrzuty sumienia i wstyd za swoją ojczyznę, choć wojna skończyła się kilkadziesiąt lat przed ich urodzeniem. Niemcy, może częściowo w ramach zadośćuczynienia, dziesiątkami lat przyjmowali miliony obcokrajowców i traktowali ich nie gorzej (czasem nawet lepiej) niż swoich obywateli.
Nie da się ukryć, że Niemcy mają za co pokutować. Pewnie nawet można powiedzieć, że wszystko to, co spotkało ich po wojnie, słusznie im się należało – w tym sto tysięcy Niemek zgwałconych przez żołnierzy radzieckich, rabunek i wywiezienie na wschód maszyn, urządzeń i wyposażenia fabryk, utrata części terytorium itd.

O ludobójstwie Niemców napisano tysiące tomów, nakręcono setki filmów, ale ludobójstwo na polskich Kresach Wschodnich nadal jest ukrywane, tuszowane, bagatelizowane, pomijane. W czasach „komuny” i wymuszonej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim można to było jeszcze zrozumieć, ale teraz?

O nadal fałszowanej i przemilczanej historii ludobójstwa obywateli polskich na Wołyniu i Kresach, dokonywanego przez członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Armii Powstańczej, pisze ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski w swojej książce, jak zresztą łatwo zorientować się po tytule.

Jest ona dziełem dość niejednorodnym, powiedziałbym. Zawiera niepublikowane dotąd opracowanie dotyczące mordów dokonywanych na Polakach i Ormianach w Kutach. Zawiera felietony, które autor publikował w „Gazecie Polskiej”, dotyczące ukraińskiego ludobójstwa. Zawiera opracowanie historyczne na temat zagłady wsi Korościatyn, rodzinnej miejscowości dziadków autora. Zawiera wreszcie teksty Ryszarda Szawłowskiego, profesora Uniwersytetu w Calgary (Kanada) i Ewy Siemaszko, współautorki monografii „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”.

„Według szacunków z rąk banderowców, bo tak powszechnie nazywano członków UPA, zginęło w ciągu ośmiu lat ok. 150 tysięcy bezbronnych Polaków, ale faktyczna ich liczba jest z pewnością większa. Ludobójstwo to działo się zgodnie z hasłami, które nacjonaliści ukraińscy od lat wpajali swoim rodakom: »Smert Lacham – sława Ukrajinu«, »Lachiw wyriżem, Żydiw wydusym, a Ukrajinu stworyty musym«, »Bude lacka krow po kolina – bude wilna Ukrajina«…
[…]
Zabójstwa połączone były z niesłychanym okrucieństwem, którego nie stosowali nawet niemieccy, czy sowieccy okupanci”
.

Zabójstwa… ano, właśnie… Autor nie pisze o działaniach wojennych. Pisze o bestialskich mordach dokonywanych przez ukraińskich mieszkańców wsi na polskich mieszkańcach wsi. W filmie „Ogniomistrz Kaleń” (scenariusz filmu zrealizowano na podstawie powieści „Łuny w Bieszczadach” Jana Gerharda) pokazana jest scena ścinania toporem polskich żołnierzy. Czytając książkę „Przemilczane ludobójstwo na Kresach” można dojść do wniosku, że skazańcy ci mieli wiele szczęścia – ścięcie toporem to śmierć stosunkowo szybka, w porównaniu do rozprucia brzucha kosą, spalenia żywcem, zatłuczenia cepami… Ukraińscy chłopi mordowali Polaków tym, co mieli pod ręką.


„Dokonywanie mordów na Polakach w okresie świąt rzymskokatolickich, a także w czasie innych uroczystości religijnych, było stałą, perfidną praktyką nacjonalistów ukraińskich.
[…]
W Wielki Czwartek, czyli 22 kwietnia, po zakończonym nabożeństwie w kaplicy wszyscy mieszkańcy Janowej Doliny poszli spokojnie spać.
[…]
Napastnikom poruszającym się leśnymi ścieżkami, udało się podejść niepostrzeżenie pod pierwsze domy. Uderzyli tuż po północy, a więc już w Wielki Piątek. Wdzierali się oni do mieszkań, mordując wszystkich, jak popadło. Nie darowano nawet niemowlętom, które chwytając za nogi roztrzaskiwano o ściany. Polacy w panice wyskakiwali przez okna, ale dosięgały ich kule, bądź ciosy siekier i wideł. Ci, co chowali się w piwnicach, ginęli w płomieniach, gdyż ukraińskie kobiety po zrabowaniu najcenniejszych przedmiotów od razu podpalały domy”
.

Podobno po dziś dzień w wielu ukraińskich domach znaleźć można przedmioty zagrabione pomordowanym Polakom.

W następnej kolejności Ukraińcy „zajęli się” szpitalem, to jest chorymi i personelem, ale te opisy uważam za zbyt brutalne, potworne i okropne, żeby je tu cytować.

W 55 rocznicę tej zbrodni strona ukraińska zezwoliła jedynie na postawienie skromnego pomnika z napisem: „Polakom z Janowej Góry”. Nie zezwolono na podanie daty mordu, ani liczby zabitych. Tylko te trzy słowa, nic więcej, ale nawet temu sprzeciwiali się nacjonaliści z Ludowego Ruchu Ukrainy.

„Szefem owego Ruchu został późniejszy minister spraw zagranicznych Ukrainy Borys Tarasiuk, który w październiku 2007r., w 65. rocznicę powstania UPA wezwał do uznania tej zbrodniczej formacji za organizację walczącą o niepodległość Ukrainy. Pisał wówczas do prezydenta Ukrainy: UPA z honorem wypełniała swe obowiązki wobec narodu i zasługuje na pamięć i szacunek ze strony państwa i obywateli”.

Polskich oficerów: Zygmunta Rumla i Krzysztofa Markiewicza, po trzech dobach bestialskich tortur, we wsi Kustycze rozerwano końmi. Żaden z nich nie ma swojego pomnika – na Ukrainie, co chyba jest zrozumiałe, ale i w Polsce. Ale ma od niedawna monumentalny pomnik we Lwowie Stepan Bandera, przywódca zbrodniarzy spod znaku tryzuba, pośmiertnie odznaczony tytułem Bohatera Ukrainy.

Czemu Polska nie protestuje, czemu te fakty pomija milczeniem? Na takie niewygodne pytania też próbuje odpowiedzieć ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Nie można mówić, że deszcz pada, kiedy plują nam w twarz…

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Dla niegrzecznych dzieci

„Dzieci Stalina: Trzy pokolenia miłości i wojny” – Owen Matthews

Bajki dla grzecznych dzieci kończą się często słowami: „odtąd żyli długo i szczęśliwie”, albo podobnymi. Bajki dla dzieci niegrzecznych, oczywiście określenia „dzieci” nie należy rozumieć zbyt dosłownie, też zawierają podobny element, od którego słuchaczowi, czytelnikowi, czy widzowi, robi się ciepło na sercu i duszy. Natomiast problem bajek tego typu polega na tym, że się w tym miejscu nie kończą…

Jak może wyglądać zakończenie bajki dla dzieci niegrzecznych? Ano, na przykład tak: żyli odtąd długo i szczęśliwie aż do rozwodu, który był wielką sensacją w całej okolicy. Podczas kolejnych rozpraw płynął niekończący się potok złości, uraz, żalów i pretensji; powoływano dziesiątki świadków, coraz bardziej zniesmaczonych tym widowiskiem. Najbardziej traumatycznym przeżyciem było to jednak dla dzieci. Chłopak zaczął eksperymentować z narkotykami i od prawie roku umiera na AIDS w jakimś hospicjum, a dziewczynka popełniła samobójstwo, wieszając się na strychu cudzego domu, z kartką przyczepioną do taniej sukienki: „mamo, tato, kocham was!”.

Ale… od początku.
Jak to zwykle u mnie bywa, w ekspresowym tempie przeczytałem informację na okładce, do tego po kilka zdań na paru kartkach otwartej na chybił-trafił książki, i zabrałem ją wraz z kilkoma innymi do domu. Te inne okazały się w czytaniu dość ciekawe i w efekcie „Dzieci Stalina” czekały na swoją kolej ze dwa tygodnie; niewiele brakowało, a nawet odniósłbym je nie czytając. Po poprzednich lekturach i po tych dwóch tygodniach jakoś straciłem do niej zapał. Może dlatego, że cała fabuła tej książki jest właściwie znana każdemu, kto przeczyta krótki tekst z okładki? Wreszcie jednak nadeszła i jej kolej.

Nie wiem, czemu trzy pokolenia, jeśli ja doliczyłem się przynajmniej pięciu, ale nieważne. Trochę mnie początkowo lektura irytowała. Gdybym miał kontakt z autorem, to pewnie nie powstrzymałbym się od złośliwej uwagi, że może warto się było zdecydować, czy się pisze opowieść o pokoleniach miłości, czy może popularną wersję historii ZSRR, a zwłaszcza czasów Wielkiego Głodu na Ukrainie i bolszewickiej partii. Tym niemniej czytałem, bo choć od początku wiadomo było, CO się stało, to relacja o tym, JAK się stało, okazała się mocno wciągająca.
W pewnym momencie, po odwróceniu kolejnej karki, natknąłem się na zdjęcia Borysa Bibikowa, jego córek (Leniny i Ludmiły) oraz wielu innych bohaterów powieści. To było ogromne zaskoczenie – dopiero teraz zorientowałem się, że dotąd bezrefleksyjnie traktowałem całą tę historię, jak fikcję literacką, a okazało się, że jest to relacja z autentycznych wydarzeń. Od tej chwili „Dzieci Stalina” były już dla mnie nie tylko lekturą ciekawą, ale wręcz pasjonującą i porywającą.

Aktywista i działacz partii komunistycznej, Bibikow, został aresztowany; w śledztwie przyznał się do niepopełnionych zbrodni; skazany na karę śmierci został rozstrzelany. Marta, jego żona, wylądowała w związku z tym w gułagu (sowieckim obozie koncentracyjnym), a córki w sierocińcu dla „wrogów ludu”.
Jako dorosła już kobieta, Ludmiła poznała w Moskwie Mervyna Matthewsa, Anglika, który znalazł się w ZSRR w ramach wymiany akademickiej. Autorem „Dzieci Stalina” jest syn Mervyna i Ludmiły, czyli wnuk towarzysza Bibikowa – Owen Matthews.


„Dzieci Stalina” są typowym przykładem bajki dla niegrzecznych dzieci, a może nawet zbiorem takich bajek, bo schemat, wzór, który zademonstrowałem na początku, powtarza się tu wielokrotnie. Choćby coś takiego: „Przez sześć lat rozłąki spowodowanej zimnowojennymi zawirowaniami moi rodzice pisali do siebie codziennie, a czasami któreś z nich pisało i dwa listy jednego dnia. […]
Momentami ich korespondencja jest tak intymna, że czytanie tych listów staje się pogwałceniem prywatności. Niekiedy przebijający z nich ból rozłąki nabiera wielkiej intensywności; wydaje się, że papier drży przed oczami”.

Jakie to piękne! Jakie urocze i romantyczne! I wreszcie się połączyli… Gdyby to był film, to w tym momencie oglądalibyśmy pewnie końcową scenę nakręconą na lotnisku, koniecznie London Heathrow Airport, w której on i ona biegną do siebie, w zwolnionym tempie, obejmują się, tulą… Rzeczywistość, jak to zwykle bywa w bajkach dla niegrzecznych dzieci, nie była aż tak piękna, a przede wszystkim miała ciąg dalszy. Krótko mówiąc, żeby też nie zdradzać zbyt wiele, podpowiem tylko, że najwyraźniej łatwiej było pisać latami nawet po dwa listy dziennie, niż na co dzień po prostu żyć ze sobą. Związek Mervyna i Ludmiły okazał się w praktyce mało udany – delikatnie mówiąc.

Jak pięknie i wzruszająco można by pokazać scenę spotkania matki i córki po latach rozłąki! Gdy Martę Bibikową wreszcie wypuszczono z gułagu i po kilkunastu latach odzyskała ukochaną córeczkę, Ludmiłę, obie w sumie niewiele miały sobie do powiedzenia. Dziewczyna wychowana w sowieckich sierocińcach świetnie znała i rozumiała takie pojęcia, jak „Stalin”, czy „partia”, ale „matka”? Oczywiście znała takie słowo z książek, ale jak powinna się czuć podczas spotkania z matką? Tu już musiała zgadywać.

Podczas lektury i po jej zakończeniu uparcie powracała mi pewna myśl, coś jakby motto: „przegrane życie”. Przyczepiło się, jak piosenka, którą nuci się bezwiednie, choć coraz bardziej niechętnie. Motto wredne dlatego, że automatycznie rodzi pytania: Czy moje życie nie będzie przegrane? Czy nie było przegrane życie rodziców, albo dziadków? A może… Może wszyscy przegrywamy życie… umierając?

Znakomita lektura. Bardzo dobra. Niewątpliwie warta polecenia i przeczytania. Tylko, że momentami smutna, nostalgiczna, pełna jakiejś takiej… beznadziei. Właśnie tak, jak bajka, którą niegrzecznym dzieciom opowiada się za karę. Albo po to, żeby je oswoić z cierpieniem…


czwartek, 19 sierpnia 2010

Kto i dlaczego zabił JFK?

„Oswald: zabójca czy kozioł ofiarny?” – Joachim Joesten

Joachim Joesten – Amerykanin urodzony w Niemczech, studiował we Francji i Hiszpanii, był aktywnym członkiem Komunistycznej Partii Niemiec.

Jack Ruby – urodzony w Sokołowie Podlaskim w rodzinie ortodoksyjnych Żydów; powiązany z mafią, pracował dla Ala Capone.

Lee Harvey Oswald – sympatyk komunizmu i ZSRR (mieszkał tam nawet jakiś czas), w wieku lat 24 zamordowany przez Jacka Ruby'ego. Domniemany zabójca prezydenta.


Oficjalny werdykt Komisji Warrena (prezydenckiej komisji w sprawie zabójstwa prezydenta Kennedy'ego) sprowadza się do stwierdzenia, że Oswald był człowiekiem niezrównoważonym psychicznie, który zastrzelił prezydenta Kennedy'ego sam, na własną rękę, nie mając wspólników ani w kołach lewicowych, ani w środowiskach prawicowych. Także Jack Ruby był człowiekiem niezrównoważonym i także działał jedynie na własną rękę, kiedy w budynku policji zamordował Oswalda.

Książka Joestena jest próbą wyjaśnienia, co faktycznie stało się w Dallas 22 listopada 1963 roku, czyli kto, jak i dlaczego pozbawił życia „JFK”, 35 prezydenta USA.
Przyznam, że teoria spiskowa Joestena wydaje mi się naciągana i tendencyjna, natomiast drobiazgowa analiza zdarzeń, jaką przeprowadził w oparciu o zeznania świadków i dostępne dokumenty, wydaje się rzetelna i rodzi mnóstwo wątpliwości.
Oto przykład: szybkość z jaką oddano strzały – Komisja Warrena ustaliła, że zajęło to 5,6 sekundy. W czasie testów żaden ze snajperów nie zbliżył się nawet do tak znakomitego wyniku. Jak w takim razie dokonał tego kiepski strzelec Oswald? Jakim cudem trafił w cel, skoro na jego karabinie (z 1891 roku!) celownik optyczny był wadliwie zainstalowany?

Choć w książce więcej jest pytań niż odpowiedzi, jest to lektura niezwykle wciągająca, a nawet pasjonująca. Oczywiście dla miłośników gatunku.


wtorek, 17 sierpnia 2010

Polska frustracja i smutek…

„Mitologia świata bez klamek” – Waldemar Łysiak

Nigdy nie interesowała mnie polityka, od kilkunastu lat nie oglądam telewizji – nie posiadam nawet urządzenia do tego celu służącego – i pewnie dlatego książka Łysiaka stanowiła dla mnie swoistą „drogę przez mękę”, bo „Mitologia świata bez klamek” jest właśnie o polityce. O polityce, politykach, partiach i ugrupowaniach politycznych polskich, głównie ostatniej dekady, ale nie tylko; także o elitach i tym, co się za nie uważa, o władzy i jej arogancji, o kulturze i jej braku… Mnóstwo tu nazwisk ludzi, których nie znam, których nigdy nie słyszałem, bo i gdzie zresztą miałbym słyszeć?

Czemu przeczytałem tę książkę mimo to? Głównie dlatego, że lubię i bardzo cenię warsztat pisarski Łysiaka, a jak powiedział ktoś mądry: teksty, które doskonale się czyta, uwodzą czytelników bez względu na błędy merytoryczne autorów. W tym momencie od razu dodać muszę uwagę – ja nie szukałem u Łysiaka prawdy, a tym samym nie wiem, czy w jego rozumowaniu są jakieś błędy. Uważam, że w polemice, a nawet starciu, konfrontacji ludzi o zupełnie odmiennych poglądach, politycznych i innych, szukanie prawdy przez osobę stojącą obok, byłoby naiwnością, jeśli nie głupotą.

Poza tym, jakby w formie dodatkowego prezentu, dostałem podczas lektury coś jeszcze: odpowiedzi na wiele pytań i wątpliwości dotyczących zwrotów, określeń, pewnie także skrótów myślowych, które słyszałem na ulicach miast, od przyjaciół i znajomych, a które właściwie nie wiem skąd się wzięły, ani co dokładnie znaczą. Oto zresztą przykład – „wykształciuchy”; wiedziałem, że gdzieś dzwonią, ale…

„Według pisarza Jarosława Marka Rymkiewicza (2007): »Wykształciuchy to są ci, co wykształcili się zawodowo, ale nie wykształcili się moralnie – są egoistyczni, cyniczni, myślą tylko o własnym interesie. Nie służą Polsce – służą tylko sobie«.
[…]
Według profesora Wolniewicza »wykształciuch« to klasyczny półinteligent – człowiek, którego wykształcenie (dyplom) przekracza jego możliwości intelektualne. Takie »wykształciuchy« formują większość polskich środowisk politycznych, artystycznych, akademickich, biznesowych i medialnych”.

Książka warta przeczytania, zwłaszcza jeśli czytelnik pamięta, że nie ma obowiązku zgadzać się z przekonaniami autora.