piątek, 28 maja 2010

Trochę poniżej przeciętnej

„Pokrętny umysł” – Jonathan Kellerman

Mój ulubiony pisarz literatury sensacyjnej tym razem dał odpocząć swoim sztandarowym i podstawowym dramatis personae, spółce Alex Delaware & Milo Sturgis i bohaterami uczynił policjantkę Petrę Connor i genialnego młodzieńca, Isaaca Gomeza, piszącego właśnie w komisariacie, dla rozrywki, dysertację. Notabene Petra powinna się nim opiekować.

Akcja rozpoczyna się od masakry (strzały do tłumu nastolatków oddane z samochodu) przed klubem Paradiso, a następnie powoli się rozkręca. Ostatecznie Petra, jej przyjaciel (też gliniarz), oraz genialny Isaac, tropią psychopatę wybierającego swoje ofiary według nieprawdopodobnie skomplikowanego, a raczej pokrętnego klucza.

Niestety, książka zdecydowanie i wyraźnie słabsza od wielu innych tego autora.


poniedziałek, 17 maja 2010

Tajne tajemnice moczarów

„Bagno” – Jonathan Kellerman

Detektyw Milo Sturgis i psycholog Alex Delaware znów w akcji. Tym razem szukają zabójcy, który porzuca zwłoki ofiar – pozbawione prawych dłoni – na terenie rezerwatu przyrodniczego, na moczarach. Wygląda to na dzieło psychopatycznego masowego mordercy, nawet dość szybko znajduje się stosowny podejrzany, ale… Oczywiście sprawa okazuje się dużo bardziej skomplikowana, a za zabójstwami stoją zarówno ludzkie żądze, wynaturzone instynkty, jak i wielkie pieniądze.

Lubię i cenię sobie pisarstwo Kellermana, dlatego z pewną przykrością dodać muszę, że „Bagno” do najlepszych jego dzieł niestety nie należy.



wtorek, 4 maja 2010

My komuniści oni komuniści

„Czas ciekawy, czas niespokojny, cz. 1” – Leszek Kołakowski i Zbigniew Mentzel

Sięgnąłem po tę książkę, bo starałem się, próbowałem zrozumieć pewien fenomen: z jednej strony niechęć, pogarda, czasem nawet nienawiść wobec „czerwonych”, a z drugiej niekwestionowany moralny autorytet wielu byłych komunistów (Kołakowski, Kuroń, Musioł – temu ostatniemu nawet niedawno pomnik wystawiono w Opolu). Udało mi się to tylko częściowo, ale to inna sprawa…

Książka jest rodzajem autobiografii skonstruowanej na zasadzie rozmowy, swego rodzaju wywiadu, jaki z filozofem Leszkiem Kołakowskim przeprowadził felietonista Zbigniew Mentzel; Mentzel zadaje pytania, Kołakowski odpowiada i tym samym opowiada o swoim życiu. Część pierwsza obejmuje okres od wczesnego dzieciństwa Kołakowskiego do około 1968 roku, czyli momentu opuszczenia przez niego Polski.

Jest to historia tamtych czasów, ale także specyficznej ewolucji przekonań. Leszek Kołakowski przyznaje, że wierzył w marksizm, uważając go za naukową busolę wskazującą świetlaną przyszłość państwa i narodu polskiego, że z przekonania protestował przeciwko przekraczaniu przez profesora Tatarkiewicza dopuszczalnych (zdaniem studenta komunisty) granic w krytykowaniu filozofii proletariackiej, co prawdopodobnie przyczyniło się do odsunięcia Tatarkiewicza od nauczania, opowiada też o wielu innych swoich decyzjach, wyborach i zachowaniach, które z perspektywy czasu najczęściej określa jako okropne.

Kołakowski stara się to wszystko wytłumaczyć Mentzlowi – i czytelnikowi – w taki oto sposób:
„Bo ideologia komunistyczna zakorzeniała się w duszy na sposób quasi-religijny, zrastała z osobowością. Oczywiście mówię o komunistach prawdziwych, a nie po prostu o członkach partii. Mówię o tym, co Orwell gdzieś nazywa partią wewnętrzną, do której my, komuniści ideowi, należeliśmy nieformalnie, rzecz jasna”.

Fascynująca jest analiza przypadków, w których Kołakowski mówiąc o komunistach używa formy „my”, a kiedy „oni”.

Bardzo ciekawa lektura, pasjonująca, niewątpliwie godna polecenia wszystkim tym, którzy starają się zrozumieć Polaków i Polskę.

Anita B. i potworne potwory

„Trupia główka” – Laurell K. Hamilton

Piąty tom przygód Anity Blake, licencjonowanej egzekutorki wampirów, nekromantki i animatorki. Warto zaznaczyć, że „animatorka” w tym przypadku nie oznacza specjalistki od filmów animowanych, ale osobę, która potrafi ożywiać nieboszczyków i czynić z nich poddanych swojej woli zombie.

Akcja powieści dzieje się w tak zwanej alternatywnej rzeczywistości, w czasach mniej więcej współczesnych – no, może kilkanaście lat wcześniej, bo wygląda na to, że telefony komórkowe nie są jeszcze w powszechnym użyciu – w USA. Obok normalnych ludzi (a cóż to w tej sytuacji może znaczyć?) żyją tu legalnie i oficjalnie wilkołaki – Anita jest nawet narzeczoną jednego z nich – wampiry – z wampirzym mistrzem miasta Anita umawia się na randki – oraz inne istoty… magiczne. Tak chyba należałoby je nazwać, ze względu na moc, którą dysponują.

Tym razem Anita ma za zadanie ożywić wszystkich zmarłych z bardzo starego cmentarza, wytropić brutalnego mordercę, zmierzyć się z wrogo nastawioną mistrzynią wampirów, nie ulec sile mentalnej Króla Trupiogłowego, pokonać glamour (rodzaj uroku rzucanego przez fairie), nie dać się zabić zdesperowanemu milionerowi i kilka innych w tym stylu.

Nieźle napisany przygodowy horror z zupełnie niepotrzebnymi wyjątkowo krwawymi i brutalnymi opisami mordów i zwłok.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Wielcy w małych cytatach

„Ułamki filozofii” – Leszek Kołakowski

Kilkadziesiąt, najbardziej chyba znanych i najczęściej powtarzanych, cytatów z dzieł wielkich filozofów. Zwykle jedno, najwyżej kilka zdań. Przy każdym cytacie – komentarz. Autorami komentarzy są dwie osoby: Leszek Kołakowski, zmarły w ubiegłym roku w Oxfordzie polski filozof, eseista, publicysta, oraz jego córka Agnieszka Kołakowska. Komentarze – niestety, nie wiadomo, który jest autorstwa Leszka, a który Agnieszki – nie zawsze są tylko wyjaśnieniem, tłumaczeniem cytatu; bywa, że zawierają kolejne pytania i wątpliwości.

Niewątpliwie literatura lekka, łatwa i przyjemna, taka w sam raz na dobry początek i pierwsze spotkanie z filozofią, ale… momentami zastanawiałem się, czy jednak nie za lekka…


sobota, 24 kwietnia 2010

Filozofowanie o filozofii

Nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale, by gonić go…


Pielęgniarki puszczają się z lekarzami, lekarze to łapownicy, barmanki to prostytutki, policjanci to durnie, prawnicy to cwaniacy, politycy to skandaliści… Uogólnienia, schematy myślowe, generalizacje. Łatwiej, wygodniej się z nimi żyje. Zwłaszcza, jeśli mają wyraźnie zabarwienie negatywne, jak te powyżej. Pozytywne wymagałyby już pewnych działań, zaangażowania, może poniesienia jakiegoś trudu, a nawet ryzyka. Przy negatywnych, podstawowym działaniem jest odrzucenie. Odruchowe i automatyczne. I problem „z głowy”.
Co ciekawe, system przekonań, jakim się w życiu posługujemy, w niewielkim tylko stopniu jest wynikiem naszych własnych przeżyć i doświadczeń. W większości przypadków są to „prawdy” wdrukowane nam w psychikę (umysł) przez rodziców, opiekunów, wychowawców, nauczycieli, lektury, środowisko i inne. Dopóki za bardzo nie przeszkadzają nam w życiu, posługujemy się nimi nieomalże bezrefleksyjnie, radośnie i ochoczo, bo to jest po prostu wygodne. Jakakolwiek zmiana wymagałaby pewnej pracy, wysiłku, a komu się chce? Bez palącej potrzeby?

„Chłopski filozof”, „nie filozofuj!”, „filozofowanie!”, to wyrażenia, określenia i zwroty ewidentnie pejoratywne. Przynajmniej w języku polskim – innych nacji nie znam, więc na ich temat się nie wypowiadam. Czemu u nas filozofia nie jest jedną z wielu zwyczajnych dziedzin wiedzy, jak na przykład logika, albo socjologia? Niewątpliwie słychać w tym przypadku echa lęku przed czymś nowym, nieznanym, nierozumianym. Z lękiem trudno jest sobie poradzić, uporać. Zdecydowanie łatwiej jest go zamienić, przekształcić w gniew, złość, niechęć, szyderstwo.
Lęk, a w konsekwencji pogardę, dla niepojętej filozofii i ludzi wykształconych, którzy się nią zajmowali, niezwykle skutecznie wykorzystywała kilkadziesiąt lat temu władza zwana potocznie „komuną”. Ja tego już nie pamiętam, ale moja matka to i owszem, jak w państwie robotniczo-chłopskim „te – inteligent!” było dość obelżywym wyzwiskiem. Stara zasada „dziel i rządź” sprawdzała się w praktyce znakomicie.

Związane z filozofią przekonania i uczucia można byłoby przezwyciężyć, ale… to wymagałoby, choćby elementarnego, poznania tejże filozofii, a to był – i chyba jest nadal – dla wielu wyraźnie zbyt duży wysiłek. Łatwiej jest jednak odrzucić, wydrwić.

Mnie nie wpojono, charakterystycznej dla chłopów pańszczyźnianych (niestety nie tylko), instynktownej wrogości wobec wszystkiego, czego nie rozumiem. Tym niemniej całymi latami filozofią się nie interesowałem zupełnie. W tym miejscu miałem ochotę napisać, że latami filozofia nie była obecna w moim życiu, ale to nie byłoby prawdą. I sądzę, jestem przekonany, że nie jest to prawdą w przypadku każdego, przeciętnie rozgarniętego człowieka. Jeśli nie zajmuję się badaniami składu powietrza, nie czytam o nim i nie zaprząta ono moich myśli, to przecież nie znaczy, że nie istnieje, prawda? Jeżeli nie sięgałem po książki z dziedziny filozofii, to nie oznacza, że pewne pytania, wątpliwości, wnioski, przemyślenia, mnie nie dotyczyły, nie pojawiały się niejako same w myślach, podczas lektury, na spacerze, w kinie, w rozmowach… Trawestując znane powiedzenie mógłbym stwierdzić, że choć ja nie interesowałem się filozofią, to filozofia mną – jak najbardziej.

Czemu nie interesowałem się, a konkretnie, czemu nie czytałem żadnych książek filozoficznych? Nie chodziło o to, że nie miałem czasu; zresztą, takie stwierdzenie od dawna uważam jedynie za skrót myślowy, lub zwykły wykręt. W każdym razie wydaje mi się teraz, że z dwóch powodów: po pierwsze, na zapas wydawało mi się, że jestem na filozofię zwyczajnie i po prostu za głupi (czyżby jednak echa cudzych, a może powszechnych przekonań?), a po drugie dlatego, że nie wydawała mi się specjalnie do czegokolwiek potrzebna.

Powód pierwszy przestał stanowić przeszkodę nie do przebycia, gdy usłyszałem od kogoś, że książka, którą przeczytałem kilka tygodni wcześniej, to filozofia. Jestem pewien, że gdybym wiedział o tym przed jej wypożyczeniem, pewnie nawet bym po nią nie sięgnął. Od tamtego czasu nadal uważam, że wiele książek filozoficznych zdecydowanie przekracza moje możliwości, ale jednak nie wszystkie. W ten sposób filozofia nabrała bardziej ludzkiego wymiaru, w końcu powieści też nie wszystkie jestem w stanie czytać i przeczytać („W poszukiwaniu straconego czasu”!), ale nie wpędza mnie to przecież w jakieś koszmarne poczucie winy, a przede wszystkim, nie uniemożliwia czytania innych książek.

Zupełnie nie radzę sobie, między innymi, z Awicenną – swoją drogą nieco deprymujące jest to, że w wieku osiemnastu lat opanował prawie całą ówczesną wiedzę („Metafizykę” Arystotelesa znał na pamięć!) i uznał, że nie było to specjalnie trudne – ale Rousseau, Wolter, św. Augustyn, Frege, Hobbes, Zenon i wielu, wielu innych, są przecież jak najbardziej dla mnie, a jeśli nawet nie wszystkie ich dzieła, to przynajmniej niektóre, albo chociaż fragmenty. W każdym razie okazało się, że wystarczy wyłączyć wrodzony perfekcjonizm, który stale podpowiadał mi, że albo wszystko, albo nic, by droga do filozofii stanęła otworem.

Powód drugi – potrzeba – z tą było nieco gorzej. Bardzo szybko zorientowałem się, że czytając setki książek, ale także oglądając filmy, rozmawiając, czy słuchając rozmów mądrych ludzi, niewątpliwie przyjemność sprawia mi możliwość rozpoznawania i rozumienia zawartych w nich odniesień do innych dzieł, w tym przypadku filozoficznych. Po prostu satysfakcję sprawia mi świadomość, że…
- Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki – to Heraklit,
- Wiem, że nic nie wiem – Sokrates,
- Myślę, więc jestem – Kartezjusz,
- Umysł jest czystą kartą (tabula rasa) – Locke,
- Zło jest brakiem dobra – św. Augustyn,
- O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć – Wittgenstein,
… że mam pewne pojęcie o jaskini Platona, brzytwie Ockhama, słyszałem kilka paradoksów Zenona z Elei, i kilka podobnych haseł, ale to są szlagiery, filozoficzne hity, które znają wszyscy.

Pewnego razu zacząłem się zastanawiać, czy da się żyć… nie, czy ja mógłbym żyć, nie szukając, nie starając się znaleźć odpowiedzi na pytania o dobro i zło, o sens życia i świata, prawdę i nieprawdę, o miłość i wiarę, o Boga i człowieka, o naturę rzeczywistości, o ideały, o wartości i setki podobnych? Tak, mógłbym, to by się pewnie dało zrobić. Dokładnie tak samo, jak mógłbym przecież żyć bez Hucka Finna, Winnetou, Tolka Banana, Zorro, Tomka Wilmowskiego, Pana Samochodzika, Pulpecji, Sinuhe, Kmicica, Holmesa, Geralta, Hansa Kastorpa, Vita Corleone, Paula Atrydy, Hermiony, Wokulskiego, Stasia Tarkowskiego, panny Marple, Gandalfa, kapitana Alatriste… Tylko, że ja chromolę takie życie!

Jest jeszcze jeden powód, czysto praktyczny. Wraz z upływem czasu wzrok mi się jednak nie poprawia. Z czytania zrezygnować nie jestem w stanie. A to oznacza, że całkiem rozsądnym rozwiązaniem wydaje się skierowanie większej uwagi na lektury, które wymagają wyraźnie więcej przemyśleń, rozważań, zastanowienia, przy zdecydowanie mniejszej liczbie słów, które trzeba przy tym przeczytać.


środa, 21 kwietnia 2010

Tajemnica świętego graala

„Święty Graal Święta Krew” – Michael Baigent, Richard Leigh, Henry Lincoln


Początków Internetu można doszukiwać się już w 1969 roku (sieć ARPANET), ale tak naprawdę pierwsza strona internetowa powstała w 1990 roku, a dopiero w 1992 pierwsza graficzna przeglądarka o nazwie Mosaic. Do czego zmierzam? Książka „Święty Graal Święta Krew” ukazała się w 1982 roku, a więc w czasach, gdy żaden Internet jeszcze nie istniał. W praktyce oznacza to, że przeciętny czytelnik, niebędący naukowcem, badaczem, historykiem, językoznawcą, nie miał w zasadzie zupełnie żadnej możliwości zweryfikowania informacji w niej zawartych. I choć wielu ludzi tamte czasy jeszcze całkiem dobrze pamięta, to jednocześnie, w chwili obecnej, trudno jest sobie taką sytuację wyobrazić.

W tamtych dziwnych, przedinternetowych czasach można było usłyszeć na przykład: „Niemożliwe! – Jak to niemożliwe?! Przecież pisali o tym wczoraj w gazecie!”, bo nieomalże odruchowo i automatycznie zakładaliśmy wtedy pewną wiarygodność i miarodajność tekstu drukowanego. No, może za wyjątkiem „Trybuny Ludu”, ale to zupełnie inna historia.

„Święty Graal Święta Krew” ujawnia, w sposób wręcz szokujący, połączone w jedną całość rzekome tajemnice Zakonu Syjonu, templariuszy, dynastii Merowingów, świętego Graala, Jezusa, Marii Magdaleny i wielu innych. Trzydzieści lat temu książka ta mogła wielu czytelnikom wydawać się całkiem poważną i niewątpliwie odkrywczą pozycją popularnonaukową. Dziś wiadomo, że to historyczna hochsztaplerka. Sensacyjna – owszem, kontrowersyjna – jak najbardziej, ale niestety… nic więcej.

Kiedy już wiadomo było ponad wszelką wątpliwość, że w wiosce Rennes-le-Château, w południowej Francji, Bérenger Saunière nie odkrył tajemniczych dokumentów w wydrążonej kolumnie, bo też żadna wydrążona kolumna po prostu nie istniała, wielu czytelników chciało jeszcze wierzyć, że przynajmniej autorzy książki, choć dali się zwieść cwaniakowi, to jednak działali w dobrej wierze. W końcu nie mogli przewidzieć, że Pierre Plantard, na którego autorytet często się w swoim dziele powołują, w 1993 roku stanie przed sądem i pod przysięgą zezna, że cała historia jest zmyślona, a materiały na temat Zakonu Syjonu, które znajdowano w różnych bibliotekach, w tym w Bibliotece Narodowej w Paryżu, są mistyfikacją i podrzucał je on sam oraz jego wspólnicy. Jednak moim zdaniem tezy o dobrej woli autorów też obronić się nie da. Nawet bez sięgania do źródeł i żmudnych studiów czy badań, uważnego czytelnika powinny zainteresować i zaniepokoić zastosowane w książce manipulacyjne metody dowodzenia własnych racji i techniki przekonywania do nich naiwnego albo tylko nieuważnego czytelnika.

Jedna z najczęściej stosowanych polega na podsuwaniu czytelnikowi pewnej treści pod nos kilka razy. Za pierwszym razem jest to na przykład plotka, za drugim - rozważana ewentualność, za trzecim - poważna hipoteza, za czwartym - dowiedziony fakt. Wykorzystuje się tu sztuczkę polegającą na znajomości ludzkiego umysłu: to, co już znamy, z czym się kiedyś wcześniej zetknęliśmy (nawet nie zawsze pamiętając, w jakiej formie), mamy skłonność przyjmować z większym zaufaniem niż zupełną nowość. „Wiem, że dzwonią, ale nie wiem, w jakim kościele” czyni informację bardziej wiarygodną.

Technika ta zwykle wymaga, aby takie powtórzenia rozdzielone były większymi partiami tekstu (w telewizji są to najczęściej różne odcinki seryjnego programu). Czytelnik ma kojarzyć, że coś takiego już było, ale niezbyt dokładnie, bo nie chodzi przecież o to, żeby mu ułatwiać konfrontację i porównanie, wręcz przeciwnie. Tym niemniej arogancja Baigenta i kolegów jest tak wielka, że nie zawsze chce im się tej zasady trzymać i pewne elementy umieszczają w następujących po sobie zdaniach. A oto i konkretny przykład: „To zerwanie zostało ponoć upamiętnione ceremonią, nazywaną »ścięciem wiązu«. Ceremonia ta odbyła się w Gisors”. W zdaniu pierwszym mamy „ponoć”, ale w drugim już stwierdzenie faktu z podaniem konkretnej miejscowości.

Inne… „dowody” autorów „Świętego Graala” wyglądają na przykład tak: „Symbol ten może też mieć związek z całunem turyńskim, który w latach 1204-1307 był prawdopodobnie w posiadaniu zakonu”. W jednym zdaniu dwa przypuszczenia, bo to i „może też mieć” i „prawdopodobnie”. Zaabsorbowanemu sensacyjną fabułą czytelnikowi łatwo jest przeoczyć jedno z nich. Albo i oba.

Na szczęście istnieje szerokopasmowy Internet i miliardy stron World Wide Web. Dzięki nim można w kilkanaście minut znaleźć informacje i materiały demaskujące szalbierstwo. A osobom, które z Internetu nie korzystają, polecam książkę „Ludzie z cienia” Johna Reynoldsa. W dość przystępnej formie, bardziej popularnej niż naukowej, rozprawia się on z fantazjami na temat Zakonu Syjonu, odkrycia Bérengera Saunière’a i wieloma innymi, dotyczącymi światowych spisków i rozmaitych tajnych stowarzyszeń.



poniedziałek, 19 kwietnia 2010

022 Wewnętrzne szczęście

Niecodziennik, to jest autopamflet prywatny nie codziennie pisany – obrazek 022.


„Trudno jest odnaleźć szczęście w sobie, ale tak naprawdę nie da się go znaleźć nigdzie indziej” – bardzo zgrabne powiedzenie, być może prawdziwe, nie wiem. Niewątpliwie sprawia dobre wrażenie. Niestety, nie zawiera żadnej wskazówki, instrukcji, jak tego szczęścia w sobie szukać; najlepiej jeszcze skutecznie. Tym niemniej, jeśli nawet tak właśnie sprawa się przedstawia i szczęście można znaleźć tylko w sobie, to natychmiast pojawia mi się wątpliwość, czy ja potrafię z takiej informacji skorzystać? Albo czy potrafiłbym czterdzieści lat temu? Tak czy inaczej, podobnej sugestii z dzieciństwa sobie nie przypominam. Podobnie, jak określenia „bilans emocjonalny” i związanej z nim porady, że na dłuższą metę powinien jednak być dodatni. Tym niemniej z tej prawdy, w sensie praktycznym, bardzo dobrze zdawałem sobie sprawę już w wieku lat siedmiu-ośmiu.

- Czemu jesteś taki smutny, czym ty się znowu martwisz? – matka kolejny raz pytała z dezaprobatą i jakby zniecierpliwieniem – stało się coś złego?
- Nie, nic – odpowiadałem, wtedy jeszcze szczerze i otwarcie – tylko… nie mam się z czego cieszyć.
- Jak to, nie masz z czego? – kompletny brak zrozumienia aż dudnił w jej głosie – jak to nie masz się z czego cieszyć? Przecież jesteś młody, zdrowy… czy to nie jest wystarczający powód?
- No… tak, jest – odpowiadałem z rezygnacją – ta wymiana zdań była bezcelowa, nie potrafiliśmy się zrozumieć.

To, że jestem młody i zdrowy powodem do radości nie było. Do pewnego stopnia dlatego, że było to coś oczywistego, naturalnego. Wtedy nie znałem przecież jeszcze innego stanu, jak bycie młodym i zdrowym. Jednak podstawowy problem polegał zdaje się na tym, że to było… wewnętrzne, a ja całe życie powodów do radości szukałem na zewnątrz, poza sobą. Szybko też nauczyłem się je wynajdywać. Nie, to nie musiały być jakieś wielkie rzeczy; wystarczało coś smacznego do jedzenia, ciekawy film w telewizji, dobra książka, w którą będę mógł się zagłębić wieczorem, po odrobieniu lekcji, przed snem.
Przy okazji łakoci, dobry obiad, owoc, zwykłe ciastko, zauważyłem też pewną prawidłowość – kiedy już je zjadłem, radość rozwiewała się jak dym, znikała bez śladu. Ciastka już nie było, a więc nie było też z czego się cieszyć.
Uczyłem się w ten sposób praktycznie starego powiedzenia, że „nie można jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko”, a także tego, że przyjemność jedzenia jest w sumie krótka i dość często dostarcza zdecydowanie mniej uciechy, niż samo oczekiwanie na nią.
Do tych celów, to jest poprawiania sobie bilansu emocjonalnego, lepsze były książki – dostarczały przyjemności zdecydowanie dłużej, niż trwa zjedzenie ciastka za dwa złote. Albo i kilku, ale na taką rozpustę nie było nas wtedy stać.
Czemu za dwa złote? To wspomnienie z drugiej połowy XX wieku. Wtedy wszystkie ciastka (na przykład pączki i inne tej wielkości) kosztowały w każdym sklepie, czy piekarni, dokładnie dwa złote. Dla porównania, zwykła bułka kosztowała pięćdziesiąt groszy, a chleb cztery, albo sześć złotych, zależnie od wielkości.

Kiedy po wielu latach braku jakichkolwiek kontaktów odwiedziłem ojca w jego miasteczku, podczas spaceru kupił w cukierni dziesięć pączków. Aż mi dech zaparło. To był widoczny objaw luksusu, a nawet hulaszczego trybu życia. Jeśli w moim domu kupowano ciastka za dwa złote to po jednym, no, ewentualnie po dwa dla każdego. Liczba ciastek musiała być zawsze dokładnie wyliczona, żeby wszyscy domownicy mieli po równo. A ojciec kupił dziesięć dla trzech osób! To się nie mieściło w głowie…

Jak już wspomniałem, książki starczały na dłużej. Zawsze skrzętnie dbałem o to, żeby mieć co czytać. Kiedy zbliżałem się do końca jakiejś książki, a nie miałem w zapasie żadnej nowej, czy pożyczonej z biblioteki, wybierałem z domowych zbiorów coś, co już czytałem, znałem. Zawsze musiałem mieć coś do czytania na zapas, na później. Jak narkoman kolejną dawkę, przygotowaną na następny raz.
W tamtych czasach książki były zdecydowanie tańsze niż obecnie, ale to nadal nie oznaczało, że mogliśmy kupować ich tyle, żeby zaspokoić nasze apetyty na lekturę. Nasze, bo mnóstwo czytała także matka, a później i brat.
Należałem wtedy zarówno do biblioteki szkolnej, jak i do miejskiej (oddział dla dzieci i młodzieży), a mimo to bywało, że przebiegałem nerwowo wzrokiem tytuły na domowych półkach, żeby zabezpieczyć sobie coś do czytania na później. Wtedy zresztą nauczyłem się, że wiele książek można czytać więcej niż jeden raz, że nie zawsze chodzi tylko o fabułę, o to, co będzie dalej. W przypadku wielu pozycji ważniejszy był klimat, nastrój, uczucia, jakie wzbudzała lektura.

Matka czytała zawsze na leżąco. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby siedziała przy stole i czytała książkę. Przejąłem to po niej. Mnie też pewnie nikt nigdy nie widział czytającego w pozycji siedzącej. Jest dla mnie czymś oczywistym i zupełnie naturalnym, że do czytania należy się położyć.



piątek, 16 kwietnia 2010

Polski (także) proces karny

Płacą, wymagają i mają, czyli… polsko-europejski i amerykański proces karny


Polski proces karny, zwany też czasem zamiennie postępowaniem karnym (choć proces ma znaczenie jednak szersze niż postępowanie), to zespół norm prawnych (zasad, sposobów, metod) regulujących działalność zmierzającą do realizacji prawa karnego. Jego podstawowym celem jest najpierw ustalenie, czy w ogóle zaistniał czyn zabroniony i to mający postać przestępstwa, a następnie wykrycie jego sprawcy i pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej. W procesie tym prawa i obowiązki organów procesowych, a więc sądu, prokuratora, stron i innych uczestników postępowania, a także warunki i formy ich działania, są ściśle określone przez ustawy. Jednym z elementów procesu karnego jest rozprawa sądowa i o nią w tej chwili głównie mi chodzi.

Zadziwiający może wydawać się fakt, że zdecydowana większość Polaków zna i dużo lepiej rozumie, obowiązujące podczas karnej rozprawy sądowej, procedury amerykańskie od polskich i tym samym europejskich (nie licząc Wielkiej Brytanii, gdyż tam nadal prawo opiera się na precedensach). Wynika to oczywiście z obecności telewizji w naszym życiu, która w tysiącach filmów podtyka nam ten temat pod sam nos, w dziełach wybitnych („Dwunastu gniewnych ludzi”), średnich i zupełnie kiepskich.

Niezbędnym elementem filmowej wersji rozprawy sądowej w USA jest ława przysięgłych. Istnieje ona także w innych państwach, w których obowiązuje system prawa zwyczajowego (common law). Choć różnić się to może nieco w różnych stanach, ława przysięgłych najczęściej orzeka w procesach karnych o winie, natomiast sąd ewentualnie ustala wyrok.
W Polsce oraz większości krajów europejskich ławy przysięgłych nie ma. Jako czynnik społeczny biorą w rozprawie w Polsce udział ławnicy, jednak ich rola w wymiarze sprawiedliwości jest zupełnie inna niż ławy przysięgłych. Inna sprawa to to, że od 2007 roku i po poważnych zmianach w przepisach, jakie wtedy nastąpiły, rola ławników jest sukcesywnie ograniczana przez rezygnację z ich udziału w kolejnych rodzajach rozpraw, przede wszystkim karnych, rodzinnych, czy niektórych z zakresu prawa pracy. Z założenia (słusznego, albo i nie) prawem zajmować się mają prawnicy, profesjonaliści, a nie taki czy inny „czynnik społeczny”.

W amerykańskim kryminale adwokat i sędzia starają się przekonać do swoich racji ławę przysięgłych. Zwykle (zwykle!) wykorzystują do tego celu dowody procesowe. Ale, jak dobrze wiemy z filmów, nie tylko. Wystąpienia oskarżyciela i obrońcy, zwłaszcza tego ostatniego, mają często charakter nieomalże aktorskiego popisu i zawierają sporą dawkę psychomanipulacji. Ulubionym chwytem adwokata jest na przykład technika rzucania pod adresem ławy przysięgłych sugestywnych i sugerujących pytań retorycznych. Na europejskiej sali sądowej coś takiego mogłoby narazić obrońcę na podejrzenie ze strony sędziego, że stawił się przed sądem w stanie nietrzeźwym. U nas to nie jest miejsce na popisy oratorskie, przypuszczenia, aluzje, czy dramatyczne puenty. Rola adwokata w amerykańskim procesie jest, ze zrozumiałych względów, ogromna. Wygrywa często ta strona, która lepiej, skuteczniej potrafi manipulować uczuciami ławy przysięgłych.

W Europie na sali sądowej odbywa się prezentacja faktów i dowodów, co czasem na jedno wychodzi. Jest to zdecydowanie mniej ciekawe, niż amerykańskie filmy. Weryfikacja faktów odbywa się jeszcze przed rozprawą, na etapie zbierania dowodów. Prokurator nie skieruje do sądu sprawy, którą sędzia, adwokat, lub sam oskarżony będą mieli szansę i możliwość zakwestionować.
Stare powiedzenie mówi, że dżentelmeni nie dyskutują z faktami. Adwokaci zwykle też nie. Bo i po co?

Jak może wyglądać fakt? Jeśli oskarżonego widziały w Warszawie trzy osoby, niezależnie od siebie, nie spokrewnione z oskarżonym itd., jedna o 8:00 na Marszałkowskiej, druga o 9:00 na Wilczej i trzecia o 10:00 na Kruczej, to faktem jest, że oskarżony w tym dniu pomiędzy 8:00 a 10:00 był w stolicy. Co niby mógłby zrobić z takim faktem najlepszy i najdroższy adwokat?
Rola obrońcy w polskim i europejskim procesie karnym jest zdecydowanie niższa, niż w amerykańskim. Może dlatego dobrzy adwokaci nie rwą się do procesów karnych… Oczywiście w sprawach cywilnych (z powództwa cywilnego), albo korporacyjnych sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.

W prawniczych thrillerach amerykańskich często podczas rozprawy obie strony co rusz wyciągają, jak magik z kapelusza, zaskakujące ławę przysięgłych i telewidzów fakty, jakieś dowody, czy świadków o znaczeniu kluczowym. Coś takiego robi zwykle ogromne wrażenie.
W naszym procesie prokurator musi udostępnić obronie absolutnie wszystko, z czym zamierza wystąpić na sali sądowej, w określonym przepisami czasie przed rozprawą. Jakakolwiek próba przemycenia na rozprawie czegoś, o czym wcześniej nie wiedzieli adwokat i jego klient, skutkuje natychmiastowym wnioskiem o odrzucenie dowodu, albo przynajmniej o odroczenie sprawy, do czasu, aż obrona zapozna się i będzie gotowa ustosunkować do nowej sytuacji.
Tu po prostu nie ma ławy przysięgłych, która mogłaby życzliwie ocenić magiczną sztuczkę prawnika.

Reasumując – o ile w USA rozprawa czasem może zmienić się w pasjonujące widowisko obserwowane przez media z zapartym tchem, u nas coś takiego raczej się nie zdarza. To po prostu żmudna urzędowa procedura, której elementy są z góry i od dawna określone przepisami; raczej solidne rzemiosło, niż wirtuozeria i szokujące popisy. Możliwości wprowadzenia jakiegoś rysu indywidualnego, ekstra sztuczki, mistrzowskiego posunięcia, ciętej riposty, czy czegoś podobnego, przez adwokata, lub prokuratora, że o sędzi nie wspomnę, są prawie żadne. W polskim procesie karnym przedstawienie może uskuteczniać właściwie tylko oskarżony, ale na doświadczonych prawnikach i tak nie zrobi to wrażenia.

Chyba jednak Amerykanie mają lepiej, tam każda większa sprawa może stać się pasjonującym show. U nas to tylko siermięga…